NetflixRecenzjeSeriale

“The Eddy” – Joanna Kulig śpiewa u twórcy “La La Land” [RECENZJA]

Wiktor Małolepszy
The Eddy
Fot. "The Eddy" / mat. promocyjne

W pamiętnej scenie z La La Land, gdy sfrustrowany Ryan Gosling mansplainuje Emmie Stone jazz, opisuje go jako zbudowany na przeciwieństwach twór muzyczno-komunikacyjny, służący za wspólny język i metodę wyrazu dla pochodzących z różnych środowisk ludzi, jednocześnie będąc platformą, w której każdy z nich ”grał pod siebie”, tworząc skonfliktowany wielogłos. Nic dziwnego więc, że Paryż uznawany jest za stolicę tego gatunku i o tworzeniu tam marzy grany przez Goslinga Sebastian. Jak pokazali chociażby tegoroczni Nędznicy, współczesna Francja to tygiel kultur i klas, wokół których narasta napięcie i tarcia. Oglądając The Eddy – najnowszy projekt twórcy La La Land, Damiena Chazella – nietrudno jest odnieść wrażenie, że to właśnie jazz powstrzymuje przedstawionych w nim bohaterów przed rzuceniem się sobie do gardeł. W wypełnionym nieszczęściami, małymi i wielkimi dramatami świecie Elliota Udo, pisana przez niego muzyka jest jedyną materią, nad którą ma pełną kontrolę.

Grany przez Andrégo Hollanda Elliot to legendarny jazzowy pianista, który po latach sukcesów zakończonych rozwodem, postanowił zacząć wszystko od nowa w stolicy Francji. Wraz z dobrym przyjacielem – Faridem – założył klub The Eddy, który jednak nie radzi sobie tak dobrze, jak oczekiwał. Choć Elliot ciężko pracuje nad warstwą muzyczną, komponuje utwory dla nazwanego po klubie zespołu, któremu lideruje charyzmatyczna polska wokalistka Maja, miejsce rzadko wypełnione jest po brzegi, a wielbiciele jazzu przychodzą raczej po to, żeby zamienić kilka słów ze swoim idolem, niż wesprzeć jego biznes. Kolejnym zmartwieniem na głowie muzyka okazuje się szesnastoletnia córka – Julie – która przylatuje z Nowego Jorku, żeby, podobnie jak kilka lat wcześniej jej ojciec, spróbować odnaleźć siebie w nowej przestrzeni. Zmuszony do łączenia ojcowskich, menadżerskich i kompozytorskich obowiązków Elliot ma coraz większe problemy ze zorganizowaniem tych wszystkich elementów, a gdy na wszystkich bohaterów spada tragiczne wydarzenie, nietrudno jest stwierdzić, że The Eddy stanowić będzie kronikę upadku człowieka.

The Eddy
Fot. “The Eddy” / mat. promocyjne

Miniserial Jacka Thorne’a, za którego produkcję i reżyserię dwóch pierwszych odcinków odpowiada Damien Chazelle, to rzecz daleka od eskapizmu La La Land. W niektórych scenach przypomina nerwowość Whiplasha, lub realizacyjną surowość Pierwszego człowieka. Muzyka, choć niejednokrotnie piękna i porywająca, nie jest lekarstwem na wszystkie smutki, a w życiu Elliota o wiele częściej działa, jak kolejny punkt zapalny. Odczuwana przez niego pasja do tworzenia, grania niejednokrotnie stawia go przed ciężkimi decyzjami i prowokuje do podejmowania niepotrzebnego ryzyka. Jednocześnie, gdy napisane przez wybitnego Glena Ballarda i Randy’ego Kerbera utwory wybrzmiewają w pełnej krasie, z łatwością porywają nawet tych, którzy jazzu nie darzą tak wielkim uczuciem, jak Chazelle. Sceny muzyczne to największe zalety The Eddy. Doskonale zmontowane, udźwiękowione, często popisowe nie tylko dla muzyków (niemal każdy aktor wcielający się w członka zespołu to profesjonalny muzyk, bez doświadczenia aktorskiego), ale i operatora, wywijającego kamerą wokół instrumentalistów i wokalistki. Twórcy dobrze zdają sobie z tego sprawę, poświęcając kilka minut z każdego odcinka na koncerty, próby, występy, podczas których wybrzmiewają oryginalne, napisane specjalnie na potrzebę serialu, utwory.

Przeczytaj również:  "Maggie", czyli doskonały seans na letni wieczór ze szklanką wina [RECENZJA]

Choć złożony z osób o różnych tłach kulturowych i etnicznych zespół świetnie dogaduje się na scenie, to gdy tylko z niej zejdą, gubią się w paryskiej codzienności. The Eddy to ośmioodcinkowy miniserial, z każdym epizodem poświęconym innej istotnej postaci. Chociaż w centrum niezmiennie znajduje się Elliot, to trapiące go zmartwienia nie dotyczą tylko niego, a dzięki stopniowemu rozszerzaniu perspektywy o kolejnych bohaterów, serial pozwala przyjrzeć się z różnych ujęć nie tylko sytuacji jazzmana, ale i samej francuskiej stolicy. Nikt tu nie jest milionerem, wszyscy są zbyt zajęci walką o byt, aby przyjrzeć się wieży Eiffla lub przespacerować po Polach Elizejskich. The Eddy skoncentrowany jest raczej na ukazaniu wielokulturowości tego miasta, odpowiadającej za zasianie w nim jazzowego ziarna. Ukazane są zakazane dzielnice, w których nastolatkowie rozprowadzają narkotyki, biedne, arabskie osiedla rojące się od chłopców wychowujących się bez rodziców i kontrastujące z nimi anglojęzyczne szkoły dla bogatych nastolatków oraz wieżowce należące do zepsutych biznesmenów. Wszystkie te miejsca łączy i spaja ta sama wartość – pieniądz. Jeśli zaczyna ci go brakować, to nie masz czego w Paryżu szukać.

Obejrzenie The Eddy nie jest więc najprzyjemniejszym doświadczeniem. Przez zdecydowaną większość serialu widz obserwuje piętrzącą się przed bohaterami górę zmartwień, a trawiące ich stres i frustracja z łatwością mogą mu się udzielić. Tym bardziej że odcinki są zaskakująco długie, jak na Netflixową produkcję – niektóre trwają dłużej, niż godzinę. Taka obszerność całego projektu sprawia, że pojawiają się epizody lepsze i gorsze. The Eddy ma bardzo mocny początek i koniec – w dwóch pierwszych i ostatnich częściach dzieje się sporo, a napięcie i stawki równoważone są przez emocjonujące/alne jazzowe numery. Na tym tle środkowi serialu brakuje dynamizmu i chociaż w każdym odcinku odnaleźć można mocne, dramatyczne momenty, to cierpi on na wtórność oraz powtarzalność fabularnych schematów.

Przeczytaj również:  "Artemis Fowl", czyli spóźniona o ponad dekadę adaptacja kultowej książki [RECENZJA]

Na pochwałę zasługują jednak napisane przez Jacka Thorne’a postaci, którym nie można odmówić wielowymiarowości i indywidualnego charakteru. Oczywiście, na pierwszym planie bryluje skonfliktowany Elliot, ale odbicie jego charakteru widać w postaci córki – Julie. Znany z Moonlight André Holland wlewa w swoją postać to samo ciepło, jednocześnie zachowując pewną emocjonalną powściągliwość, co czyni wiarygodniejszym siedzący w jazzmanie muzyczny geniusz. Odkrytej w Nienawiści, którą dajesz Amandzie Stenberg również udaje się niełatwe zadanie – zagrała postać z autodestrukcyjnymi tendencjami, na której ostatecznie widzowi zależy.

The Eddy
Fot. “The Eddy” / mat. promocyjne

Odpowiadając na nurtujących wszystkich Polaków pytanie – Joanna Kulig spisała się znakomicie. Aktorka wspominała, że Zimna Wojna tak zauroczyła twórców, że postanowili przepisać całą postać, nadając jej polskie pochodzenie. Był to na pewno strzał w dziesiątkę – Maja jest najbardziej wyważoną emocjonalnie osobą w całym serialu, jedną z nielicznych, które potrafią z dystansem spojrzeć na sytuację i dać Elliotowi oraz jego córce dobrą radę. Jest prawdziwą liderką zespołu, spajając go i oferując wsparcie dla pojedynczych członków. To silna osoba, odmawiająca sobie uzależnienia się i zauroczenia Elliotem – zbyt dobrze go zna i przez zbyt wiele przeszła. Natomiast na scenie tryska pewnością siebie i charyzmą. Joanna Kulig miała niełatwe zadanie – musiała nauczyć się kilkunastu piosenek, sporej części w nieznanym jej języku, oraz łączyć dialogi po angielsku, francusku z, najczęściej wulgarnymi, wstawkami po polsku. Utwory wykonała jednak fenomenalnie i jej wokal jest jednym z najważniejszych powodów, dla których czekam na premierę soundtracku na Spotify.

The Eddy to produkcja, która na pewno wyróżnia się na tle innych Netflixowych dzieł. Za muzykę, grę aktorską, reżyserię oraz scenariusz odpowiadają doświadczeni i wielokrotnie nagradzani artyści. Dostali sporą wolność twórczą, osadzając całą akcję w Paryżu i kręcąc tam przez pół roku. Nie jest to serial, który będzie viralowym hitem na miarę Tiger Kinga. The Eddy to realistyczny, chłodny i zdecydowanie bliższy europejskiemu kinu festiwalowemu, niż amerykańskim musicalom, dramat. Wymagający cierpliwości, sporej empatii, zrozumienia oraz miłości do muzyki. Bez tych cech, serial z Joanną Kulig może okazać się zbiorem wątków, których repetytywność i surowość stanie się zbyt męcząca, żeby zaangażować emocjonalnie. Zupełnie jak sam jazz.

Ocena

7 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

"Whiplash", "Nędzników" (2019), "Zimną Wojnę"

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.