Advertisement
FilmyKinoRecenzje

Nolens volens TVP. Recenzja “Ziei” Glińskiego.

Kamil Walczak

Na wstępie, z czystej przyzwoitości, należy ostrzec, że nie piszę tutaj o filmie dobrym. Gdybym pisał, nie byłaby to recenzja Ziei. Niestety. Ale omijanie go szerokim łukiem też nie jest najlepszym rozwiązaniem – jak zresztą bywa z każdym średniakiem wtłaczanym do repertuarowych katakumb. 

Biografia Jana Ziei to nietuzinkowa sprawa, bo to postać niezwykła, swoim życiorysem pojmująca narodową i ludową historię zeszłego stulecia. Urodzony w Priwislinskim Kraju a zmarły w demokratycznej Rzeczpospolitej, przeżył 94 lata i stał się żywym podręcznikiem zmian, świadkiem kluczowych wydarzeń i wzorem postawy, która na wskroś przeszywa obecne wyobrażenie o patriotyzmie i wierze. Teraz już wiecie – największą zaletą filmu Roberta Glińskiego jest kanwa, na której został stworzony. Z tak gigantycznego życiorysu udało się uszczknąć kawałek dobrej opowieści, za co optymiści i tak są wdzięczni.

Fabuła zaczyna swój bieg od wygranej drużyny Huberta Wagnera na igrzyskach w Montrealu w 1976 roku. To tego dnia funkcjonariusz SB Adam Grosicki (Zbigniew Zamachowski) dostaje zlecenie z hierarchicznej góry, by rozpracować KOR-owców – przede wszystkim źródła ich finansowania z Zachodu. Esbek za swój cel obiera nie krzepkich rebeliantów, młodą krew zdolną do uniesień, lecz starszego, wychudzonego księdza z popim, białym zarostem i fizjonomią wschodniego profety, księdza Jana Zieję (Andrzej Seweryn). W ten sposób akcja toczy się przez blisko dwie godziny za pomocą rozmów Grosicki-Zieja i szeregu wspominkowych retrospektyw, niby przekroju polskiej historii XX wieku: od wojny polsko-bolszewickiej, w której bohater wziął udział jako kapelan-ochotnik przez kampanię wrześniową po działalność duszpasterską i opozycyjną w czasach PRL-u.

To wszystko brzmi ładnie. Historia księdza z konkretnymi wartościami, stającego w obronie zwykłego człowieka, pojednawcy; portret taki najlepiej wygląda z akcentami patriotycznymi. Robert Gliński nie ukrywa, że Zieja ma mieć wymiar moralitetu do współczesności, przytyku do skłóconej polityki i destruktywnej debaty publicznej, a kazania kapłana mają wybrzmieć na nowo i z nową siłą. To okrągłe zdania i utarte sformułowania, które znamy od lat i doskonale wiemy, że nic nie zmienią. Pod tym względem lepiej sprawdza się jako świadectwo postawy: pacyfista, który nie uznawał zabijania drugiego człowieka – nigdy, w żadnym wypadku; ekumenista, spowiadający na polu bitwy prawosławnego żołnierza i zapraszający do parafii niemieckiego pastora; w końcu osobę, która zawsze staje po stronie słabszych, skrzywdzonych. To nie tyle postawa patriotyczna, co uniwersalna i ludzka.

Przeczytaj również:  „Po kablach” – Elektryzująco o skorodowanym społeczeństwie [RECENZJA]

Jak twórcom udało się to zrealizować? Cóż, film Glińskiego od pierwszej do ostatniej sceny przypomina produkcję telewizyjną (początkowa tablica Dystrybucja Kinowa TVP mocno zapada w pamięć, o tym zaraz), w szczególności “przygotowane z rozmachem” sceny batalistyczne. Może nie wygląda to źle, ale zdjęcia Witolda Płóciennika szorują realizacyjne doły. I choć reżyser przyznaje, że malarskich inspiracji szukał w malarstwie Edwarda Hoopera, to nie jestem pewny, czy je znalazł. Scenariusz Wojciecha Lepianki brzmi miałko – chyba słuszne były obawy o zbytnią “świętość” protagonisty, któremu przeciwstawiony został uosabiający zło, lekko diabelski funkcjonariusz SB (nie muszę chyba wspominać, że jego szef jest jeszcze gorszy, a i nim ktoś pociąga za sznurki?). Bo wynik jest taki, że napięcie ulatuje, a dramaturgia jest anemiczna – niemała w tym zasługa beznadziejnego występu Zamachowskiego, choć nie można odbierać porażki twórcy tej postaci. Pomiędzy Zieją a Grosickim mogła wytworzyć się ciekawa, nawzajem ciekawska i bilateralna relacja (i chyba pojawiły się zalążki takiego konceptu), ale ostatni akt już zupełnie traci ten wektor.

Kadr z filmu Zieja.

Jedyną osobą, która wynosi dzieło Glińskiego ponad niziny przeciętności, jest Andrzej Seweryn. Tyle że to zdanie miałem napisane jeszcze przed seansem. Wewnętrzny spokój tego aktora, umiejętny portret fizjonomiczny Ziei i świetna dykcja wypełniają znamiona bardzo dobrego występu. Nie można tego samego powiedzieć o odtwórcy roli młodego księdza, Mateuszu Więcławku, który wyraża ten początkowy (i nieprzerwany) idealizm bohatera w sutannie. Na jego niezłą, lecz szybko zapomnialną, rolę złożyły się nie tylko jakość gry, ale też tandetna stylizacja historyczna (w tym filtrowanie obrazu) i same epizody dramatyczne. Młody Zieja skacze od epizodu do epizodu, od pogrzebu samobójczyni do wojny, od niejadka z sierocińca do następnej wojny. Poważnie zaczyna to wyglądać dopiero w czasach Polski Ludowej i tu następuje przejście i pałeczkę znów przejmuje Seweryn.

Gdzieś na uboczu rozgrywają się całkiem ciekawe wątki działalności KOR-u czy postaci Jacka Kuronia (Jakub Wieczorek). Szczególnie Kuroń został zaskakująco ciepło przedstawiony przez reżysera: jako co prawda ateista, ale poszukujący wiary, szczerze zaprzyjaźniony z Zieją. Ich rozmowy, choć mało interesujące dla esbeckich podsłuchów, mają swoje walory i to jedne z lepszych scen w całym filmie. Żal, że tych wątków KOR-owych jest dość mało, bo miało to swój potencjał. Twórcy zdecydowali się na przekrój oraz montaż filmowy i ma to swoją cenę – za to ja płakać nie będę, bo nie zostawiam sobie złudzeń, że to mogłoby wyglądać inaczej. Gliński, poza przypomnieniem postaci bliskiej inteligencji katolickiej, nie miał czego kręcić, pion scenariusza Lepionki został oparty na dennym, niepotrzebnym śledztwie, a bogata biografia spłaszczona do lichej fascynacji Ziejowską postawą.

Przeczytaj również:  „Tato” - ojcostwo w walce o godność ubogich [RECENZJA]

Najciekawsze w tym wszystkim jest jednak coś innego, coś poza samą diegezą filmu, nawet poza ekipą produkcyjną. Nie da się oddzielić narracji – choćby tej historycznej – Telewizji Polskiej, dystrybutora i koproducenta filmu, od promowanych przez nią dzieł. Stąd dysonans, kiedy protagonista w swoim dosadnym kazaniu stawia się po stronie uciskanych i przeciwstawia się pogardzie bliźnich; kiedy lży patriotyczny obowiązek sprawiedliwej wojny na rzecz absolutyzacji piątego przykazania; wreszcie, kiedy wzywa biskupów do stanięcia w prawdzie, bo prawda powinna być ponad wszystkim, nawet ponad samym Kościołem, czym wywołuje niesmak na twarzach hierarchów. Zieja wprost kontestuje utarte, narodowe myślenie, zastanie sakralnej biurokracji, dzielenie ludzi i nawoływanie do przemocy. Chciałbym wierzyć, że przedstawienie takiej postaci ze wszystkimi jego apelami i postawami to nie próba wsadzania go do pasującej przegródki z patriotycznymi dziwakami. Ale bez względu na intencji, nolens volens, Zieja jest szczytnym świadectwem, bo pokazuje wzór postępowania także obecnie.

Basta, dość tego patetyzowania. Jeśli kogoś jest w stanie przekonać sama tematyka, to droga wolna, na pewno dystrybutor się ucieszy, bo frekwencja nie dopisuje. Sam bardziej skłaniałbym się do sięgnięcia po prawdziwe źródła, po artykuły we Więzi czy oryginalne kazania prałata, bo Gliński niczego atrakcyjnego ani dla duszy, ani dla ciała tutaj nie proponuje. Film niekoniecznie do pilnego seansu, zwłaszcza dziś, gdy każdy seans jest na wagę złota.

Ocena

4 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.