Recenzje

“Nie ma nas w domu” (“Sorry We Missed You”) – Klasa robotnicza albo przypał [RECENZJA]

Wiktor Małolepszy

Filmów, które biorą pod lupę ludzką niedolę jako pochodną starcia z bezdusznym systemem w ostatnich miesiącach przybyło jak grzybów po deszczu. W takim Jokerze, prawdopodobnie najdziwniejszym blockbusterze tej dekady, tytułowy bohater swoją frustrację ciągłymi niepowodzeniami przekuwał w niszczycielską, anarchistyczną siłę. Kimowie z Parasite natomiast, miast protestować przeciwko usystematyzowanej niesprawiedliwości, założyła maski i przyjęła akceptowalne przez elity role. Ricky, ojciec i głowa rodziny Turnerów, ani nie ma sprytu Koreańczyków, ani nie jest tak zdesperowany jak Arthur Fleck. Choć w życiu nie ma lekko, spuszcza wzrok i prze pod niesprzyjający mu prąd. Żyje w tym systemie już tyle lat, że nauczył się przyjmować coraz to kolejne ciosy bez zachwiania.


Zobacz też: “Nasi chłopcy” – Tak uczciwego politycznie serialu chyba jeszcze nie było [RECENZJA]

Ciosy, które z siłą Mariusza Pudzianowskiego i pewnością Floyda Mayweathera rozdają Ken Loach na spółę z Paulem Lavertym. To doświadczeni zawodnicy. Zjedli zęby na portretowaniu losów klasy robotniczej, za co pierwszy z nich trzy lata wcześniej otrzymał Złotą Palmę w Cannes (za Ja, Daniel Blake). Nie ma nas w domu (Sorry We Missed You) to kolejna w ich portfolio dydaktyczna historia o cierpieniu i niesprawiedliwości dotykającej ciężko pracujących mężczyzn i kobiety. Tym razem ich ofiarą staje się rodzina Turnerów. Ricky dopiero co zaczął pracować jako samozatrudniony kurier na franczyzie. Sprzedał auto, aby wziąć na raty samochód dostawczy i jeździ po kilkanaście godzin od poniedziałku do soboty, ścigany przez terminy oraz szefa, którego nie obchodzi nic poza wynikami finansowymi magazynu. Jego żona również haruje jak wół, przechodząc z punktu do punktu jak w grze komputerowej, żeby dotrzeć do swoich podopiecznych. Praca opiekunki, choć frustrująca i wykańczająca nerwowo, pozwala jej czasami na chwile refleksji podczas rozmów ze starszymi paniami. W tych scenach widać wielką tęsknotę Abbie – za mężem, synem i córką, z którymi cały czas się mija.

Przeczytaj również:  "Dżentelmeni" – Gościu powraca w wielkim stylu [RECENZJA]

Tryb życia w rodzinie Turnerów znajduje niestety odbicie w ich dzieciach. Jedenastoletnia Lisa Jane jakoś znosi absencje rodziców, ale buntowniczy nastolatek Seb wyraźnie potrzebuje kogoś, kto pomoże mu znaleźć życiową drogę. Nie pojawia się w szkole, całe dnie i noce spędza, włócząc się po szarym Newcastle, sprejując z ziomkami i ziomalkami graffiti na okolicznych murach lub billboardach. Ricky nie jest jednak w stanie synowi pomóc. Wykończony ciągłą pracą w nieludzkich warunkach i sfrustrowany jego nieposłuszeństwem, wdaje się w coraz ostrzejsze spory ze swoją najstarszą latoroślą. Wraz z eskalacją konfliktów w domu, wzrasta ilość nieszczęśliwych wypadków w karierze zawodowej, co stopniowo prowadzi do katastrofy i rozłamu w familii.


Zobacz też: Serial w bardzo angielskim stylu [FELIETON]

Myli się jednak ten, który twierdzi, że rodzina znajdzie jakieś wyjście z tej sytuacji. Jak na niezwykle doświadczonego reżysera przystało, Loach w ciągu kilku minut związuje widza ze swoimi bohaterami. Początkowo wszystko nie wygląda tak źle, praca kuriera, jakkolwiek ciężka, dostarcza paru momentów wytchnienia – w postaci slapstickowej interakcji z funkcjonariuszką policji czy komicznej potyczki między kibicami dwóch klubów piłkarskich. Kiedy jednak Paul Laverty dokręca śrubę, kończy się nadzieja – a zaczyna powolny upadek. Szkoła decyduje się wyciągnąć konsekwencje wobec zachowania Seba; Ricky bierze trasę, która go przerasta; podopieczni Abbie nagle dzwonią do niej w sobotnie wieczory; Lisa Jane wpada w traumę związaną z niekończącymi się kłótniami między członkami jej komórki społecznej. Lecz fatum także wtedy im nie odpuszcza, czego efektem jest trzeci akt – tak tragiczny, że aż poddający w wątpliwość szlachetne motywacje reżysera.

Loach, niestety, pozbawiony jest subtelności w przedstawianiu poczynań swoich postaci. Już od początku filmu torpeduje widza ekspozycją, tak uporczywie nadając Turnerom everymanowy status, że momentami równie dobrze mógłby pozwolić sobie na złamanie czwartej ściany. Skazuje ich na niemalże niewolniczą pracę, magicznie zwiększa ciążące nad ich głowami długi i dostarcza zmartwień niemalże irracjonalnymi wybrykami syna. W otwierającej scenie, gdy Ricky zostaje zapytany, czy był kiedykolwiek na zasiłku, ten z oburzeniem oświadcza, że ma swoją godność. Późniejszy przebieg akcji może jednak prowokować pytanie, dlaczego reżyser zamiast tę godność emancypować, stara się go niej pozbawić.

Przeczytaj również:  "Małe kobietki" – Gerwig poza strefą komfortu [RECENZJA]

Szkoda, bo w rzadkich momentach spokoju Turnerowie są naprawdę sympatycznymi ludźmi. Duża w tym zasługa świetnych kreacji aktorskich, za które, jak to często u Loacha, odpowiadają powszechnie nieznani artyści. Gratulacje przede wszystkim należą się Debbie Honeywood, czyli sercu nie tylko rodziny, ale i całego filmu. Wraz z Krisem Hitchenem tworzą bardzo wiarygodny duet, silne małżeństwo, na którego gładkiej powierzchni zaczynają pojawiać się pęknięcia. Na szczególną uwagę zasługują również twórcy scenografii – Fergus Clegg oraz Julie Ann Horan. To właśnie w stworzonych przez nich ciasnych pokojach rozgrywa się lwia część dramatu, a efekt ich pracy nadaje Nie ma nas w domu wiarygodności oraz uniwersalności.


Zobacz też: Jesteś tylko zabawką… [FELIETON]

Film Loacha angażuje i wyciska łzy z oczu. Po długiej obserwacji walki Turnerów o utrzymanie się na powierzchni w widzu wzrasta bezsilność i gniew. Nie są one jednak efektami złości na bezduszny, wyzyskujący pracownika system, lecz frustracji kolejnymi decyzjami scenarzysty i reżysera. Brakuje im bowiem umiaru, czego jedynym efektem jest zbliżenie Nie ma nas w domu do Księgi Hioba lub Naszej szkapy. Rok wcześniej Koreeda pokazywał, jak można poetycko i dobitnie skrytykować społeczne niesprawiedliwości. Chociaż brytyjska produkcja utkana jest z podobnych nici, to jej twórcy przedobrzyli, czego efektem jest film zbyt głośny, żeby przekazywane przez niego lekcje odpowiednio wybrzmiały.

Ocena

4 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.