“Yuli”, czyli film, balet i autobiografia w jednym [RECENZJA]

Relacja kina z baletem nie wygląda na najzdrowszy mariaż. Wystarczy przywołać takie filmy jak Czarny Łabędź, Suspiria (nowe i stare) lub z tegorocznych produkcji Girl, które koncentrują się albo na demaskacji toksyczności tej sztuki lub dekonstrukcji samego tańca. Życie bohaterek tych produkcji jest w całości podporządkowane baletowi, co dla każdej kończy się tragicznie – wywołując kompleksy, depresję, choroby psychiczne, a nawet wydanie ich na pożarcie pradawnym demonom! Oglądając te filmy bardziej świadomy widz na pewno zadaje sobie pytanie – czym obkupiona jest zwiewność i gracja, z którą ci ludzie się poruszają? Jak duży ładunek gniewu zostaje włożony w stworzenie sztuki oraz czy ta sztuka jest tego warta? Yuli nie ukrywa przed nikim, że został przeklęty przez los. Jego przekleństwem jest niesamowity talent, dzięki któremu stał się jednym z najwybitniejszych baletmistrzów na świecie.

Przeczytaj również: Sebastian Fabijański: “Jestem właśnie w trakcie pracy nad swoją rzeczą hip-hopową. Nie jest to film.” [WYWIAD]

Yuli jest biografią Carlosa Acosty – postaci, której wkład dla baletu jest bezprecedensowy. Wywodzący się z Havany tancerz osiągał sukcesy w wielu konkursach na całym świecie – w dyscyplinie, która nieprzychylnie traktowała czarnoskórych. Obsadzano go w rolach, które dotychczas były przeznaczone dla białych, występował w Turynie, Londynie, Stanach Zjednoczonych – zjeździł cały świat pomimo tego, że nigdy nie chciał tańczyć w balecie. Do akademii siłą zaciągnął go ojciec – kierowca ciężarówki o twardych zasadach i surowym wyrazie twarzy – i od tamtego czasu chłopak nie miał wyboru. Mógł płakać, krzyczeć, buntować się, ale nie miał zgody na zmarnowanie talentu.

Film ukazuje starą jak kino drogę od zera do bohatera. Nie ma tu niczego zaskakującego – od skrajnej biedy, ciężkiej pracy, buntu przez przełom, wielkie sukcesy i rodzinę oglądającą z dumą telewizję po nagłą tragiczną kontuzję obkupioną załamaniem psychicznym. I na tym etapie można by było skończyć tę recenzję, gdyby nie pewien artystyczny zabieg wyróżniający Yuliego na tle podobnych produkcji. Jest nim symbioza sztuk połączona z metabiograficznym komentarzem – oprócz standardowego biopicu w produkcji pojawia się druga linia fabularna. Jest nim współczesne przygotowanie do realizacji baletu na podstawie życia Acosty. Bollain pokazuje widzowi próby do owego spektaklu, którego reżyserem jest sam Carlos Acosta. Żaden aktor – właśnie ten człowiek, którego biografię oglądamy.

Stanowi to niesamowicie interesujące filmowo doświadczenie. Jednocześnie nie można określić czy te wstawki są fabularyzowane, czy dokumentalizowane. Z jednej strony oglądamy Acostę, który przegląda swój pamiętnik co uruchamia podróż w czasie do jego dzieciństwa. Z drugiej – scenom bójek, buntu, kłótni z rodzicami towarzyszą zniewalające partie baletowe wykonywane przez najlepszych tancerzy na świecie. Wspaniała jest mnogość interpretacji ludzkiego żywota i potencjał porównawczy, którego Yuli dostarcza. Widz otrzymuje możliwość zestawienia tych samych etapów w rozwoju człowieka jako część baletowego projektu oraz jako element produkcji filmowej. Z czasem pojawia się pytanie – co właściwie oglądam? Czy jest to biografia z baletowymi wstawkami? Film dokumentalny z fragmentami fabularyzowanymi? Autobiografia tancerza? Ta sylwiczność tkanki artystycznej – przez którą niejednokrotnie przebija zniewalająca szczerość samego Acosty (łzy w jego oczach po wykonaniu partii oddającej szczególnie bolesny element jego życia – zdecydowanie najmocniejszy element całej produkcji) czynią film Bollain szczególnym doświadczeniem.

Łatwo jednak odnieść wrażenie, że w duecie Bollain/Laverty vs Acosta to reżyserka oraz scenarzysta są najsłabszymi ogniwami. Gryzie schematyczność z jaką zostało pokazane życie tancerza. W centrum produkcji znajduje się jedynie Carlos i jego ojciec, tak, że dla reszty rodziny miejsca zabrakło. Uproszczenie ich portretyzacji bije szczególnie w oczy w kontekście chorób psychicznych – depresji oraz schizofrenii – których ofiarami były matka oraz siostra tytułowego bohatera. Przez niewystarczające naświetlenie ich sytuacji stają się kolejnymi punktami na linii fabularnej, co boli, bo widać jak bardzo wpłynęły na życie chłopaka. Widoczne są też ambicje, żeby skomentować współczesne problemy przez pryzmat historii Acosty. Pojawiają się wątki kryzysu ekonomicznego w Kubie, który zmuszał wielu jej obywateli do przeprawy na tratwach w stronę Stanów Zjednoczonych – wyraźna aluzja do kryzysu imigracyjnego. Gdzieś na horyzoncie majaczy krytyka toksycznej męskości, relacja syna z ojcem też nie jest przedstawiona w czarno-białych kolorach. Gdy na końcu produkcji Acosta (prawdziwy) udaje się na cmentarz aby odwiedzić grób swojego taty nie wiemy jak opisać towarzyszące mu uczucia. Bez jego uporu nasza planeta straciłaby wybitnego artystę – ale całkiem możliwe, że zyskałaby szczęśliwszego człowieka.


3/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.