FelietonyPublicystyka

Sezon nagród: O filmach (nie)ważnych i niezależnych [FELIETON]

Kamil Walczak
Oscary Adam Sandler
Adam Sandler odbiera statuetkę na gali Independent Spirit Awards

Miniona sobota stała pod znakiem wydarzenia, o którym na Filmawce troszkę pisaliśmy, ale może nie wyjaśniliśmy, czym tak naprawdę jest. Gala rozdania nagród Independent Spirit Awards nie cieszy się zbytnią popularnością – jestem tego pewny przynajmniej gdy mowa o Polsce, ale i w Ameryce znajdzie się sporo osób, którym to “marginalne” wydarzenie w przedoscarową noc nie mówi za wiele.

Czy zatem atencja, jaką otaczamy te nagrody, to klasyczna fanaberia, ciągoty do alternatywy? W moim przypadku pewnie tak, uwielbiam rzeczy kontrmainstreamowe. Ale tym razem to nie tylko to.

Ważnym pojęciem w tej dyskusji jest ukuty przez media (czyli nie wiadomo przez kogo) termin “Oscar snub”, czyli film skwitowany przez Akademię (ergo, siłą rzeczy, skwitowany przez współziomków z branży). Wspomniał o tym, odbierając nagrodę za najlepszego aktora, Adam Sandler – on sam padł ofiarą takiego zlekceważenia. To zresztą spotkało całe filmy, które na ISA triumfowały lub zostały zauważone: “Uncut Gems”, “Kłamstewko”, “Give Me Liberty”, “Lighthouse”, “Ślicznotki” (“Hustlers”) i inni.

Oczywiście Independent Spirit rządzi się swoimi arthouse’owymi prawami. Tradycyjnie stawia się więc na filmy bardziej niezależne, nieprzekraczające swoim budżetem pułapu 22,5 miliona dolarów. Komisja złożona z krytyków filmowych, organizatorów festiwalów i członków branży filmowej kładzie nacisk na oryginalność, prowokatywność tematu, wkład do budżetu z niezależnych źródeł oraz logistyczne wykorzystanie tegoż budżetu.

“Parasite” odbiera statuetkę dla najlepszego filmu na Oscarach

Ponadto, to nagrody stricte amerykańskie, gdzie takie filmy jak “Parasite”, “Portret kobiety w ogniu”, ale też brytyjskie “The Souvenir”, kwalifikują się tylko do kategorii najlepszego filmu międzynarodowego. Pod terminem “amerykański” rozumie się nie tyle język angielski, co tematykę i pochodzenie twórców.

Dla niektórych oznaczać to będzie, że Film Independent po prostu zawęża swoje pole działania. Nie mogli nominować filmu Bonga w kategorii najlepszych scenariusza ani reżyserii, a tak Joaquin Phoenix, jak i Antonio Banderas musieli obejść się smakiem, jeśli chodzi o nagrody aktorskie. Wydawało by się więc, że to wcale nie nagrody dla najlepszych filmów, a dla ścisłego grona niezależnych i w dodatku amerykańskich obrazów. Tutaj sprawdziłby się zarzut o wymyślność naszego entuzjazmu, o silenie się na zaryglowanie się w bańce filmów lepszych, bo alternatywnych, mniej efekciarskich, bardziej wyważonych, ale mniej dostępnych dla przeciętnego widza.

Dla zniuansowania sprawy wprowadźmy teraz dwa bardzo ważne konteksty. Jeden to przemowa otwierająca wygłoszona przez Aubrey Plazę, która drugi rok z rzędu była gospodarzem show. Naturalnie potrafiła wprowadzić słuchaczy w mniejszy bądź większy dyskomfort, choć w sympatycznej atmosferze. Ale szpile wbijała aż miło. Ostro krytykowała nagrody Akademii (od 1999 roku Independent Spirit Awards są rozdawane w sobotę, na dzień przed Oscarami) za niedostrzeganie kobiet i snubbowanie także mniejszości etnicznych. Emblematyczna jest tu kategoria najlepszej aktorki drugoplanowej. Na ISA wszystkie pięć nominowanych należały do “women of colour”, na czele ze zwyciężczynią Shuzhen Zhou.

Analogiczna kategoria na Oscarach przypadła pięciu białym kobietom. Abstrahując od aspektów polityki tożsamości (identity politics) całej sprawy, do której autor ma swoje rezerwy, mocno zastanawiający jest ten dysonans w ocenie członków Akademii w stosunku do innych amerykańskich źródeł. Próbowali to obrócić w żart także prowadzący opening speech podczas ceremonii wręczenia Oscarów, czyli dwaj eksgospodarze gali: Chris Rock i Steve Martin. Tematem ich wystąpienia był też m.in. fakt, oburzający publiczność, jedynie garstki kobiet, które zdobyły nominacje nieaktorskie i oczywiście małego zróżnicowania w kolorze. Jednak wydaje się, że coroczne drwiny przy dyskusyjnej zmianie w tej kwestii ulegają inflacji i przestają bawić. Jeśli artyści, cokolwiek to znaczy, mówią głośno o zmianie i współoburzają się na status quo, to powinni też pamiętać, że to oni głosują w tych nagrodach. To oni wybierają zwycięzcę. To oni mogą coś z tym zrobić. Chodzi im o zmianę w systemie branży filmowej, ale zmiana ta może promieniować na inne aspekty codziennego życia wielu ludzi, dla których film jest najbliższą, najbardziej dostępną ze sztuk. Zeszłoroczna wygrana “Green Book” jest w tej „rasowej” części dyskusji symptomatyczna.

Przeczytaj również:  A24 – Nowi mistrzowie marketingu filmów [FELIETON]
Noah Baumbach odbiera nagrodę imienia Roberta Altmana na gali Independent Spirit Awards

Ale wróćmy do nagród Film Independent. Drugim ważnym kontekstem jest mowa Noah Baumbacha po otrzymaniu nagrody im. Roberta Altmana, przyznawaną za najlepszą obsadę wraz z reżyserami filmu i castingu (właśnie z tego powodu obsada “Historii małżeńskiej” nie była brana pod uwagę w nominacjach aktorskich). Baumbach wspomniał o tej mglistej dystynkcji, jaką środowisko czy widzowie próbują nałożyć; że nazywanie kogoś filmowcem niezależnym (independent filmmaker) czyni go gorszy od “normalnych” twórców. Mówił, że filmy nagradzane przez Film Independent nie potrzebują specjalnej nazwy “niezależne”. To po prostu filmy, ważne jak każde inne. („To me the movies we’re celebrating here today don’t need a special label. They are the movies. They’re as major as anything”).

To ważny głos i dobrze by było, gdyby nie zgubił się w końcu sezonu nagród i ich rozpolitykowanej retoryki. Baumbach wyszedł swoją wypowiedzią naprzeciw samej celowości nagród Independent Spirit, w swoim zamierzeniu promujących filmy niezależne, niezauważone w gąszczu kampanii oscarowych, przytłaczających budżetów, głośniejszych nazwisk. Ale nic to tym filmom nie ujmuje. Reżyser “Historii małżeńskiej” stawia pod znakiem zapytania funkcjonalność takich określeń, a raczej konkretną, krzywdzącą funkcję: szufladkowanie takich filmów, przyjmowanie do wiadomości, że w ciągu rozdawania amerykańskich nagród (które mają ogromny wpływ na to, co publiczność na świecie ogląda) niektóre obrazy muszą się obejść smakiem, a twórcy z mniej majętnymi sponsorami muszą poczekać na swoją kolej albo pogodzić się z marginalizacją. Baumbach nie musi nawet klepać nikogo po plecach – on sam jest autorem, którego takie snubbowanie spotkało. Zeszłoroczne dzieło to jego najgłośniejszy i najdroższy jak na razie film i ciężko ferować, czy następny projekt koniecznie przewyższy “Marriage Story” w tych aspektach. Ale przecież pieniądze zupełnie nie muszą świadczyć o jakości danej produkcji, nawet technicznie – patrz wybitnie nakręcone “Uncut Gems”, która na ISA triumfowało w paru kategoriach.

Oczywiście coś się zmienia. W latach 2015–2016 te same filmy wygrywały za najlepszy film tak na Independent Spirit Awards, jak i na Oscarach. Były to kolejno Spotlight i Moonlight. Zwłaszcza wygrana tego drugiego naznaczyło bardzo ciekawy zbieg arthouse’u z kinem popularnym, aktualnych problemów tożsamości z faktycznym dyskursem w popkulturze. To jedna z najciekawszych decyzji Akademii (a więc twórców kina) poprzedniej dekady. Kolejną z takich decyzji jest także nagrodzenie w głównej kategorii w 2020 roku “Parasite” jako pierwszego nieanglojęzycznego filmu, niestworzonego za nie wiadomo jakie pieniądze, punktującego bardzo żywotne w dzisiejszym świecie problemy. “Parasite” to nawet nie tyle film nieanglojęzyczny, co obraz ze źródeł zachodniej kulturze obcych. Nagroda ta tym bardziej podkreśla uniwersalność języka kina i kunszt Bonga Joon-ho (jakkolwiek autor tekstu nie zgadza się z tą decyzją Akademii).

Zatem z jednej strony obserwowaliśmy to bogactwo nagród dla koreańskiego faworyta, podobnie jak rok temu zwyciężał w wielu kategoriach Alfonso Cuaron i jego “Roma”. Można więc chyba uznać, że wyłom został dokonany, że oto kino w USA, będące symptomem kina popularnego w naszym kręgu cywilizacyjnym, otwiera swe podwoje na produkcje nierodzime, docenia festiwalowe szlagiery, naznacza nowy czas dla światowego filmu. A z drugiej strony czuję to głębokie przekonanie, że to zmiana powierzchowna, wymagająca jeszcze znacznego progresu. Bardzo możliwe, że właśnie podlegamy ewolucji, której efekty będą widoczne dopiero za jakiś czas, bo ciężko nazywać po imieniu historię w trakcie pracy. Ale warto zauważyć, że triumf filmów zagranicznych jest bardzo solowy. W 2019 roku była to “Roma”, w tym, jeszcze potężniej, “Parasite”, który do absurdu doprowadził kategorię najlepszego filmu międzynarodowego. Bo skoro film Bonga jest najlepszym filmem, to jest też najlepszym filmem nieanglojęzycznym. Semantyka najlepszości pozostaje bezlitosna. Wygląda na to, że nikt nigdy nie zakładał, że jakiś nieanglojęzyczny film zostanie najlepszy. Ergo: “Parasite” pozostało jedynym rozpoznanym filmem zagranicznym.

Przeczytaj również:  Hubert Miłkowski: "Agentka powiedziała mi: "Jedź, tak czasem dostaje się role"". Rozmawiamy z odtwórcą młodego Pawła Kopińskiego z "W głębi lasu"

Gwoli ścisłości, Akademia robiła to już wcześniej. Warto przypomnieć “Fanny i Aleksandra” Ingmara Bergmana, który to film zdobyła tak jak “Parasite” odpowiednio 6 nominacji i 4 nagrody (choć w innych resortach), czy “Miłość” Michaela Hanekego z 5 nominacjami (w tym dla najlepszego filmu) i 1 nagrodą. Hollywoodzkie grono zauważa te filmy, ale zawsze traktowało je per noga, jako trochę gorsze, bo trzeba je oglądać z napisami. O tym właśnie mówił na początku stycznia Bong Joon-ho, odbierając Złotego Globa: pokonanie “jednocalowej” bariery napisów otwiera całą gamę niesamowitych filmów, które premierują co roku: od Berlina po Wenecję.

To skłania do jeszcze dalszych przemyśleń, poddania w wątpliwość zastany kształt nagród. Czy Oscary mogą być uznane za nagrody światowe? Nagradzające rzeczywiście najlepsze filmy? W świadomości małego mnie tak było. W świadomości dużego mnie – już nie. Ale dla wielu ludzi luźno interesujących się kinem tak jest i może nie ma w tym nic złego. Myślę jednak, że nagrody nie mają takiego celu. Nagradzać w ogólny sposób mogą próbować ocenni krytycy, tworząc własne zestawienia, rankingi, bo metodologii, faktorów, okoliczności wpływających na taki wybór jest za wiele, by nie wpaść w pułapkę omnipotencji. Ale Oscary (jako nagrody najważniejsze) odpowiadają w dużym stopniu za promocję filmów, za to, co i jak jest oglądane. I przede wszystkim – czy jest oglądane.

Aubrey Plaza prowadząca galę Independent Spirit Awards

Film Independent raczej nie uzurpuje sobie takiego gromowładnego tytułu. Nagradza filmy stricte amerykańskie, tworząc tę pojedynczą przepustkę dla najlepszego filmu zagranicznego (do której zalicza też więc filmy anglojęzyczne spoza USA). Dla Oscarów może przyjść pora na rewizję i zadanie pytania, czy trzymanie “egzotycznej” kategorii najlepszego filmu międzynarodowego będzie miało sens. A może te wyłomy Cuarona czy Bonga były tylko przypadkami? Nagroda dla “Parasite” pozwala mi na hipotetyczne założenie, że nie, choć moje serduszko mówi, że tak. Jak będzie – zobaczymy.

Zacząłem od Spirit Awards, na nich więc skończę, wracając do tematu filmów niezależnych. Polecam wszystkim zestawić sobie te dwie gale: Oscarową i Independent Spirit. Najważniejsze sceny bez problemu można znaleźć w internetowym obiegu. Dla mnie tegoroczne Oscary straciły na wartości – nawet mimo tej zaskakującej wygranej w głównej kategorii. Udowodniły mi coś, do czego przekonywałem się od ponad trzech lat. To uroczystość popkulturowa, nieudolnie polityczna, zdrętwiała i do szpiku kości sformalizowana. Swoimi werdyktami mnie nudzi, a jeśli już zaskakuje, to zwykle negatywnie. A sama ceremonia trwa przeraźliwie długo. Z kolei Film Independent jakoś bardziej trafia w moje NIEZALEŻNE gusta, bardziej mnie uświadamia o istnieniu pewnych amerykańskich filmów i promuje te, o których prawie wszyscy już zapomnieli. Ostatnia gala trwała ok. 2,5 godziny, miała prawdziwego gospodarza, o wiele swobodniejszą atmosferę. Towarzystwo Independent Spirit w ogóle ma talent do doboru prowadzących w ostatnich latach: Aubrey Plaza, John Mulaney i Nick Kroll, Kate McKinnon i Kumail Nanjiani. Impreza była rzecz jasna platformą dla politycznych wystrzałów, deklaracji i krytyki, ale oferuje coś ponadto. Zebrała też bodaj dwie najlepsze przemowy tego sezonu: komiczną Adama Sandlera za rolę w “Uncut Gems” oraz rozdwojoną Josha i Benny’ego Safdiech za reżyserię tego filmu. Od takich uroczystości oczekuję właśnie czegoś nowego, autentycznie zabawnego i niewymuszonego. I będę zachęcał kogo mogę, by zainteresował się ISA i pamiętał w 2021 roku, że Oscary wraz ze Złotymi Globami nie są bezalternatywne.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.