Advertisement
FestiwaleFilmyRecenzje

„Kopnęłabym cię, gdybym mogła” – Mama wie najlepiej [RECENZJA Z BERLINA]

Wiktor Małolepszy
If I Had Legs I'd Kick You
fot. „If I Had Legs I'd Kick You” / materiały prasowe A24

Arka Noego śpiewała, że „Mama wie najlepiej czego mi brakuje, czego potrzebuję”. Zadam jednak pytanie rodem z umysłu krawędziowego gimnazjalisty: a co, jeśli nie wie? Minęło już kilkadziesiąt lat od kiedy zaczęto tematyzować matczyny obowiązek i zastanawiać się nad tym, jak „trzecia zmiana” – opieka nad dzieckiem – wpływa na życie i zdrowie psychiczne kobiet. Wciąż jednak to matki postrzegane są jako główne opiekunki dzieci, a przeświadczenie o istnieniu naturalnej predyspozycji tj. „instynktu macierzyńskiego”, który pozwala kobiecie na dogłębne zrozumienie dziecka, a nawet daje nadludzką siłę w momentach zagrożenia jego życia, pozostaje popularne.

Mary Bronstein w swoim Kopnęłabym cię, gdybym mogła również sięga po element nadprzyrodzony. Zamiast niezwykłej sprawności fizycznej, Linda, główna bohaterka filmu, ma pewnego rodzaju zdolności metafizyczne. Wydaje jej się bowiem, że w dziurze w suficie, powstałej w wyniku zalania apartamentu piętro wyżej, dostrzega migoczące świetliki, a im głębiej w nią spogląda, tym bardziej przypomina portal do innego wymiaru. Linda ma też inną cechę wspólną z matkami z Pocztu Matek Studia A24 – ostatnio w jej życiu wszystko się wali. Nie chodzi tylko o wadliwe elementy konstrukcyjne jej mieszkania. Mąż Lindy pracuje na morzu, więc poza trajkotem w słuchawce telefonu jest praktycznie nieobecny. Jej dziesięcioletnia córka zapada na tajemniczą chorobę i musi być dokarmiana przez kroplówkę, bo nie chce tyć. Na czas remontu obie zostają umieszczone w ciasnym motelowym pokoiku, z wredną emo-dozorczynią i przyjacielskim stonerem A$APem Rockym za ścianą. Dorzucając do tego barszczu problematyczne przypadki klientów w klinice terapeutycznej Lindy, postępujące zobojętnienie jej własnego psychologa Conana O’Briena i pasywno-agresywne komentarze lekarki nadzorującej marne postępy dziecka, nietrudno się dziwić, że sama zainteresowana ma już dość słuchania o zdrowotnych efektach dobrego snu i potrzebie znalezienia czasu dla siebie.

„Kopnęłabym cię, gdybym mogła” / Best Film

Zainspirowany osobistymi doświadczeniami reżyserki (i wyprodukowany przez jej męża – czyżby próba zadośćuczynienia?) film to doskonały przykład sztuki ekspresjonistycznej. Choć bohaterka Bronstein nie patrzy ze strachem w centrum kadru z założonymi rękami na głowie, bo zwyczajnie nie ma na to czasu, to stojący za kamerą Christopher Messina nigdy nie spuszcza jej z oczu. Chcąc wywołać efekt patrzenia „zza gałek ocznych bohaterki”, przez sporą część seansu widzimy wcielającą się w Lindę Rose Byrne w dramatycznych zbliżeniach na twarz – niejednokrotnie nawet na same oczy – i obserwujemy reakcje na kolejne kłody, które świat rzuca jej pod nogi. Rozszerzone źrenice, podniesione brwi, niedowierzający wytrzeszcz to główne elementy jej arsenału, ilustrujące złość i bezsilność bohaterki.

Przyjmując jej perspektywę, Bronstein dwoi się i troi, żeby uczynić frustrację Lindy jak najbardziej wyczuwalną. Przelewa ją na relacje i kontakty z innymi ludźmi. Najlepszym przykładem jest to, jak pokazani zostają najbliżsi bohaterce ludzie, mąż i córka – czyli w ogóle. Męża Lindy nigdy nie widzimy. To głos w słuchawce, który mówi niekończącym się potokiem frazesów i żądań, dzwoni zawsze w najgorszym momencie i jest odrzucany bez słów pożegnania. Ich córka nie ma ani imienia, ani twarzy – pojawia się w filmie w formie pozakadrowych jęków, krzyków, mazgajstwa i zachcianek. Prawdziwy koszmar rodzica, do którego nawet nie można się przytulić w nocy z obawy o naruszenie delikatnej konstrukcji kroplówki, pompującej pożywienie do żył dziecka. Kolejnym koszmarnym obrazem jest dziura w mieszkaniu, bardziej przypominająca otwór w ciele, do którego wprowadzana jest końcówka kroplówki. To mięsista, pulsująca otchłań, jednocześnie odrzucająca, ale i przyciągająca uwagę bohaterki.

Bronstein łączy czasem te horrorowe triki z elementami komedii – jak wtedy, gdy kupiony córce chomik (łapówka za dobre zachowanie) okazuje się być krwiożerczą, animatroniczną bestią rodem ze Strasznych Filmów, czy splatterów Petera Jacksona (i kończy jak wiele jego potworów). Stara się też równoważyć stresującą atmosferę filmu znanymi twarzami na drugim planie. Kradną go po kolei: olśniewający A$AP Rocky, który może chłopakiem z sąsiedztwa nigdy nie będzie, ale swoim urokiem rozładuje każdą stresującą sytuację; Conan O’Brien, kompletnie porzucający ciętość i fizyczność swojego komediowego emploi idąc w przekomiczny, suchy deadpan; oraz Danielle Macdonald, pamiętna z roli Patti Cake$, udanie balansująca między szaleństwem a użalaniem się nad sobą.

„Kopnęłabym cię, gdybym mogła” / Best Film

Prawdziwą gwiazdą tego projektu jest Rose Byrne, długo czekająca na taką okazję na pierwszym planie. Bez ani jednej fałszywej nuty wygrywa symfonię macierzyńskiej niedoli, wcielając się w bohaterkę, która nie nosi cierpiętniczego grymasu i często podejmuje decyzje mogące budzić niezrozumienie lub frustrację. To bohaterka, do której od początku czuje się sympatię, jednocześnie sprawiająca wrażenie, jakby próbowała się jej za wszelką cenę pozbyć. Jednak, paradoksalnie, zyskuje jej coraz więcej, bo w nieustannej walce o pozostanie na powierzchni, gdy cały kosmos próbuje ją zatopić, wybrzmiewa wiele prawdy nie tylko na temat trudów bycia matką, ale także po prostu człowiekiem.

Dziwi jednak, biorąc pod uwagę, że od ciężkich przeżyć, które zainspirowały powstanie tego filmu minęło wiele lat, skrajna negatywność w tym, jak Bronstein ukazuje relację Lindy z córką. Być może to jedynie wycinek z najgorszego momentu jej życia, lecz brak nie tylko jakichkolwiek momentów bliskości, ale wręcz zepchnięcie chorego dziecka do roli ciemiężyciela, kontrastuje z empatyzującym podejściem reżyserki do swojej bohaterki. Skoro ma ona tyle wyrozumiałości do niej samej, to dlaczego nie potrafi tym samym obdarzyć kogoś, kto z racji wieku i zdrowia nie dysponuje żadnymi narzędziami, żeby o siebie zadbać? Nietypowa decyzja o niepokazywaniu córki, podyktowana zamiarem skupienia empatii widza wyłącznie na Lindzie, wybrzmiewa więc jak dość bezpieczne rozwiązanie – jasne, że będziemy współczuć matce, której relacja z dzieckiem jest tak jednostronna. Kogo obdarzymy empatią – jęczący głos dziecka w tle, czy osobę, której twarz widzimy przez 99% filmu?

Przeczytaj również:  „Sun Ra. Wizja staje się dźwiękiem” – Artysta nie z tej ziemi | Recenzja | Millennium Docs Against Gravity 2026

Biorąc pod uwagę nerwowość i psychodeliczność tego filmu, niewielu zaskoczy pojawiające się w napisach nazwisko Josha Safdiego, widniejącego jako producent. Obaj bracia zagrali we wcześniejszym filmie Bronstein Yeast, a jej mąż współpracował z nimi m.in. jako scenarzysta. Między nowym obrazem Bronstein a produkcjami utalentowanych braci występuje też inna ciekawa zależność. U Safdiech ta charakterystyczna stresująca atmosfera była czymś w rodzaju kary za grzechy – chciwość Howarda w Nieoszlifowanych diamentach, kradzież popełnioną przez Conniego i Nicka w Good Time. Gdzie jednak zawiniła Linda? Zdaje się, że kara jest pokłosiem nie grzechu, lecz błogosławieństwa – decyzji o urodzeniu dziecka.

Korekta: Magda Wołowska

+ pozostałe teksty

Skandynawista, autor prac naukowych o „Midsommar” oraz „Scenach z życia małżeńskiego”. Poza Skandynawią lubi też pisać o kinie Azji i muzyce.

Ocena

7 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.