“Midsommar. W biały dzień” – Czysty terror [RECENZJA]

Kiedy bohaterowie Midsommar. W biały dzień wjeżdżają autem na szwedzkie odludzie, kamera zaczyna stopniowo się odwracać i pozostawia nas obserwujących widoki do góry nogami. Tym prostym zabiegiem Ari Aster daje widzowi do zrozumienia, że wkracza do świata, który będzie znacząco odbiegać od normalności. Dla zaznajomionych z twórczością Amerykanina raczej nie jest to nic zaskakującego – lubuje się on w portretowaniu przerażających wydarzeń, stoi gdzieś między horrorem a mroczną tragedią. Przekracza granice – zarówno tematyczne jak i formalne – aby wywołać u widza obrzydzenie, strach lub przejmujący żal. Jego najnowszy film w tej warstwie nie różni się od szortów lub Hereditary. Jednakże w Midsommar, reklamowanym jako post-breakup pagan slasher, Aster sprawia wrażenie wyzwolonego z jakichkolwiek ograniczeń. Świat, w jaki wrzuca widza to ekstremum nawet w porównaniu z jego poprzednimi produkcjami. Czysty terror, napędzany żalem, wyrzutami sumienia i nienawiścią. A to wszystko w świetle słońca.

Jesteśmy też na Facebooku, polub fanpage Filmawki

Główną bohaterką jest Dani – młoda dziewczyna, która w otwierającej film scenie jest świadkiem rodzinnej tragedii. Próbując poradzić sobie z żałobą, decyduje się wyjechać wraz ze swoim chłopakiem Christianem i grupą przyjaciół do Hälsingland w Szwecji, rodzinnej miejscowości jednego z nich – Pellego. Celem wyprawy jest Midsommar, czyli tradycyjne szwedzkie pogańskie święto. Okazuje się jednak, że za uśmiechami i śmiesznymi akcentami „rodziny” Pellego kryje się sekta. Kult z własnymi niepokojącymi obyczajami, strojami, symbolami, świętą księgą i religią – Hårgą. Christian szybko staje się zafascynowany – jest w trakcie szukania pomysłu na doktorat, a tajemnicza, kompletnie nieopisana sekta to doskonała inspiracja. Dani natomiast, wciąż przeżywająca żałobę, podchodzi do całego zgrupowania z lekką nieufnością, która okazuje się w pełni słuszna. Z czasem bowiem Amerykanie dowiadują się, że dziwaczni Szwedzi świętują Midsommar nie tylko tańcząc, jedząc i pijąc. Potrzebują też ofiar – ofiar z ludzkiej krwi.

kadr z filmu “Midsommar” / Photo by Csaba Aknay / Courtesy of A24

Już od otwierającej sceny, wiadome dla widza jest to, że Aster nie będzie miał oporów przed pokazywaniem ludzkiej tragedii. Od innych horrorowych reżyserów, odróżnia go to, że brak mu zahamowań nie tylko w warstwie wizualnej (w Midsommar nie zabrakło body horroru oraz gore), ale też dramatycznej. Krzyk rozdzierający ciało Florence Pugh to nie efekt przerażenia, lecz żalu oraz szoku. I jest to jeden z najbardziej przerażających dźwięków jakie pojawiły się w całej historii horroru, a Aster pozwala mu wybrzmieć w pełnej okazałości – ciągnąc go tak długo, że dreszcz ogarnia całe ciało widza. W takim właśnie stylu prowadzi on Midsommar. Nie szczędząc okropnych scen, nie odwracając kamery, doskonale wiedząc kiedy jeszcze dodatkowo przycisnąć, żeby przekroczyć sferę komfortu. Pietyzm ludzkiej niedoli i zamiłowanie do portretowania kobiecej traumy w Midsommar jest niczym wyjęte z kina Bergmana.

Zobacz również: Korodująca rodzina w kinie Ariego Astera [FELIETON]

Główną oś produkcji Astera stanowi jednak ów tajemniczy kult. Twórcy zarzekają się, że dokumentacja opisująca zasady jego działania, obyczaje, tradycje to prawie stustronicowe tomiszcze i wcale nie jest to takie nieprawdopodobne. Na zapoznawanie widza i bohaterów z tym fikcyjnym zgrupowaniem, Aster poświęca niemalże dwie godziny. W filmie znajduje się cała masa scen, w których obserwujemy całe obrzędy – w pełni unikalne, wyzwolone od wszelkich klisz. Hårdze daleko do stereotypowych kultów, od których roją się amerykańskie horrory. I chociaż Polacy mogą dostrzec coś znajomego we wiankach, tanach do ludowej muzyki lub wzywaniu zmarłych spoza grobu (Dziady horror when?) to im dalej w film, tym więcej rytuałów wręcz wyjętych z piekła.

Cały wygląd tej osady zapiera dech w piersiach. Każdy członek i członkini kultu ma zindywidualizowany strój z unikalnymi runami i symbolami. Domek, w którym śpią główni bohaterowie ozdobiony jest przepięknymi, fantazyjnymi rysunkami jakby pochodzącymi ze średniowiecza. W tym samym klimacie utrzymane są mrożące krew w żyłach hafty na obrusach. Centralną budowlę w osadzie stanowi idealnie proporcjonalna świątynia, która budzi skojarzenia z budynkiem z finału Mandy. Jeśli Midsommar nie zdobędzie chociaż nominacji do Oscara za kostiumy i scenografię, będzie to prawdopodobnie największy zawód przyszłorocznej gali, bo jest to doskonały przykład filmu, który wykorzystuje te elementy w celu opowiedzenia historii, wywołania w widzu fascynacji, przerażenia oraz poczucia obcowania z innym.

Zobacz również: “Laleczka” – Twój na zawsze, Chucky. [RECENZJA]

Całej tej pieczołowitości aranżacyjnej na szczęście nie towarzyszy nadęcie i pretensja. Co może być dość zaskakujące, Midsommar jest niezwykle zabawnym filmem. Humor wynika tutaj często z postaci (jednym z członków amerykańskiej ekipy jest Mark, który sprawia wrażenie, jakby chciał przelecieć całą Szwecję), dialogów między niepokojąco dziwnymi sekciarzami a gośćmi zza oceanu oraz groteskowych sytuacji. Aster jednak nie używa żartu żeby rozładować atmosferę. W zasadzie to dla niego komizm jest integralną częścią budowania terroru – niejednokrotnie potrafi w ciągu sekundy zdusić głośny śmiech widza przerażającym, zdeprawowanym obrazem. Umiejętnie wprowadza również elementy metafilmowe, mrugnięcia w stronę widza, czasami nawet łamiąc czwartą ścianę. Tak przytłaczającego filmu nie było w kinach od czasu kultowego już Climaxu Gaspara Noe.

Midsommar
kadr z filmu “Midsommar” / Photo by Merie Weismille-Wallace / Courtesy of A24

Oczywiście wycieczka do Szwecji nie byłaby tak udana, gdyby nie przepiękne zdjęcia Pawła Pogorzelskiego. Operator udowodnił już w Hereditary oraz szortach produkowanych z Asterem, że ma wyczucie do portretowania przestrzeni, ale Midsommar jest na zupełnie innym poziomie. Wraca co prawda kilka sztuczek – płynna zmiana fokusu oraz majaczące przez ułamek sekundy tajemnicze istoty poukrywane w tle kadru – lecz dzięki osadzeniu filmu w dużej części na otwartej przestrzeni, dostaje on okazję filmowania wspaniałych scen zbiorowych, pełnych dynamicznych tańców oraz zdumiewających zjawisk. Mastershoty, symetryczne obiekty, pocztówki, zbliżenia na wykrzywione w przerażeniu twarze, detale, przy których pamiętne ujęcie głowy z Hereditary nie wydaje się wcale tak obrzydliwe – można zazdrościć Pogorzelskiemu wolności wyrazu.

Zobacz również: Czy “Dark” uratuje Netflixa? [Bezspoilerowo o odcinkach 1-4 drugiego sezonu]

Nie udało się jednak Asterowi utrzymanie tego przepychu bez ponoszenia pewnych ofiar. W Midsommar jest nią warstwa dramatyczna, której brakuje siły Hereditary. Młody reżyser szybko odstawia na bok wątek żałoby Dani, wybierając horror ponad tragedię. Zabrakło mu dramatycznej tkanki – poza protagonistką postaci są bardzo stereotypowe, chociaż rozmawiają o antropologii to tak naprawdę niewiele brakuje im do slasherowego mięsa. Co wcale nie byłoby tak doskwierające, gdyby nie fakt, że sam reżyser usilnie promuje swoje dzieło przede wszystkim jako dramat o rozstaniu. Midsommar o wiele lepiej sprawdza się jako zdemoralizowany i szokujący horror niż poruszająca tragiczna historia, z której i tak niewiele zostanie w głowie widza po kalejdoskopie grozy w ostatnim akcie. Tym bardziej, że film sam odsuwa żałobę Dani na boczne tory żeby skupić się na scenach przerażających rytuałów.

O wielu rzeczach w Midsommar. W biały dzień da się pisać godzinami – chwalić świetną Florence Pugh, nastrojowy soundtrack The Haxan Cloak (ciekawostka, Aster napisał scenariusz puszczając sobie jego płyty w tle) czy fantastyczny montaż dźwięku, dzięki któremu nawet chuchanie wywoływało dreszcze. Można stwierdzić już w tym momencie, że ten film przejdzie do historii kina, bowiem nigdy wcześniej nie powstał horror tak idylliczny. Dziejący się w świetle dnia, przepięknej okolicy, wśród kwiatków i motyli. Ari Aster jest jednak tak konsekwentny w swoim zdeprawowaniu, że wiele ze scen w Midsommar wywoła szok, wybałuszone oczy i zakryte usta u nawet najbardziej wytrwałych konsumentów straszaków. Pomimo zaledwie dwóch filmów na koncie, Amerykanin już zapisał się złotymi zgłoskami w księdze kinematografii. Pieczołowicie powykrzywianymi i koślawymi – ale złotymi jak słońce w biały dzień.


4/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.