Advertisement
American Film Festival 2021FestiwaleFilmyRecenzje

Gra w afekty. Recenzujemy “Córkę” Maggie Gyllenhaal

Kamil Walczak
córka
Fot. Kadr z filmu "Córka" / American Film Festival

Elena Ferrante to pseudonim anonimowej autorki bestsellerów, popularnej nie tylko na rynku włoskim, ale też na świecie. Wciąż nie wiadomo, kim jest, co tym bardziej zaciekawia w jej autorskiej personie. Twórczyni, która zdecydowała się na adaptację tej akurat książki, niebędącej najbardziej znanym utworem Włoszki, także nie musiała wiedzieć wszystkiego. Przy pomocy świetnego pionu technicznego i doborowego asamblażu aktorskiego udało się stworzyć (a nie przenieść!) dzieło z prawdziwego zdarzenia, które absolutnie nie bez powodu dostało nagrodę w Wenecji za scenariusz. To zaskakująco pewne siebie kino.

***

Maggie Gyllenhaal odnajduje w Córce ogromne pokłady niewypowiedzialności, poszukiwania po omacku, spoglądania przez pryzmat wrytych gdzieś głęboko i szczelnie lęków. Rezygnacja z obecnej w powieści Ferrante narracji pierwszoosobowej była chyba najlepszą adaptacyjną decyzją, na którą mogła się zdecydować twórczyni. Zamiast komentarzy z offu i nachalnej subiektywizacji, widza absorbuje sam sposób prowadzenia tej historii – meandryczna gra, która nie tyle jest przeprowadzana na widzach, ile na samej protagonistce. Niedopowiedzenia odkrywane są przez obraz, niespójne ruchy kamery, dezorientujące zbliżenia, które przechodzą niemal w detal. Ta gra to swego rodzaju negocjacja macierzyństwa, starcie impulsów i afektów, których nie potrafi wyrazić słowo pisane, ale potrafi język kina. W gruncie rzeczy istotę wspomnianej gry tłumaczy parę szczątkowych dialogów, strzępy sensu, które sprowadzają się do pytania: Czy można być i matką, i kobietą?

córka
Fot. Kadr z filmu “Córka” / American Film Festival

To pytanie często bywa postrzegane jako obrazoburcze. W naszej kulturze okazuje się tym bardziej problematyczne i tabuizowane, dlatego nie zadajemy go nigdy w ten sposób, bo figura matki (Matka Polka, Matka Boska, Matka Znosząca Znoje Dnia Powszedniego) zdaje się niemalże sakralna. Jako mężczyzna nie jestem odpowiednią osobą do prawienia elaboratów na temat tego, co to znaczy być rodzicielką i kobietą. Zresztą jakieś esencjonalne opisy są zwykle chybione. Na szczęście w Córce zupełnie nie chodzi o prawienie morałów, ale o bardzo efemeryczny (?) splot macierzyństwa trzech bohaterek, granych przez Olivię Colman, Dakotę Johnson i Jessie Buckley. Pod pręgierzem własnego sumienia i sumień swoich bliskich staje ich „ja”, ich bycie i tożsamość.

Przeczytaj również:  POWTÓRKA Z HOLLAND #2: "Aktorzy prowincjonalni" (1978)

Rozgrywana głównie na greckiej wyspie akcja przenosi do imaginarium wakacyjnego. Plaża, domek z widokiem na skalisty brzeg, all-inclusive. A jednak miejsce to nie odsyła do nastrojowej błogości, eskapizmu, ale wręcz przeciwnie – jeśli miało być ucieczką, to okazało się fiaskiem. Leda (Olivia Colman), profesorka literatury przed pięćdziesiątką, natrafia na Ninę (Dakota Johnson), młodą matkę wplątaną w sieć nie do końca wyjaśnionych procederów kryminalnych. Obserwacja Niny i jej dziecka wyrywa Ledę z zapomnienia w pracy, niejako prowokuje ją do podjęcia opisanej przeze mnie wcześniej gry, która będzie operować prostym rekwizytem lalki, stanowiącej z jednej strony oczywisty symbol, przedmiot zastępczy dla wybrakowanego macierzyństwa, ale z drugiej pewien perwersyjny element gry – element, na który (spolier!) nie będzie żadnej odpowiedzi wprost.

córka
Fot. Kadr z filmu “Córka” / American Film Festival

I tak, ten film jest reżyserskim debiutem Maggie Gyllenhaal. Myślę jednak, że Maggie jest na tyle utalentowana, że nie zasługuje na pobłażliwości i umniejszanie. Prowadzenie narracji, czasem szczątkowo-nieskładne, rozpisujące zakończone pytajnikami wątki i postaci, nie jest gatunkową imitacją, ale sposobem na spekulację stylu, badanie gruntu pod własny język opowiadania. Doszło to do stopnia, w którym nie ma jeszcze mowy o pretensjonalności, ale jest debanalizacja pewnych motywów. Przykładowo rola w tej historii Lyle’a (Ed Harris), człowieka, od którego główna bohaterka wynajmuje domek na wyspie, nie wydaje się prosta, a jego taniec do szlagiera Bon Joviego jak najbardziej pozostawia wątpliwości. Ale też stosunek Ledy do swoich dzieci w całej rozciągłości filmu jest szalenie interesujący i nie do końca jasny, co zostało jeszcze wzmocnione przez zmianę zakończenia przez Gyllenhaal. W końcu także muzyka Dickona Hinchliffe’a dodaje niepokoju, zostawia naddatek w każdej scenie, wzbogacając ten film audialnym pięknem.

Przeczytaj również:  POWTÓRKA Z HOLLAND #3: "Gorączka" (1980)

Bodaj największą siłą, jaką dysponuje Córka, jest symptomatyczny chwyt, którego dokonać może tylko kino. To na poły emocjonalne, na poły zmysłowe ogarnienie prześladujących, nieusuwalnych lęków, jak sępy krążących wokół świadomości. Właśnie za to cenię medium filmowe – za to, że przy użyciu ruchomego obrazu i niewielu słów jest w stanie zatrzymać mnie w immersji doświadczenia, którego do końca nie rozumiem.

Ocena

8 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.