Advertisement
KulturaMuzyka

“Folklore” Taylor Swift – Album dojrzałej artystki [RECENZJA]

Wiktor Małolepszy
fot. materiały prasowe / Universal Music Polska

I think I’ve seen this film before” śpiewa bohaterka tej recenzji wraz z Justinem Vernonem na podniosłym exile, czym opisuje również wrażenia towarzyszące odsłuchowi jej najnowszego albumu. Taylor Swift – artystka epokowa, pokoleniowa, całkiem możliwe, że jedna z najbardziej spełnionych songwriterek na świecie – na swoim ósmym albumie przechodzi bowiem kolejną już stylistyczną oraz artystyczną woltę. 31-letnia artystka porzuca komercyjny (teen) pop, pozwalając wybrzmieć swoim pisarskim talentom w folkowej atmosferze. Nie unika jednak skojarzeń i powiązań z innymi muzykami – również z tymi, z którymi nagrała ów album. Folklore jest bowiem owocem współpracy głównie Taylor oraz Aarona Dessnera z The National (którego brat bliźniak zajął się aranżacją), co tłumaczy przestrzenną produkcję oraz melancholijność każdego utworu. Swift celuje w uniwersalność – stworzenie płyty, która zamiast zdobywania szczytów Bilboardu lub wyznaczania trendów na TikToku, ucementuje jej pozycję wśród wielkich postaci amerykańskiej muzyki.

Jako że do czynienia mamy z płytą folkową, pojawia się na Folklore wiele elementów charakterystycznych dla tego gatunku. Na pierwszy plan wysuwają się przepełnione tęsknotą teksty, w których odnaleźć można ślady doświadczeń samej wokalistki. Swift snuje opowieści, które snuła przez całą swoją karierę – obiektem jej zainteresowania okazuje się głównie miłość. Zawsze miała talent do opowiadania prostych historii w przejmujący sposób, czy to na wczesnych, przepełnionych nastoletnim urokiem You Belong With Me, lub Love Story, czy dojrzalszym State of Grace. Folklore służy za najciekawszą kolekcję historii w karierze artystki, która spogląda na swoje wcześniejsze utwory z pozycji doświadczonej kobiety i przy pomocy aranżacji oraz starannie dobranych obrazów nadaje tym samym motywom inne tony. Dobitnym tego przykładem jest trylogia cardigan/august/betty, gdzie Taylor śpiewa o nastoletnim romansie z perspektywy trzech różnych osób. Komponując takie wersy, jak “But I can see us lost in the memory/August slipped away into a moment in time z rozmarzoną, mazzy-starową produkcją, artystka ukazuje swoje doskonałe poetyckie wyczucie i przebłyski muzycznego geniuszu.

fot. materiały prasowe / Universal Music Polska

Innym tematem obecnym na jej dyskografii, który zostaje odkurzony na Folklore jest relacja Taylor z mediami i innymi postaciami popkultury. Artystka przez większą część poprzedniej dekady stała się obiektem krytyki, czy to za swój luźny stosunek do relacji z mężczyznami, czy przez liczne spory z Kanye Westem, Katy Perry i pewnie wieloma innymi celebrytami, kiedy sama z wyższością komentowała te konflikty, budując sobie oraz fanom oblężoną twierdzę. Sama Taylor Swift wielokrotnie pogrywała z tym obrazem – czy to na wielkim hicie Blank Space, czy raczej sporym niewypale, jakim było kampowe Look What You Made Me Do. Na Folklore Taylor już nie prezentuje się jako szalona dziewczyna czy kobieta-wąż, lecz rysuje artystyczne paralele między sobą a Rebekhą Harkness na dynamicznym, pulsującym the last great american dynasty. W inteligentny i prześmiewczy sposób pokazuje, że jest krytykowana w podobny sposób, co amerykańska filantropka – za swój bezwstydny styl życia i “szaleństwo”. Ten wątek rozwija później na mad woman, gdzie ze złością komentuje swój konflikt z poprzednią wytwórnią oraz na peace, kiedy rzuca wersem there’s robbers to the east, clowns to the west”. Cóż, Folklore to ustnie przekazywane historie, a czy była w poprzedniej dekadzie artystka, o której rozmawiano częściej niż o Taylor Swift?

Poza Bon Iver oraz braćmi Dessnerami, w produkcji albumu wziął udział Jack Antonoff, wieloletni współpracownik Swift, Carly Rae Jepsen, Lorde, Lany Del Rey i wielu innych współczesnych artystek. Na wyprodukowanym przez niego i Taylor my tears ricochet szczególnie słychać podobieństwa z ubiegłorocznym albumem Lany – delikatne intro i przeciągnięte frazy “And if I’m on fire, you’ll be made of ashes, too odsyłają do tęsknych wokaliz autorki Norman Fucking Rockwell. Najwspanialszą jednak piosenką na całym Folkore jest august, siostra tytułowego Lover z poprzedniej płyty Taylor. Tu również Antonoffowi oraz Swift udało się napisać przejmującą balladę, nadającą się do weselnych pierwszych tańców. Przewagą august jest jednak o wiele bogatsze brzmienie – rozmarzone instrumentalne breaki po refrenie, w których utwór unosi się i rozpływa w potężnym, gitarowo-skrzypcowym dropie, to zdecydowanie highlight całej płyty. Podobne emocje wywołuje epiphany, najbardziej minimalistyczny utwór w całej karierze piosenkarki, gdzie kontekstualizuje ona historię swojego dziadka – wojennego weterana – na tle lekarzy walczących z pandemią. Taylor sięga tutaj po ambientalny pop, co wraz z jej oddychającym wokalem wywołuje piorunujący efekt, kojarzący się z dreampopowym ghostin Ariany Grande.

Ciężko stwierdzić, czy Folkore to najlepszy album w karierze Taylor Swift – zbyt mocno odstaje od poprzednich płyt. Brakuje tutaj wielkich popowych przebojów, piosenek, które będą zapętlane przez stacje radiowe, sama płyta też jest zdecydowanie zbyt długa, przez co kilka niewyróżniających się utworów może łatwo się zlewać. Pod względem artystycznym wokalistka nigdy nie rzuciła się na aż tak głęboką wodę, bo też folk nie był dla niej oczywistym wyborem. Taylor już wiele razy pokazywała, że nie boi się zmian – czy to na synthpopowym, ejtisowym 1989, czy cykającym, trapowym Reputation. Tamte wolty jednak można było zawsze wytłumaczyć pogonią za sławą, potrzebą tworzenia hitów, wskakiwaniem na trendy w popie. Folklore natomiast wyróżnia dojrzałość – to dzieło doświadczonej artystki, która, zdając sobie sprawę ze swojej największej siły, odkryła medium, gdzie może ją najefektywniej wykorzystać.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.