Recenzje

“BlacKkKlansman” – nowy Spike Lee prosto z Cannes – Recenzja

Wiktor Małolepszy
kadr z filmu BlacKKKlansman

Reputacja Spike’a Lee w ostatnich latach znacząco ucierpiała. Mający na swoim koncie zarówno wybitne dramaty społeczne („Rób, co należy”) i monumentalne biografie najbardziej wpływowych ludzi XX wieku (Malcolm X, Bad 25), ale też kompletne niewypały komercyjne i artystyczne (Ona mnie nienawidzi, Oldboy) reżyser długo i intensywnie pracował nad powrotem do ekstraklasy Hollywood. Czy nagrodzenie jego nowego filmu w konkursie głównym w Cannes oznacza spełnienie tych ambicji czy może Jury, na czele z Cate Blanchett, przyznało BlacKKKlansman Grand Prix, motywując się czysto politycznymi pobudkami?

Tytułowym BlacKKKlansmanem staje się, grany przez charyzmatycznego Johna Davida Washingtona, młody gliniarz Ron Stallworth. W kreacji jego otoczenia Spike Lee z wielką chęcią sięga ku kliszom kina policyjnego – mamy lata 70., facet jest ambitny, czuje, że nie spełnia się w robocie w archiwum i pragnie, żeby szef przydzielił go od razu do sekcji śledczej. Jako że jest pierwszym ciemnoskórym gliniarzem w mieście, Ron musi najpierw okazać spokój i opanowanie, co nie będzie łatwe, bo nieustannie spotyka się z rasizmem w miejscu pracy, czasem nieświadomym, a czasem wrednym i ukierunkowanym bezpośrednio na niego. Dostaje jednak swoją szansę – udaje się jako szpieg na spotkanie studenckiej afroamerykańskiej młodzieży, na którym przemowę wygłasza jeden z byłych członków Czarnych Panter. Poznaje tam też młodą aktywistkę Patricie (w tej roli Laura Harrier) i bierze udział w wymianie poglądów na temat struktury rasowej w amerykańskim społeczeństwie.

BlacKKKlansman
Kadr z filmu BlacKKKlansman

Momentem kluczowym dla kariery Rona staje się zupełnie losowe natrafienie w gazecie na ogłoszenie o naborze do Ku Klux Klanu. W przypływie ekscytacji zgłasza swoją kandydaturę i wyraża chęć spotkania się z członkami „Organizacji”. Wraz z Filipem Zimmermanem, granym przez niezawodnego Adama Drivera oraz Jimmym, w którego wcielił się Michael Buscemi, tworzą postać Rona Stallwortha – podczas spotkań przybierającego ciało Drivera, a przez telefon mówiącego głosem Washingtona, rasisty i rozpoczynają ambitny projekt infiltracji lokalnego oddziału KKK. Z czasem ich śledztwo nabiera iście ogólnokrajowego zasięgu – dowiaduje się o nim Federalne Biuro Śledcze. Okazuje się, że „Organizacja”, mimo swoich niewielkich rozmiarów, ma wielkie ambicje. Powstrzymanie ich planów nabiera dla Rona osobistego wymiaru.

Przeczytaj również:  "Maggie", czyli doskonały seans na letni wieczór ze szklanką wina [RECENZJA]

Spike Lee na szczęście nie ma ambicji stworzenia z opartej na faktach historii Rona Stallwortha kryminału lub kina sensacyjnego. Większość seansu utrzymana jest w humorystycznym nastroju wynikającym z niedorzeczności całej sytuacji. Niejednokrotnie Spike Lee używa motywu Rona wykrzykującego z komicznym akcentem rasistowskie, antysemickie i homofobiczne obelgi. Washington spisuje się w tej roli znakomicie, ma naturalny luz i wyczucie. Postać, w którą się wciela nie należy do najbardziej skomplikowanych – Lee nie zadaje sobie trudu dobudowania Ronowi jakiegoś tła, poza wtrąceniem, że jego ojciec był w wojsku i wychował go na porządnego człowieka. Jego rozterki ograniczają się do szukania statusu quo między walką o swoją godność jako Afroamerykanina, a bronieniem statusu policjanta-obrońcy prawa, na który negatywnie wpływa działalność jego kolegów. Podobnie sprawa wygląda z postacią Adama Drivera – mimo swojego świetnego warsztatu komediowego, widocznego w wielu scenach zabaw członków Klanu, tak naprawdę jest postacią niezbyt interesującą i bez większych dylematów życiowych.

Ciekawiej wypadają główni członkowie KKK – każdemu z nich Lee nadaje własną, unikalną osobowość. Do najciekawszych należą Walter – szef Klanu, spokojny, inteligentny facet, który po prostu chce rozwoju Organizacji i traktuje ją jako hobby; dzban Ivanhoe, który na spotkania chodzi głównie po to, żeby się nachlać i pożartować oraz grany przez Tophera Grace’a David Duke, czyli lekko flegmatyczny, ale dostojny i wpływowy lider – człowiek, który traktuje „Organizację” jako ideę.

Najciekawiej wypada jednak Felix, grany przez Jaspera Pääkkönena, który jest kompletnym radykałem. Rasizm i antysemityzm stanowią dla niego styl życia oraz kamień węgielny, na którym zbudował swoje małżeństwo z Connie. Niezwykle podejrzliwy i porywczy ma od samego początku rezerwy do „Rona” i w każdej możliwej sytuacji doszukuje się w nim jego żydowskiego pochodzenia – czy to prowokując go, opowiadając swoje teorie na temat Holokaustu, czy też zmuszając go, żeby pokazał swojego penisa. Pääkkönen bawi się swoją rolą – nieustannie moduluje głos, z jego oczu błyska szaleństwo i ekstaza podczas rasistowskich wiązanek – i to on jest najciekawszą postacią całego filmu, co, zważając na zaangażowaną społecznie przeszłość Spike’a Lee, okazuje się dla widza bardzo odświeżające.

Przeczytaj również:  "Homemade", czyli netflixowe krótkometrażówki o życiu w trakcie pandemii [RECENZJA]
BlacKKKlansman
kadr z filmu BlacKKKlansman

I to właśnie te ambicje stworzenia komentarza politycznego stają się głównym problemem Blackkklansmana. Spike Lee nieustannie nawiązuje do obecnej sytuacji w USA – momentami bez żadnej subtelności, co wypada bardzo nieprzekonująco w filmie często posiłkującym się kliszami i używającym groteskowych portretów bohaterów. Pokazuje utarte portrety rasizmu, w swoim komentarzu opiera się na zszokowaniu widza i wbiciu mu do głowy swojej racji, co nikogo raczej nie przekona. Społecznie zaangażowana część wygląda tak, jakby była wycięta z zupełnie innej produkcji. Widać w niej kunszt Lee jako dokumentalisty, ale też jego nieudolność w tworzeniu unikalnego, świeżego przekazu.

Zobacz również: “Han Solo: Gwiezdne wojny – historie” – Recenzja

Blackkklansman jest filmem przyjemnym, przyswajalnym i zapewniającym dobrą rozrywkę. Niestety, bardzo cierpi przez wydumane ambicje swojego twórcy, pokazując, jak bardzo zmieniło się adresowanie problemów rasowych we współczesnym kinie. Zamiast czerpać inspirację z takich obrazów, jak Uciekaj!, lub Atlanta – oferujących nietypowy, oryginalny komentarz na temat kwestii bolących dzisiejsze amerykańskie społeczeństwo, Spike Lee woli zalać widza obrazami, które może i zostaną w jego głowie, ale na pewno nie sprowokują go do żadnej refleksji.

Ocena

7 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.