Advertisement
PublicystykaZestawienia

Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Sztokholmie – wielkie i małe odkrycia

Wiktor Małolepszy

Kiedy w Polsce trwa najgorętszy sezon festiwalowy, z American Film Festival, Camerimage oraz Pięcioma Smakami ściśniętymi na przestrzeni kilku tygodni, po drugiej stronie Bałtyku kinomani również nie próżnują. Od 10 do 21 listopada trwał tam bowiem Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Sztokholmie – jedno z najważniejszych filmowych wydarzeń w Skandynawii. Tegoroczna, już trzydziesta pierwsza edycja, była szczególnie głośna ze względu na swój plakat – „pożyczony”, jak sami organizatorzy przyznają, od Pedro Almodóvara, którego Matki równoległe były filmem otwarcia festiwalu. Co ciekawe, nawet w tak progresywnej Szwecji, owa grafika sutka okazała się zbyt kontrowersyjna i została ocenzurowana na reklamach w transporcie publicznym!

Plakat 31. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Sztokholmie

Rzecz jasna, wybór owego plakatu nie wiązał się jedynie z chęcią zrobienia szumu – jednym z kluczowych tematów w wyselekcjonowanych na festiwal filmach było macierzyństwo. Wśród produkcji, które podejmowały to zagadnienie, poza najnowszym filmem Almodóvara widzowie mogli obejrzeć również poruszającą Małą mamę Céline Sciammy, Oscarowego kandydata Spencer, reżyserski debiut Charlotte Gainsbourg – Jane według Charlotte – czy nagrodzoną w Canneńskiej sekcji Un Certain Regard Modlitwę o lepsze dni. Ten ostatni tytuł był też częścią sekcji festiwalu, która koncentrowała się na współczesnym kinie meksykańskim, zarówno fabularnym, jak i dokumentalnym.

Nie zabrakło też znakomitego grona osób zaproszonych. Nagrody za całokształt odebrały ikony współczesnego kina – Jane Campion, Robin Wright, Kenneth Brannagh (którego Belfast zamykał festiwal) oraz Joachim Trier. Nagrodzeni twórcy i twórczynie pokazali też na festiwalu swoje najnowsze filmy – i nie były to jedyne wielkie produkcje, które można było obejrzeć w Sztokholmie. W programie znalazło się m.in. The Hand of God Sorrentino, C’mon C’mon Millsa, In Front of Your Face Honga, Jestem twój Schrader, kontynuacja The Souvenir Hogg, Benedetta Verhoevena czy też Wszystko poszło dobrze Ozona. Spośród wszystkich filmów, które miałem okazję obejrzeć – 16 produkcji – postanowiłem sporządzić krótkie zestawienie pięciu tych, które najbardziej mnie zachwyciły. Zaznaczam, że niektóre z pokazywanych w Sztokholmie produkcji – jak Annette, czy Małą mamę – miałem okazję obejrzeć już wcześniej, więc ta lista to niekoniecznie top najlepszych dzieł, które pokazywano na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Sztokholmie, lecz moje prywatne zestawienie/podsumowanie.


Cmon Cmon

“Cmon Cmon”

Z Mikiem Millsem bardzo się lubimy, bo zarówno jego wzruszający Debiutanci, jak i wydane 2 lata temu I Am Easy to Find to kolejno jeden z moich ulubionych pełnych i krótkich metraży poprzedniej dekady. Czekałem więc ze zniecierpliwieniem na jego najnowsze dzieło – a było to oczekiwanie dość długie, bo Amerykanin każdy swój film tworzy przez około 6 lat. Ale w końcu C’mon C’mon zadebiutowało w festiwalowym obiegu i muszę przyznać, że Mills wciąż jest w wysokiej formie. Charakterystyczne dla jego historii przyziemność i intymność ubrane zostały tutaj w przepiękne, czarno-białe kadry, za które zresztą operator – Robbie Ryan – odebrał dwie nagrody na Camerimage w Bydgoszczy. C’mon C’mon to jeden z najdelikatniejszych filmów Amerykanina, czuło eksplorujący ojcowsko-wujowską dynamikę, jak i największy skalą, bo kręcony w kilku miastach, ze scenami zbiorowymi, mieszający fabułę z wywiadami. To zarówno mały jak i wielki film, którego nie można przegapić.

Przeczytaj również:  Najlepsze komiksy 2021 - TOP 10 [RANKING]

Nasza recenzja


Wszystko poszło dobrze

“Wszystko poszło dobrze” / Aurora Films

Od dłuższego czasu mierzyłem się ze sprawdzeniem któregoś z filmów François Ozona i mój pierwszy kontakt z jego kinem mogę zaliczyć do jak najbardziej udanych. Francuz tworzy tu coś, co nazwałbym idealnym europejskim kinem środka – z wyrazistymi postaciami, dynamicznym, opartym na dialogach scenariuszem oraz poruszającym, egzystencjalnym zacięciem narracyjnym. Wszystko poszło dobrze to opowieść o córkach, które dowiadują się, że ich chory ojciec postanawia umrzeć i prosi je o pomoc w przeprowadzeniu eutanazji. I najbardziej mnie zaskoczyło, jak wiele humoru jest w stanie Ozon z tej historii wycisnąć, głównie za sprawą genialnie obsadzonych aktorów – z fantastyczną Marceau na pierwszym planie – i zgryźliwych, na wskroś francuskich bohaterów. Pod koniec być może nawet niejednej osobie popłynie z oczu łza, a sam film, choć przedstawiający niezwykle uprzywilejowanych ludzi (i w pełni tego zresztą świadomych) może posłużyć za ukojenie dla tych, którzy boją się ostatnich chwil.

Nasza recenzja


Luzzu

“Luzzu” / Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Sztokholmie

Maltański dramat z naturszczykami? Nie mogłem przegapić okazji do zapoznania się z tą produkcją i to nie tylko dlatego, że chciałem dodać kolejny kraj do filmwebowej listy podróży. Luzzu zaciekawiło mnie już od kiedy o nim usłyszałem – jeśli bowiem kino społeczne ma zwracać uwagę na problemy, które leżą poza zasięgiem naszych oczu, to debiut Alexa Camilleri miał potencjał być strzałem w dziesiątkę. I faktycznie, jest to niezwykle imponujący debiut. Luzzu w zasadzie jest bardzo klasycznym reprezentantem kina społecznego, które dałoby się zestawić z neorealistycznymi włoskimi dramatami z lat 40. i 50. Śledzimy w nim poczynania rybaka Jesmarka, który nie jest w stanie utrzymać swojej rodziny z zarobionych na połowach pieniędzy. Na przestrzeni półtorej godziny Camilleri w przekonujący sposób prezentuje cały szereg wpływających na to czynników – od niezdrowej konkurencji i regulacji europejskich po zmiany klimatyczne – jednocześnie rysując łamiący serce obraz wymierającej tradycji. To mocne i imponujące kino – szczególnie, że wszyscy grający w filmie rybacy to naturszczycy, włącznie z protagonistą.

Przeczytaj również:  David Bowie. Między kampem, dandyzmem a sztuką życia

Sabaya

“Sabaya” / Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Sztokholmie

Nagrodzony na Millenium Docs Against Gravity dokument Hogira Hiroriego to iście piorunujący zapis ciężkiej dziennikarskiej pracy. Tworzony z gigantycznym ryzykiem w objętej wojną Syrii film jest zapisem działań grupy osób próbujących ratować kobiety więzione i traktowane przez ISIS jako niewolnice seksualne. Sabaya nakręcona jest bardzo minimalistycznie, pozbawiona gadających głów, prawie przypominająca found footage. Efektem tej metody pracy jest to, że czasem brakuje dla przedstawionych na ekranie wydarzeń kontekstu – lecz również dzięki temu, film działa jako efektywna próba oddania poczucia stresu i zaszczucia Jazydek, szczególnie podczas świetnych scen nakręconych spod burki. Nic dziwnego, że Sabaya otrzymała podczas festiwalu w Sztokholmie nagrodę dla najlepszego filmu dokumentalnego.


Spencer    

“Spencer” / Forum Film

Byłem sceptycznie nastawiony do nowego filmu Pablo Larraína, bo ani temat rodziny królewskiej mnie nigdy nie interesował, ani o samej Dianie zbyt wiele – poza historią jej tragiczne śmierci oraz tańcem z Travoltą – nie wiedziałem. A tu Spencer okazał się być dla mnie zdecydowanie jednym z największych filmowych zaskoczeń roku. Począwszy od powolnej narracji, drżących smyczków Greenwooda, melancholijnych zdjęć Mathon, na świetnych aktorskich kreacjach kończąc, dramat Larraína kompletnie mnie pochłonął. Dużą tego zasługą jest rzecz jasna wybitna Kristen Stewart, która na ekranie przeobraża się w księżną Walii z niebywałą wrażliwością i wyczuciem, oddając zarazem jej manieryzmy, jak i tkwiący w bohaterce niepokój. Warto jednak podkreślić, że Stewart nie jest sama na ekranie – otoczona zostaje przez plejadę świetnych aktorów, z naburmuszonym, acz sympatycznym Spallem na czele. W pamięci szczególnie utkwiła mi scena rodzinnej kolacji świątecznej, która dzięki odpowiedniemu kadrowaniu, muzyce i grze Stewart przeradza się w scenę niczym z horroru – pełną niezręcznego napięcia. Wówczas cierpienie Diany staje się wręcz namacalne dla widza – a sam film do końca nie puszcza. Jak Stewart tego Oscara nie wygra, to będę protestować.

Dodatkowo do mojej listy dorzucam dwa filmy, które udało już mi się zrecenzować – wybitnego Najgorszego człowieka na świecie oraz poruszające The Hand of God.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.