Advertisement
American Film Festival 2020FestiwaleFilmyNH+AFF2020Recenzje

Stypa po żydowsku. Recenzujemy „Shiva Baby“ Emmy Seligman!

Kamil Walczak
Shiva Baby
© Kadr z filmu "Shiva Baby" / American Film Festival

W swoim debiucie o tym samym tytule Emma Seligman w żołnierskiej skrótowości i debiutanckiej brawurze zawarła esencję kina, którą rozwinęła później w pełnym metrażu. I chociaż – mimo pozytywnych recenzji shorta na festiwalu SXSW w 2018 roku – projekt ten nie przyciągnął wielkiego budżetu, to Shiva Baby wcale go nie potrzebowała, by momentalnie stać się festiwalowym hitem. Przynajmniej w mojej bańce.

Powodów tego będzie można naliczyć sporo, ale pozostanę na chwilę przy krótkometrażowym pierwowzorze. To właśnie tam reżyserce udało się zamieścić tak pieczołowicie rozwinięte później tropy i rysy, intuicyjnie, i trochę chaotycznie, ująć młododorosłe sensy i popisać się emocjonalną rzeczowością. W tym świecie pędzącego na gwałt przemysłu filmowego szukanie złotego metrażu jest niezwykle istotne. Amerykańskie kino niezależne w tym względzie idzie w bardzo dobrą stronę, exemplum niech stanowi „zaledwie“ 77-minutowy film Seligman.

Rozchodzi się o sziwę, żydowski obrzęd żałobny trwający wedle tradycji siedem dni, ale na potrzeby tego tekstu, podobnie jak twórcy na potrzeby filmu, uznajmy ją brutalnie za judaistyczną stypę. Na ową sziwę przybywa z rodzicami Danielle, dwudziestolatka o wyjątkowo młodzieńczej aparycji, obecnie studiująca gender studies. Wcześniej, zamiast na pogrzebie, była z Maxem, starszym kochankiem, chociaż sugar daddy to pewnie odpowiedniejsze określenie. Cały ambaras polega na tym, że Max również pojawia się na stypie. W towarzystwie żony. I półrocznego dziecka. W repertuarze koszmarów Danielle występują także: wzięta „przyjaciółka“ Maya, nadopiekuńczy rodzice, chór stetryczałych ciotek i wiekowe babcie. Bohaterka mierzy się też oczywiście z samą sobą i oczekiwaniami wobec siebie. A to jest chyba najtrudniejsze.


Przeczytaj również: TOP5: Konkurs AFF Spectrum. Święto amerykańskiego kina! oraz wszystkie nasze artykuły z tegorocznych festiwali Nowe Horyzonty i American Film Festival.

Kamera kurczowo trzyma się protagonistki, czy to skulonej pod gradem osobistych pytań, czy uciekającej od rodzinnego przytłoczenia. Fizykalność ruchów dobrze pokazuje, jak stłamszona się czuje. Każde spotkanie jest przyjęciem jakiejś roli, wciąż krzyżują się jej stosunki społeczne, wszystko przez nią ad hoc wykalkulowane, by robić dobre wrażenie, zatrzeć niewygodne ślady, mistyfikować uporządkowane życie; słowem, symulować. Opisuję to słownymi zawijasami, ale to doświadczenie każdego na każdym przyjęciu rodzinnym. Seligman udało się przelać to na tkankę filmową i uczynić nie tyle zdatnym, co dojmująco prawdziwym. Za komediowym płaszczykiem kryje się masa nerwów, którym w sukurs idą takie emocje jak stres i lęk. W niewinnej oprawie reżyserka kumuluje poważne problemy współczesnej młodzieży w przedsionku dorosłości, która pluje na nich językami krytycyzmu i pozy.

Komizm sytuacyjny i „zabawne“ zbiegi okoliczności to tylko powierzchownie komediowe zabiegi. Nie bez kozery akompaniuje tym scenom wyśmienita muzyka Ariel Marx, niepokojąco pobrzdękująca i skrzypkowa, wyznaczająca narastające napięcie, zaburzająca rodzinną atmosferę, której obecności Danielle raczej i tak nie odczuwa. To momenty, w których Shiva Baby w intuicyjny sposób zbliża się do niegatunkowego horroru, w którym dominuje lęk. Lęk razem z determinacją napędzają działania protagonistki; kobiety pod presją starającej się udowodnić wszystkim, że nie jest tytułowym dzieckiem. Nie może się jednak odpędzić od infantylizacji, przez co tym usilniej udaje kogoś, kim nie jest. Powinna chować się ze swoją orientacją, nie zdradzać słabości i niepewności, być porządną i zadbaną dziewczyną, znaleźć ułożonego mężczyznę. Tymczasem wciąż czuje coś do Mai, udaje, że dorabia niańcząc dzieci i w sumie to chciałaby pójść na studia prawnicze, ale i tak nie wie, co ze sobą zrobić. Łatwo byłoby też wytoczyć działo slut shamingu i wiązania się ze starszym, żonatym i dzieciatym Maxem. Emma Seligman traktuje ją jednak czule, ze zrozumieniem, nawet gdy bohaterka ucieka się do prób beznadziejnych czy żałosnych, bo ma świadomość, jak turbulentne jest wchodzenie w obłudną dorosłość.

Shiva Baby
© Kadr z filmu “Shiva Baby” / American Film Festival

Dlatego to, bez krzty ironii, straszny film, często niewygodny do oglądania. Działają tu empatyczne siły identyfikacji z Danielle, której współczujemy i którą współodczuwamy. To emocjonalna bomba z opóźnionym zapłonem. Im bardziej ujawnia się brak kontroli bohaterki nad sytuacją, tym bardziej staje się ona nam bliższa. A im jest nam bliższa, tym silniej działa identyfikacja. W tak małej formie zmieściło się sporo stresu i fluktuujących załamań nerwowych, sygnalizowanych wspomnianą ścieżką dźwiękową. Jeśli weźmiemy do kompletu jeszcze klaustrofobiczne kadrowanie i przytłaczający dookoła jazgot otrzymamy obraz niepokojący, wyznaczony narastający kontrapunktami i wyśmienicie skomponowany.

W tak jednolokacyjnej produkcji lwia odpowiedzialność za jakość spada na obsadę. Na szczęście ta nie zawiodła. Fanfary należą się pewnej w swojej roli Rachel Sennott (rozwinięcie roli z krótkometrażówki), nowojorskiej standuperki i twitterowej persony. Na tle reszty wyróżnia się też tym, że jako jedna z niewielu nie jest Żydówką. Seligman, jako członkini judaistycznej społeczności, zwracała uwagę, by znaleźć aktorów, którym bliska będzie tematyka sziwy i duch żydowskiej familijności. Stąd Molly Gordon w dobrym występie jako Maya, Polly Draper w ważnej roli matki czy niezastąpiony Fred Melamed, który budzi subwersywne skojarzenia z jego bohaterem w Poważnym człowieku. Szczególnie warto zwrócić uwagę na niełatwą relację między filmowymi Danielle i matką – synergicznie działa tutaj wzajemne niezrozumienie i usilna potrzeba czułości.

Nic nie przesądzam, ale Shiva Baby to zdecydowany faworyt konkursu Spectrum na tegorocznym AFF-ie. Dobrze jest wiedzieć, że takie projekty powstają i zachwycają; że amerykańska komedia niezależna dobrze się trzyma (kto nie wierzy, niech spojrzy na repertuary Spectrum z lat ubiegłych) i jest wzbogacana o queerowych Żydów. A tych jeszcze nigdy nie było za dużo.

Ocena

8 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.