FestiwaleFilmyMillennium Docs Against Gravity 2024Recenzje

„Nie chcemy innej ziemi” – Zbierając okruchy godności | Recenzja | Millennium Docs Against Gravity 2024

Wiktor Małolepszy
Kadr z filmu „Nie chcemy innej ziemi" / mat. prasowe Millennium Docs Against Gravity
Kadr z filmu „Nie chcemy innej ziemi" / mat. prasowe Millennium Docs Against Gravity

Basel Adra urodził się skazany na aktywizm. Nie tylko dlatego, że jako dziecko oglądał walkę swoich rodziców o zachowanie nienaruszalności i godności mieszkańców palestyńskiej społeczności Masafer Yatta, zmagających się z opresją ze strony izraelskich osadników i wojska. Że stałym elementem jego codzienności był strach o to, czy kolejnego dnia do domu wróci ojciec, wielokrotnie aresztowany po prostu za to, że nie godził się na burzenie swojego domu. Na to, że Basel został aktywistą wpłynął sam fakt urodzenia się tam, gdzie się urodził i doświadczenia segregacji. W pewnym momencie w Nie chcemy innej ziemi pojawia się krótki montaż tablic rejestracyjnych samochodów – żółtych dla Izraelczyków, zielonych dla Palestyńczyków – skwitowany refleksją, że te pierwsze pozwalają na wjazd do miejsc niedostępnych dla Basela. Coś tak błahego, jak kolor kawałka metalu decyduje o tym, czy będziesz mógł tego wieczora wziąć prysznic we własnym mieszkaniu, czy raczej spędzisz noc wylewając siódme poty na budowie zburzonego domu, żeby nie przespać kolejnej nocy w jaskini. O ile tych kilka cegieł nie zostanie kolejnego dnia znowu zburzonych.

Za nagrodzony Grand Prix podczas tegorocznego Millennium Docs Against Gravity dokument odpowiada czworo reżyserów – dwóch z Palestyny i dwoje z Izraela. W centrum stoi jednak para Basel Adra oraz Yuval Abraham, jego równolatek i przyjaciel z Izraela, który pracuje jako dziennikarz. Jakiś czas temu social media obiegło nagranie z ich mowy z Berlina, gdzie film miał swoją premierę. Yuval zestawił w niej swoje warunki życiowe z warunkami Basela, mówiąc, że choć tak niewiele ich różni, skazani są na zupełnie inne życia. Zwrócił uwagę na nierówność wynikającą z tego, że Basel urodził się zaledwie kilkanaście minut od jego miejsca zamieszkania, nawołując do zakończenia wojny między ich ojczyznami. Mowa Yuvala została potem nazwana „antysemicką” w niemieckich i izraelskich mediach. Nadużycie oskarżeń o antysemityzm stało się w ostatnim czasie niejednokrotnie taktyką, mającą na celu odwrócenie uwagi od słusznej krytyki zbrodni na wschodnim brzegu Morza Śródziemnego. Antysemitą nazwano również Jonathana Glazera, kiedy odbierając Oscara za wybitną Strefę interesów przypomniał, że nie powinno używać się własnego doświadczenia opresji, żeby uzasadnić uciskanie innych ludzi. Nie chcemy innej ziemi to bolesne świadectwo jednego z przykładów tego ucisku i opowieść o ludziach, którzy toczą z nim międzypokoleniową walkę.

Przeczytaj również:  „Kolacja pożegnalna” – pożegnanie pandemii? [RECENZJA]

Pomimo, iż wiele map datuje istnienie osadnictwa palestyńskiego w Masafer Yatta na XIX wiek, rząd Izraela uznał w 1980 roku, że ów teren stanowi obszar zamkniętego poligonu wojskowego i zarządził eksmisję setek żyjących tam ludzi. Choć Palestyńczycy próbowali się odwoływać od tej decyzji i cały proces zakończył się dopiero w 2022 roku, to praktycznie od momentu podjęcia decyzji o przekształceniu Masafer Yatta w zmilitaryzowaną strefę jej mieszkańcy stali się ofiarami konsekwentnej opresji ze strony Izraelczyków. Film opowiada o tym przy użyciu archiwalnych nagrań z przełomu lat 90. i 00., za które odpowiadał m.in. ojciec Basela. Teraz, w dobie kieszonkowych kamer, szybkiego montażu i jeszcze szybszego uploadu, pałeczkę, a właściwie kaganek oświaty, przejął jego syn. Kieruje nim przede wszystkim nadzieja, że konsekwentnie budowana dokumentacja opresji w końcu zwróci zagraniczną uwagę na to, co dzieje się w jego społeczności.

Kadr z filmu „Nie chcemy innej ziemi" / mat. prasowe Millennium Docs Against Gravity
Kadr z filmu „Nie chcemy innej ziemi” / mat. prasowe Millennium Docs Against Gravity

Nie chcemy innej ziemi nie należy jednak do naiwnych opowieści o „kinie, które zmienia świat”. Sama historia napisała do tego filmu, kręconego między 2019 a 2023 rokiem, najbardziej ponure postscriptum. Jednak z perspektywy tego, co obecnie dzieje się w Strefie Gazy, pełni on wartościową rolę świadectwa mniej medialnych lub „nagłówkowych” zbrodni. Większość archiwów Basela to mrożące krew w żyłach nagrania żołnierzy burzących palestyńskie budynki. Domy, stodoły, kurniki, w pewnym momencie nawet szkołę i studnię. Na każdą z tych nieruchomości znajdzie się nakaz rozbiórki, po czym zostanie ona zmiażdżona przez buldożer, pozostawiając Palestyńczykom zgliszcza, z których mogą pozabierać okruchy swoich rzeczy. Owe sceny, które z łatwością można sobie wyobrazić, jako punkt kulminacyjny reportażu, stanowią codzienność mieszkańców Masafer Yatta. Są one tak częste, że widz uczy się rozpoznawać zarządzającego żołnierzami Izraelczyka, paradującego wszędzie w charakterystycznych okularach przeciwsłonecznych, nakładającego nakaz wyburzenia za nakazem. Obojętnego wobec płaczu ludzi, których właśnie pozbawia domu.

Film dokumentuje też niestrudzoną walkę Palestyńczyków o zachowanie resztek godności. Wieczorami odbudowują zburzone domy, angażując w to nawet Yuvala, choć nie bez dawki nieufności wobec izraelskiego dziennikarza. Choć ich wysiłek można skwitować porównaniem do pracy Syzyfa, to pełni on funkcję spajającą tę społeczność jako jeden z elementów wspólnej walki. Tu też film odnajduje jeden z tematów – nie są nim zasięgi czy zagraniczne reakcje na nagrania Basela, lecz sam fakt, że on i jego rodzina podejmują tę walkę. Mężczyzna jest świadom tego, że najistotniejsza w tym aktywizmie jest wytrwałość – kiedy jego izraelski przyjaciel ekscytuje się popularnością opublikowanego przez niego materiału, zwraca on uwagę, że mała jest szansa na realną zmianę po kilku popularniejszych nagraniach.

Przeczytaj również:  „Trzeba zabić w sobie poczucie cringe'u” rozmawiamy z Pauliną Pecio, autorką komiksów i ilustratorką

Wielopokoleniowa aktywistyczna praca rodziny Basela zostaje w filmie zestawiona z reporterami z zagranicy. Przybywającymi po to, żeby zrobić kilka zdjęć, wyrazić współczucie i wyjechać z gotowym materiałem. Nie jest to jednak zestawienie wykpiwające – słyszymy słowa porozumienia między jednym z fotografów a matką sparaliżowanego w wyniku postrzału Palestyńczyka. Oszalałbym, gdyby takie coś spotkałoby mojego syna mówi fotograf, przez chwilę odnajdując porozumienie z cierpiącą kobietą. Nie chcemy innej ziemi pełne jest takich humanistycznych momentów, gdy twórcom udaje się uchwycić autentyczne współczucie i empatię pozbawioną litości. Jak podczas jednej z dyskusji Yuvala z lokalnym mieszkańcem, który zmęczony i zdenerwowany mówi, że nie będzie mu w stanie nigdy w pełni zaufać, bo należy do narodu agresorów. Jednak już chwilę później mężczyźni idą ramię w ramię, aby dokończyć dyskusję podczas odbudowy zburzonego domu.

Kadr z filmu „Nie chcemy innej ziemi" / mat. prasowe Millennium Docs Against Gravity
Kadr z filmu „Nie chcemy innej ziemi” / mat. prasowe Millennium Docs Against Gravity

Jeden z najbardziej niespodziewanych materiałów archiwalnych użytych w dokumencie prezentuje krótki moment, gdy świat zainteresował się wydarzeniami w Masafer Yatta, a jej społeczność mogła na chwilę odetchnąć. Było to podczas wizyty Tony’ego Blaira, który przebywał wówczas w Palestynie z zamiarem zacieśnienia relacji z Wielką Brytanią i pobudzenia lokalnej gospodarki. Odwiedził on wówczas ową ziemię, przez kilka minut spacerując między zburzonymi domami, otoczony przez notabli i ochroniarzy. Tych parę minut, obecność jednego człowieka sprawiły, że Izrael ogłosił wstrzymanie działań rozbiórkowych. Dziś, kilka dekad po tym wydarzeniu, świat zalewany jest informacjami o wojnie. Blair już dawno nie jest premierem, lecz trudno sobie wyobrazić, żeby wizyta jakiegokolwiek polityka była w stanie zakończyć tragedię i rozlew krwi w Palestynie. Niełatwo uwierzyć, by też ten dokument miał coś zmienić. Stanowi on jednak rozdzierające serce świadectwo wytrwałości i niezłomności ludzi, którzy nie godzili się na ciągłą dehumanizację. Obraz porozumienia ponad podziałami, drogowskaz moralny dla wątpiących w sens wyciągnięcia ręki do tego, kto tego potrzebuje. A przy okazji dowód na to, że żeby być aktywistą nie trzeba wiele – wystarczy telefon i wytrwałość w słuszności sprawy, o którą się walczy.  

Korekta: Krzysztof Kurdziej

Ocena

8 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.