Advertisement
FilmyRecenzjeStreaming

“Asystentka” – Najlepszy film o Weinsteinie [RECENZJA]

Wiktor Małolepszy
fot. materiały prasowe

Po wybuchu skandalu związanego z nadużyciami seksualnymi w firmie Harveya Weinsteina, Kitty Green spędziła ponad rok na wywiadach z pracownikami Miramax. Doświadczona dokumentalistka – twórczyni m.in. Castingu na JonBenét, jednej z ukrytych perełek Netflixa – wykorzystała te cenne wyznania, żeby nakręcić film nie tyle o samym Weinsteinie lub o jego ofiarach. Asystentka to głęboko niepokojące studium toksycznego środowiska pracy. Przestrzeni wypełnionej nadużyciami, gdzie wszyscy dobrze zdają sobie sprawę z tego, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami gabinetu szefa. Nikt nie jest jednak w stanie kwestii tych czynności zaadresować. Zmowa milczenia jest tak dogłębna, że obejmuje nawet imię i nazwisko pracodawcy, o którym przez cały czas mówi się przy użyciu jednego słowa: „on”. I wszyscy dobrze wiedzą, o kogo chodzi.

Sam szef pojawia się w fabularnym debiucie Green jedynie jako sylwetka lub stłumiony głos. W jednej ze scen na początku filmu, ostrymi słowami krytykuje swoją nową asystentkę, Jane, za nieogarnięcie sytuacji z jego podejrzliwą żoną. „Myślałem, że jesteś mądra” – słyszymy wypowiadane szorstkim głosem i jedyne co widzimy, to reakcję dziewczyny, która prawdopodobnie pierwszy raz została obrażona przez własnego pracodawcę. Minutę później, po zakończeniu rozmowy, podchodzą do niej starsi stażem oraz wiekiem asystenci i dyktują jej formułkę maila z przeprosinami – nieostatniego w tym filmie.

fot. materiały prasowe

Green ma doskonałe oko do detali, które w zaledwie 85 minut budują w pełni wiarygodny obraz bezdusznego biura. Film ma jednak formę niemalże kryminalną – od samego początku perspektywa widza jest tożsama z tą należącą do Jane. Wraz z graną przez Julie Garner bohaterką przyjeżdżamy przed wschodem słońca do biura. Zapalamy światła, drukujemy i rozdajemy harmonogramy dnia, odbieramy telefony oraz chłoniemy tę nieprzyjemną, szarą, klaustrofobiczną atmosferę. Słyszymy urywki zdań, rozmów, odkrywających przed nami prawdę o tym miejscu i panujących w nich zasadach. Łączymy te drobiazgi w całość.

Przeczytaj również:  "Nowi Mutanci" - bardzo młodzi, niezbyt gniewni [RECENZJA]

Pojedynczy zgubiony kolczyk, po którego zgłasza się nieznajoma kobieta. Kanapa będąca obiektem żartów, rzucanych z porozumiewawczym spojrzeniem między producentami. Podejrzanie spora ilość zamawianych przez firmę substancji wspomagających erekcję. Wreszcie – nowo zatrudniona, niedoświadczona, młoda (i – jak opisuje ją protagonistka – bardzo ładna) asystentka szefa, którą osadzono w specjalnie zarezerwowanym pokoju hotelowym. Produkcja Green dzieje się w momencie, gdy te wszystkie elementy nabierają dla bohaterki kształtu. Widz, dodatkowo uzbrojony w znajomość kontekstu, kibicuje jej w walce z goliatem.

W przeciwieństwie jednak do takich filmów, jak Bombshell, Asystentka nie jest metafilmową, uatrakcyjnioną dekonstrukcją prawdziwych wydarzeń. Świat, w który zostajemy wraz z tytułową bohaterką rzuceni, jest chłodny i boleśnie realistyczny. Przy pomocy wspomnianych wcześniej detali i drobnych wyrywków z biurowego życia, Green osiąga dwie rzeczy – niezwłocznie wprowadza nas do rzeczywistości, w której Lily uczy się egzystować oraz czyni ją nam znajomą – każdy pracownik biurowy doświadczył na własnej skórze, albo słyszał o kimś, kto był ofiarą podobnego traktowania. W Asystentce bowiem nie chodzi tylko o seksualne nadużycia szefa, lecz o szeroko pojęty mobbing i to, jak łatwo jest go zamieść pod dywan.

W najlepszej scenie w całym filmie, Lily udaje się na rozmowę z pracownikiem HR-ów. Odgrywający go Matthew Macfadyen, który niemalże kopiuje rolę obślizgłego Toma z wybitnej Sukcesji, początkowo zachęca dziewczynę, sprawia wrażenie wyrozumiałego, w pewnym momencie nawet chwali jej ambicję i wyraża podziw dla umiejętności. Gdy jednak okazuje się o KOGO chodzi, zaczyna łapać dziewczynę za słówka, nie rozumie aluzji, żąda wyjaśnienia wszelkich niedopowiedzeń. W końcu ściąga maskę i wprost pyta dziewczynę: „Dlaczego chcesz to wszystko spieprzyć?” W tych ośmiu doskonale napisanych, wypełnionych napięciem minutach, Green dobitnie pokazuje dlaczego tak długo trwało zdemaskowanie Weinsteina i innych wpływowych mężczyzn, używających swojej pozycji do wykorzystywania młodych kobiet – za każdym z nich stał cały system, pajęczyna odzianych w garnitury cwaniaków, do których zadań należało zduszenie w zarodku przejawów pracowniczej niesubordynacji. Reżyserce wystarcza jedna scena, aby zmiażdżyć nadzieje zarówno Lily, jak i widza na sprawiedliwe zakończenie tej historii.

Przeczytaj również:  "Stumptown", czyli twarde serce i zaciśnięte pięści [RECENZJA]
fot. materiały prasowe

Najbardziej bolesne okazują się jednak próby przekonania dziewczyny, że to, co dzieje się za drzwiami gabinetu szefa, to coś zupełnie akceptowalnego. „Zaufaj mi, ona skorzysta bardziej niż on”, „To dorosła kobieta, świadoma swoich decyzji” i najgorsze – „Nie bój się – nie jesteś w jego typie” – brzmią jak litania, z którą musiała się mierzyć każda osoba, która chciała wyrazić sprzeciw wobec nadużyć Weinsteina. Kiedy więc w kończącej Asystentkę scenie Lily spogląda na ostatnie zapalone w biurze światło, nie widzimy na jej twarzy żalu lub złości – jest całkowicie pozbawiona wyrazu, co, paradoksalnie, mówi nam więcej o jej sytuacji, niż da się wyrazić w słowach.

Ocena

8 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

"Mroczne Wody", "Głód"

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.