„Tranzyt”, czyli wojna i tęsknota we współczesnej Francji [RECENZJA]

Sam koncept Tranzytu zwiastuje produkcję co najmniej intrygującą. Oto adaptacja książki Anny Seghers o tym samym tytule. Wydana w 1944 roku powieść opowiada o mężczyźnie, który próbuje wydostać się z okupowanej przez Niemców Francji. Jednak oglądając film widza uderzają widoki policjantów w nowoczesnych uniformach, lub aut, które zna z ulic współczesnych miast. Jednocześnie, nikt nie używa tu smartfonów. Mężczyźni noszą eleganckie garnitury lub kamizelki, a kobiety zwiewne sukienki. Ta anachroniczność świata przedstawionego pełni w Tranzycie wyraźną funkcję. Rysuje paralelę między Marsylią kiedyś i Marsylią teraz. Między Europejczykami uciekającymi przed Hitlerem, a uchodźcami próbującymi wydostać się z Bliskiego Wchodu.

Znany z Barbary czy Feniksa Christian Petzold kolejny raz bierze się za temat płynnej tożsamości. W swojej poprzedniej produkcji ukazywał historię Nelly – kobiety, która po operacji twarzy wcielała się w samą siebie, żeby zbadać uczucia swojego męża. Głównym bohaterem Tranzytu jest Georg – mężczyzna, którego przeszłość stanowi dla widza zagadkę. W trakcie wykonywania zlecenia zdobywa on dokumenty, listy i manuskrypt powiesci zmarłego pisarza – Weidela. Bez wahania wchodzi więc w jego buty, a gdy odkrywa, że nieboszczyk posiada wizę tranzytową pozwalającą jemu i jego żonie uciec do Meksyku, decyduje się na skorzystanie z tej okazji i jedzie do portu w Marsylii.

Już podczas sceny podróży widać historyczne paralele rysowane przez reżysera. Georg wraz ze śmiertelnie rannym przyjacielem Heinzem wskakują do wagonu, a rano budzi ich policyjna obława. Właściwie to budzi tylko tego pierwszego – chory towarzysz umiera we śnie. Georg, kierowany słusznymi pobudkami, decyduje się więc poinformować rodzinę zmarłego. Okazuję się nią być uchodźczyni z Maghrebu oraz jej syn – Driss. Mężczyzna szybko łapie kontakt z chłopcem – łączy ich piłka nożna (dzieciak kojarzy Niemcy z Borussią Dortmund i świetnymi bramkarzami) oraz potrzeba miłości – ojca do syna lub syna do ojca. Georg jednak nie jest gotów na pełnienie ojcowskiej figury. I zaledwie parę dni przed wyjazdem poznaje Richarda i jego kochankę, Marie – kobietę, która dowiedziała się, że jej mąż-pisarz niedawno przyjechał do Marsylii…

Francuski port staje się pryzmatem rozbijającym wiązki ludzkich historii. Podróżując od urzędu do urzędu, Georg raz za razem spotyka te same znajome twarze. Mężczyzn i kobiety, którzy pragną podzielić się z kimś opowieścią o swojej przeszłości. Tak jak postać architektki – początkowo zwierzającej się Georgowi z trudów opieki nad dwoma psami, kiedy samemu cierpi głód – później, gdy jakimś cudem zdobędzie pieniądze, zapraszającej go na milczący obiad. Petzold mistrzowsko reżyseruje sceny  – niemalże każda postać sprawia wrażenie doświadczonej przez życie. Wiarygodnej i żywej. Nawet jeśli ta osoba jest głuchoniema, to poprzez jej mimikę widz jest w stanie dostrzec pokłosie formującej jej osobowość przeszłości.

Jest to szczególnie ważne, ponieważ Tranzyt to dramat eksplorujący wpływ wojny na psychikę. Nietrudno postrzegać Georga jako kogoś więcej, niż tylko oportunistę żerującego na czyimś nieszczęściu. Gdy w końcu odnajduje chwilę spokoju odzywają się w nim wspomnienia dzieciństwa. W jego głowię wciąż pobrzmiewa śpiewana mu przez matkę kołysanka o powrocie do domu. Właśnie ta tęsknota za metaforycznym domem stanowi główny napęd dla wszystkich bohaterów Tranzytu. Driss szuka osoby, która mogłaby być dla niego namiastką ojca. Marie krąży po Marsylii mając nadzieję, że mijany przez nią mężczyzna okaże się być jej mężem. A Georg pragnie zbudowania relacji. Zaopiekowania się kimś i obdarowania tego człowieka miłością i zaufaniem, uczuć, których smaku zapomniał przez wojnę.

Marsylii – pięknie sfotografowanej przez Hansa Fromma – daleko do idylli. W hotelu, w którym mieszkają imigranci co chwile odbywają się niezapowiedziane kontrole, podczas których mężczyźni wyciągani są z pokojów, a kobiety krzyczą z przerażenia. Za oknami raz za razem pędzą karetki i radiowozy, uzbrojeni po zęby żołnierze patrolują ulice, a w powietrzu czuć zbliżającą się od wchodu niemiecką armię. W urzędach roi się od zdesperowanych uciekinierów, a Georg nie raz dzięki refleksowi i szczęściu unika aresztowania. Wszystkie te zabiegi bardzo wiarygodnie budują obraz współczesnej wojny – bez potrzeby ukazywania strzelanin czy też pojedynków batalistycznych. Na tym tle rozgrywa się też romans, który wywołuje skojarzenia zarówno z Casablancą jak i Spragnionymi miłości. Georg czytając listy Marie do zmarłego pisarza jest niezwykle poruszony jej uczuciem. Jej wysiłek i nadzieja, że w końcu odnajdzie męża łapie go za serce. Pragnie ochronić kobietę i zabrać ze sobą do Meksyku – kieruje nim nie tylko sumienie (wszak skoro on korzysta z wizy jej małżonka, to jej też się należy), ale też chęć doświadczenia tego rodzaju bliskości. Marie wciąż jednak liczy na to, że będzie mogła ruszyć za granicę ze swoim mężem, co sygnalizuje Georgowi, że w końcu będzie musiał podzielić się z nią tragiczną prawdą.

Tranzyt, pomimo oryginalnej konwencji i bogactwa podejmowanej przez niego tematyki, ogląda się bardzo łatwo. Historia sama w sobie jest dość prosta, a melodramatyczne motywy i zwroty akcji nie należą do szczególnie zaskakujących. Jednak literackość produkcji Niemca momentami może dać się we znaki. Szczególnie gdy pojawia się narrator, który przypomina widzowi, że film Petzolda jest adaptacją. Jego opisy w większości przypadków nie dodają niczego interesującego do fabuły, a momentami obniżają przyjemność z seansu informując nas o tym, co widzimy na ekranie. Opowiedziane są pięknym, kwiecistym językiem, co również gryzie się z tworzoną przez reżysera paralelą. Nadają Tranzytowi klimat epickiego wojennego romansu, podczas gdy w rzeczywistości produkcja jest skromnym, egzystencjalnym dramatem.

Najnowszy film Petzolda porównywany jest z dziełami Kafki. Owszem, widać tu alienację człowieka, ale niekoniecznie wskazałbym na konotację z utworami wybitnego praskiego pisarza. W wielu miejscach Tranzyt osiąga coś zupełnie przeciwnego niż jego książki. Zamiast ukazywać rozpacz i zagubienie – szuka miłości i tęsknoty. Pozwala uchodźcom opowiedzieć swoje historie jednocześnie nie dopowiadając wszystkich do końca. Zostawiając milczenie sugerujące, że takich opowieści są tysiące. Że każdy imigrant to przede wszystkim człowiek – noszący bagaż doświadczeń, marzący o otworzeniu się przed kimś, poczuciu bliskości i bezpieczeństwa. Znalezieniu domu, dla którego przejdą przez niebezpieczne góry lub zaryzykują przeprawę przez morze na tratwie.

3.5/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.