American Film Festival 2021FestiwaleFilmyRecenzje

Jezus mnie zna. Recenzujemy „Oczy Tammy Faye” Michaela Showaltera

Kamil Walczak
oczy tammy faye
Fot. Kadr z Filmu "Oczy Tammy Faye" / American Film Festival

W ciągu ostatnich lat Michael Showalter przylgnął swoimi dziełami do romansów traktujących o współczesnych związkach. Najpełniejszą tego emanacją była dylogia komedii romantycznych z Kumailem Nanjianim: “I tak cię kocham” (“The Big Sick”, 2017) i “Gołąbeczki” (“The Lovebirds”, 2020). Teraz amerykański reżyser zabrał się za poważniejszy projekt z ambicjami – jego producentką jest Jessica Chastain, która już w 2012 roku nabyła prawa do przeniesienia na ekran biografii Tammy Faye Bakker, amerykańskiej ikony, która w latach 80. wraz ze swoim mężem zdefiniowała pojęcie współczesnej telewizji protestanckiej. Programy z pacynkami dla dzieci, rozmowy z gośćmi dla dorosłych, piosenki, kazania, gitara, rozentuzjazmowana ponad stan widownia. Słowem, wielkie show po chrześcijańsku.

Jak bywa do przewidzenia w przypadku biopicowych produkcji, w Oczach Tammy Faye następuje kompletne zagubienie filmu w filmie, narracji w narracji. Przeskoki między kursem dokumentalnym z rocznymi datami, miejscami, archiwalnymi komentarzami i nagraniami a właściwym kursem fabularnym są zbyt nieokrzesane. Showalter nie przeplata, ale nieskładnie miesza, a w konsekwencji spłaszcza linię czasową. Nieznośne retardacje czynią ten 2-godzinny film biograficznym potworkiem fabularnym, którego może nie ogląda się źle, ale po którym niesmak – a w jakimś sensie także niedosyt – pozostaje. Niesmak, bo ciężko stwierdzić, czy obejrzany właśnie film jest chociaż „jakiś”. Ze świecą można szukać jego tożsamości gatunkowej, spójności charakterów, chwytającego dramatu. Niedosyt, bo twórcy dość szybko przechodzą nad wszystkimi przekrętami i malwersacjami do porządku dziennego, właściwie kończąc akcję filmu.

oczy tammy faye
Fot. Kadr z Filmu “Oczy Tammy Faye” / American Film Festival

Historia Oczu Tammy Faye to swoista rehabilitacja Pierwszej Damy Teleweangelizmu, nadanie jej postaci ludzkich cech, trójwymiarowości, którą zabrał jej medialny backlash. Oczywiste skróty i elipsy wskazują, że nie będzie nam dane zobaczyć tzw. bigger picture – panoramy telewizyjnego duszpasterstwa w pełnej krasie. Orbitujemy wciąż wokół imperium Tammy i Jima Bakkerów, stworzonego przez nich medialnego molocha PTL (Praise the Lord) i postępujących nieubłaganie skandalów, które pod koniec lat 80. zrujnowały ich wspólną karierę.

Przeczytaj również:  Esej odrzuca legendę. Recenzujemy "Zdobywanie Dzikiego Zachodu"

Film wychodzi z tego „empatycznego” nurtu biografii, które chciałyby zrehumanizować skompromitowanych, przypomnieć, że ludzkie błędy nie wykluczają człowieczeństwa, że sympatia widza powinna być skierowana na bohaterów nieoczywistych, zbłąkanych, słabych, a czasem niepoprawnych. Oczy Tammy Faye chcą wejrzeć w głąb protagonistki; zamiast seksistowskich docinków pod adresem jej makijażu, wiary i osobowości medialnej, Michael Showalter i Abe Sylvia przedstawiają ją jako niewinną (przekonująco wydaje się zupełnie nieświadoma machlojek swojego męża), szczerze wierzącą i niezwykle empatyczną osobę. Niesamowita jest zwłaszcza scena, która wielu widzów PTL zaskoczyła w latach 80. – była to zdalna rozmowa Tammy i gejowskiego pastora o potrzebie wsparcia przez chrześcijan osób chorych na AIDS. W pewien sposób główna bohaterka okazała się też, jakkolwiek na to patrzeć, figurą feministyczną – dzięki swojej determinacji była w stanie przebić się przez patriarchalne obostrzenia, prowadzić własne ewangelizacyjne show, czasem wbrew autorytarnym pastorom czy toksycznemu mężowi.

oczy tammy faye
Fot. Kadr z Filmu “Oczy Tammy Faye” / American Film Festival

Świerzbiące mnie pytanie brzmi, czy to na pewno dobra narracja; czy taka rekonwalescencja może się obronić – szczególnie gdy patrzymy na to z perspektywy kultury polskiej, bez doświadczenia teleewangelizmu i patologicznych, protestanckich fikołków. Już dokument o tym samym tytule w reżyserii Fentona Bailey i Randy’ego Barbato z 2000 roku, który był bezpośrednio inspiracją dla filmu, przedstawiał bohaterkę jako prawdziwą osobę, wyjętą z medialnego nimbu pośmiewiska. Fabuła idzie o krok dalej, składając zmarłej w 2007 roku talkshowerce hołd. Małżeństwo Bakkerów zostało potraktowane z czułością i czasem pobłażliwością – co najbardziej raziło w sposobie przedstawienia ich wiary. Brak tu jakichkolwiek niuansów, a pełno infantylnej religijności – od niepoważnych glosolalii do życzeniowych modlitw. To narracja o ludziach naiwnych, którym łatwiej współczuć, ogłupiając ich.

Przeczytaj również:  Misja samobójcza? Recenzujemy „Węzeł śmierci”, horror Cornelio Sunny’ego

Ostatni akapit tekstu jest zwykle skondensowaną odpowiedzią na pytanie zasadnicze: Czy warto? I kiedy to pytanie zyska na aktualności przy okazji premiery, odpowiedź będzie miała sens. Waham się pomiędzy: „Można obejrzeć, ale na przykład można też tego nie robić” a „Nie, a po co?”. W ciągu następnych miesięcy do głosu dojdą argumentujący o kontekście ogólnym (sezon nagród z Oscarami na przedzie), kreacjach aktorskich (Jessica Chastain w „roli wybitnej”) czy biograficznym przedstawieniu znanych osobistości  (Tammy Faye i Jim Bakkerowie). Bez wątpienia to dość lekkie i dobre ukazanie zjawiska teleewangelizmu, ale są też na to lepsze sposoby. W wydanym w 1991 roku albumie „We Can’t Dance” grupy Genesis pojawiło się wspaniałe lirycznie i boskie teledyskowo Jesus He Knows Me, które działało tym bardziej że zostało wydane na świeżo. Preferuję 4-minuty z Philem Collinsem niż ponaddwugodzinny sens o nikłym doświadczeniu.

Ocena

5 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.