“Pewnego razu… w Hollywood” – Kiedy słońce było bogiem [FELIETON]

UWAGA! TEKST ZAWIERA SPOILERY

Gdyby ktoś powiedział mi, że nowy film Quentina Tarantino jakkolwiek mnie rozemocjonuje, odwołałbym tego śmiałka do Nienawistnej ósemki i wyimaginowanych rozkoszy autora względem własnej osoby tamże. Jednak coś nie grało już w pierwszych reakcjach po filmie – enigmatyczne oskarżenia o mało stylowy styl mistrza, o brak Tarantino w Tarantino. O naganną rozwlekłość czy formalne i kulturowe wstecznictwo. Po banalnemu: nuda. Dziś, gdy większość ma już za sobą seans czegoś, co przyjęło się romantycznie nazywać listem miłosnym, z rozrzewnieniem (albo i dumą) można wieścić, że Amerykanin nakręcił coś innego. I choć moje serduszko zawsze trzymałem blisko Wściekłych psów Bękartów wojny – bo to filmy w swoim sznycie spełnione do cna – to Pewnego razu… w Hollywood to jego najpiękniejsze dziecko.


Zobacz też: “Joker” – Z uśmiechem mu bez twarzy [RECENZJA]

Z właściwym sobie sentymentem reżyser wrócił do czasów L.A. swojego dzieciństwa. Lecz w przeciwieństwie do Pulp Fiction to projekcja z własnego, kinofilskiego interesu. Tarantino wskrzesza ugrzęzłe w radio kawałki i gwiazdy lat 60. już nie dla samego efektu tych obrazów i miraży. Jego roztopione w słońcu Hollywood ma służyć wyższym celom. Nieodparte przeczucie skłania mnie do tezy, że za powrotem do wyidealizowanego świata sprzed półwiecza kryje się coś o wiele donioślejszego i mniej interesownego. Że za podofilskim imperatywem i dopisywaniem kolejnych rozdziałów swojego mitologicznego uniwersum Quentin nie tyle wraca do czegoś, co tworzy fatamorganę takiej nostalgii. To nostalgia do czasów, które nigdy nie istniały; rozżarzone wspomnienia miasta, po którym nie kroczyły niczyje stopy. Emanacja schyłku pewnej ery, która wcale nie musi być końcem. Tarantino kocha kino i chciałby, żeby hossa trwała wiecznie, choć realnie nie jest w stanie zatrzymać kolei tragicznych wydarzeń z 1969.

Pewnego razu… forsuje narrację historii alternatywnej. Takiej, gdzie w nocy 8 sierpnia tamtego roku banda Mansona wcale nie morduje młodziutkiej wschodzącej gwiazdy nowej ery, Sharon Tate (Margot Robbie), i jej znajomych przy Cielo Drive. Z niedoszłymi mordercami rozprawia się za to legendarny kaskader Cliff Booth i jego poczciwa suczka. To także historia, w której Rick Dalton (Leonardo DiCaprio), samotytułujący się jako has-been, czyli przeżytek, ma szansę powrócić do show-biznesu w nowej odsłonie – niczym Steve McQueen, któremu tranzycja otworzyła “prawdziwą” karierę. Ostatnia scena, gdy bohater DiCaprio ucina bezprecedensową, sąsiedzką pogawędkę z Jayem Sebringiem, a Tate zaprasza aktora do willi, to moment magiczny, zastygły w urojonym czasie. Szczęśliwy, bo to wymarzony happy end dla Daltona, który w końcu otrzymuje od “Polańskich” wymarzoną afirmację, rozpoznanie. Ale w tej samej chwili jakoś dojmująco smutny, bo dobrze wiemy, że nic takiego nie miało nigdy miejsca.

Wspomniane wyżej finałowe starcie Rodziny z Cliffem wywołuje zresztą podobny dysonans. Reżyser jako czołowy eksploatator graficznej przemocy dyryguję tą sceną, przeciągając strunę gatunkowej umowności. Bo rzeź niedoszłych morderców to rewanż poza konwencją, słodki festiwal tryskającej z kończyn krwi i nadgryzionego krocza w imię absurdalnej zemsty retroaktywnej, zemsty na historii. Zagłusza on zemstę Mansonów: rzucony przez Sadie (Mikey Madison) pomysł, żeby zabić tych, którzy nauczyli ich mordować – gwiazdy telewizji, seryjnych mordobijców z kasowych westerniaków – takich jak Rick Dalton z ikonicznego Bounty Law. Może dla Tarantino, który równie dobrze mógłby zostać oskarżony o to samo (a właściwie już został, w przeszłości), wcale nie jest to takie problematyczne, ale dla nas powinno być. Jednak w obu przypadkach zemsta skończyłaby się efektowną masakrą; ba, masakrą, na którą czekaliśmy przez bite 2 godziny. Przewaga Quentina polega na tym, że to on jest spin-doctorem swojego kina, scenarzystą swojego świata. Tam może mieć rację – nieważne, czy naprawdę ją ma.


Zobacz też: By Krzysztof Kieślowski– Sylwetka mistrza i przegląd jego twórczości [CZĘŚĆ 1]

Od ponad ćwierćwiecza Tarantino lubuje się w wyciąganiu z lamusa zamierzchłych/niedoszłych klasyków, dzieląc się bardziej kawałkiem osobistego kunsztu przy ich wyborze niż samym fenomenem tych filmów. Można debatować, na ile jest to postmodernistyczne rewitalizowanie kina, którego już nie ma, a na ile filmowy narcyzm laika odurzonego VHS-ami. Reżyser dźwięcznie reprodukuje wszelakiego namaszczenia westerny i filmy akcji: od kultowego (choć fikcyjnego) Bounty Law aż po spaghetti westerny Sergia Corbucciego i Antonia Margheritiego. To obrazy na wpół splagiatowane, czerpiące z samej esencji włoskich wariantów gatunkowych, ale nigdy nie powstałe. Tarantino korzysta przy tym nawet ze sfabrykowanych scen od rzymskich klasyków. Nebraska Jim czy Operazione Dyn-O-Mite! to kolejny element autorskiej wariacji tego sikstisowego szaleństwa X muzy, które już niebawem przejdzie do historii. Ta nada im inny ton i inną narrację. Historia zawsze tak robi.

Ale w jego dziewiątym filmie następuje newralgiczny zwrot – coś, co Klara Cykorz w swoim tekście nazywa, z lekką uszczypliwością, gestem archiwisty. To ta urodziwa scena, gdy Sharon Tate wybiera się do przydrożnego kina, by zobaczyć swój nowy film, The Wrecking Crew. Wbrew retroaktywnym pozorom, aktorka wcale nie była tak rozpoznawalna i znana. Żeby kasjerka wpuściła ją na honorowy seans, musi prosić o menadżera. Z uroczym podekscytowaniem pokazuje na plakacie swoją podobiznę, obok której zaraz zrobią jej zdjęcie – żeby było wiadome, że chodzi o Sharon Tate, tę z plakatu. W sali kinowej nie oglądamy już żadnej reprodukcji ani zabawy we wskrzeszanie. Bohaterka Margot Robbie przeżywa na ekranie swój własny film, zdaje się być rozbawiona własnym występem, dokazując wraz z bawiącą się publicznością. Jest w tym coś autentycznego; coś, na co dotychczas Tarantino miał zbyt duże ego, by odtworzyć. Suflowana przez niego alterhistoria napotyka prawdziwą historię kina, ale nie rozbija się o nią. Wzrusza, ale nie druzgocze, bo w jego wersji ten miłosny list nie musi być ostatnią wiadomością wysłaną do otrutego kochanka.

To odświeżenie archiwum jest jednocześnie odświeżeniem stylu twórcy Bękartów wojny. Jego powściągliwości w tempie akcji, substancjalnej przemocy i kombinatorskich dialogach sprawia, że oglądamy film trochę bardziej rozmarzony, choć pod powłoką trzymający pewne zło. Kwintesencją tej podskórności jest fantastyczna sekwencja na ranczu Spahna, gdzie dociera Cliff wraz z młodą hippiską Pussycat z familii Mansona. Choć żywo suspensowany grozą, epizod kończy się raptownym wyjazdem Cliffa. Zapowiadana rzeź zostaje odroczona. Nawet finał wydawał mi się swego rodzaju odroczeniem nieubłaganego – z czego zdajemy sobie sprawę dopiero po ostatniej scenie.


Zobacz też: “To: Rozdział 2”, czyli nie takie To straszne, jak je malują [RECENZJA]

Najbardziej spełnionym podsumowaniem Pewnego razu… w Hollywood jest występ Daltona jako klasycznego bandyty w pilotażowym odcinku nowego serialu Lancer. To tam bohater spotyka młodą wyznawczynię metody Stanisławskiego, 8-letnią Trudi (Julia Butters), która woli być nazywana Mirabellą Lancer. To właśnie na tym planie Rick przeżywa apogeum swojego kryzysu, zdając sobie sprawę, że jego kariera stopniowo się anihiluje. Że jest przeżytkiem, który nie potrafi już nawet zapamiętać swojego tekstu, a ta mała dziewczynka lepiej wie, jak wymawia się nazwisko DeCoteau, jego bohatera. Jednak w kluczowej scenie, gdy rzeczony DeCoteau bierze Mirabellę jako zakładniczkę, Rick daje się ponieść chwili, po mistrzowsku wciela się, demonizuje, trochę improwizuje, dla większego efektu rzuca siedzącą mu na kolanie dziewczynę na podłogę.

Cięcie. Reżyser serialu jest zachwycony, podobnie jak cała ekipa. Trudi wstaje i szepcze mu do ucha, że to najlepszy występ, jaki widziała w swoim życiu. Ta piękna scena u Tarantino ma w sobie coś wyjątkowego, bo wbrew konwencji nie jest kampowa ani ironiczna. W fenomenalny sposób, bez względu na to, czy to prawda czy nie, Dalton odzyskuje nadzieję, a Tarantino zamiast rzucać mu kłody pod nogi, w emocjonalny i nietkliwy sposób trzyma jego stronę. W przeciwieństwie do poprzednich filmów reżyser nad akcję bardziej ceni sobie bohaterów – i to bohaterów jako ludzi, na których mu zależy. Stąd żadnego z nich nie spotyka wyrok śmierci. Drobne, szczere akty nadają całemu obrazowi wrażenie wspomnień, opisywanej już nostalgii. Mówiąc wprost: może dlatego jesteśmy w stanie uronić łzy, wspominając niedoszłą śmierć Sharon Tate i karierę Ricka Daltona – bo choć nigdy nie miały miejsca, Tarantino napisał je niczym kartki z pamiętnika.


2 thoughts on ““Pewnego razu… w Hollywood” – Kiedy słońce było bogiem [FELIETON]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.