FilmyKinoRecenzje

Ludzie o miedzianym czole. Recenzujemy „Żeby nie było śladów” Jana P. Matuszyńskiego

Kamil Walczak
Żeby nie było śladów
fot. Kadr z filmu "Żeby nie było śladów" / mat. prasowe

Wbrew obiegowej opinii filmy nie bywają polityczne, filmy po prostu są polityczne. Doklejanie tej etykiety jednak zawsze jest jakąś potrzebą chwili – żadne dzieło nie powstaje przecież w społecznej próżni. Premiera Żeby nie było śladów zbiega się z kontekstami politycznymi, które stają się w jakimś sensie tematem filmu. Generał Kiszczak, grany przez Roberta Więckiewicza, sam zresztą przyznaje, że po medialnym rozgłosie sprawa Grzegorza Przemyka stała się sprawą polityczną. Jest to ważne i wielu już pisało o paralelach między bestialskim pobiciem 18-latka na Jezuickiej przez MO a wyciekłymi niedawno informacjami o tragicznie zakończonych interwencjach policji w Dolnośląskiem. Mając to na uwadze, chciałbym się mimo wszystko skupić na tym, jaki nowy film Jana P. Matuszyńskiego bywa lub raczej jest. A bywa z tym różnie.

Sprawa Grzegorza Przemyka, jak brzmi też podtytuł reportażu Cezarego Łazarewicza, to złożona z wielu wątków historia, która z pewnością nie dotyczy tylko zamordowanego w maju 1983 roku maturzysty. Przemielenie tego przez scenariusz i produkcję filmową musiało wiązać się z pewnymi zabiegami, które już na etapie adaptacji mogą zaważyć o filmie. Głównymi problemami, z jakim musiała się zmierzyć Kaja Krawczyk-Wnuk, scenarzystka, były fabularyzacja literatury non-fiction, stworzenie z prawdziwych ludzi postaci i, co już jest bardziej w gestii Matuszyńskiego, przełożenie bardzo obszernej narracji Łazarewicza na język kina.

Wielkość historii przełożyła się na wielkość metrażu, z którym jest główny problem. Próbując złapać wiele srok za ogon, filmowe Żeby nie było śladów stało się nierówną inscenizacją bez wyraźnego autorskiego śladu. Wierne, wręcz kurczowe trzymanie się książki, po prostu nie służy. Pomijając sferę techniczno-wizualną, o której później, filmowi brakuje choćby cząstki tożsamości, jaką miała Ostatnia rodzina. Natłok wydarzeń i pędząca narracja są najzwyczajniej w świecie przytłaczające i męczące. Za szybko wytraca się dramat tych ludzi, którzy, co dla mnie najbardziej uderzające, stają się płowi, odgrywani i płytcy. A uderza to dlatego, że to historia o frustracji, niesprawiedliwości, wkurwie na władzę i system.

Przeczytaj również:  Pamięć widmowa. Podsumowujemy 46. FPFF w Gdyni

Tymczasem główni bohaterowie Jurek Popiel (Tomasz Ziętek) i Barbara Sadowska (Sandra Korzeniak) są niewyraźni i nierozwinięci jako postacie.  Jurek, odpowiednik Cezarego F. z książki, w wersji filmowej staje się pełnoprawnym protagonistą. To wokół niego kręci się cały dramat sądowy, to on jest jedynym świadkiem zajść na Jezuickiej. Jednak Ziętek nie jest w stanie udźwignąć tej roli, zapada się pod nią, przez co jego emocjonalne wykony ciężko zaliczyć do udanych.  Z kolei Sadowska została niegodnie sprowadzona do labilnej, ubolewającej matki, totalnie odklejonej od rzeczywistości opozycjonistki–poetki. Jej podmiotowość w tej opowieści – przypominam, że to ona jest autorką słów apelu o „ludziach o miedzianym czole”, który stał się mottem książki – sprowadzono do parteru. Co jest zresztą kazusem wielu postaci.

Żeby nie było śladów
Tomasz Ziętek i Sandra Korzeniak / mat. prasowe

Rozpisane z takim rozmachem postacie przestają „być”, a stają się rekonstruktorami scenariusza. A kiedy już przychodzi do własnych interpretacji, otrzymujemy np. do bólu karykaturalną rolę Aleksandry Koniecznej jako prokuratorki Wiesławy Bardon, głównej antagonistki tego filmu. Trupioblady makijaż, brak higieny, pstrokaty ubiór i opryskliwy ton budują z niej postać tak skrajnie monochromatyczną, że ciężko jakkolwiek zareagować na ten występ – może poza zażenowaniem tak niedbałą szarżą.

Początkowe sekwencje zwiastowały przecież coś innego. Pierwsza scena, w której pion realizatorski ustalił pewien mistrzowski poziom, poniżej którego nie zszedł aż do końca filmu, ukazuje mieszkanie chłopaka i jego matki. Kręci się w nim masa ludzi, zresztą jak zwykle. Pokój Grzegorza wypełniają plakaty, książki, różnej maści emblematy jego tożsamości. Jednak szybko przenosi się z kolegami na Plac Zamkowy, stamtąd ściągają ich milicjanci, akcja przenosi się na komisariat. Wszystko zaczyna dziać się tak szybko, że zaczynamy w końcu tracić z oczu Grzegorza Przemyka, maturzystę z planami na studia, poetę z ambicjami na wydanie pierwszego tomiku, młodego chłopaka, któremu funkcjonariusze władzy odebrali życie. Po 160 minutach nie byłem przekonany, że to wybrzmiało.

Przeczytaj również:  Chochoł polskiej kinematografii. Recenzujemy nowe „Wesele” Wojciecha Smarzowskiego

Ale oczywiście jest też za co chwalić. Technikalia i wizualia stoją na wysokim poziomie, a nakręcony na taśmie 16 mm obraz nie przestaje zachwycać detalami, co jest wielką zasługą Kacpra Fertacza, odpowiedzialnego wcześniej za zdjęcia w Ostatniej rodzinie czy Hardkor Disko. Niemała w tym też rola reżyserów drugiego planu (film dedykowany jest Marii Skąpskiej, reżyserce planowej), scenografa Pawła Jarzębskiego (nagrodzonego w Gdyni) i rzecz jasna samego Jana P. Matuszyńskiego, który zrobił bardzo wiele dla powstania tego projektu i tego, jak finalnie wygląda. Dodajmy do tego, że produkcja powstawała, przynajmniej po części, w czasie pandemii. Kolektyw fachmanów i fachmanek spisał się wzorowo. Moje pretensje są więc stricte wewnętrzne.

Żeby nie było śladów
fot. Kadr z filmu “Żeby nie było śladów” / mat. prasowe

Ze względu na zaangażowanie w sprawę Przemyka aparatu państwowego PRL-u, Żeby nie było śladów było też okazją do epizodycznych ról ważnych oficjeli. Jest więc Czesław Kiszczak, Mirosław Milewski (Andrzej Chyra) czy sam Wojciech Jaruzelski (Tomasz Dedek cmokający jak nigdy wcześniej). Poza tym Matuszyński nie zawodzi w inscenizacji mocnych i kluczowych scen: jak tej z brutalnego pobicia na Jezuickiej, oglądanego z niejednoznacznej perspektywy Jurka; albo przebiegu „eksperymentu”, który miał udowodnić winę sanitariuszy; albo wreszcie procesu, na którym wybrzmiewają słowa nieskrępowanej prawdy. Te fragmenty pozostaną ze mną na dłużej niż wrażenie całości.

Jak wspominałem na początku, z tegorocznym laureatem Srebrnych Lwów bywa różnie. Nie odmawiam powagi tematu i szczytnych celów. Nie ma też co ukrywać, że to film o współczesnych konotacjach, choć w tym aspekcie na pewno za mało zdecydowany. Pozostaje mi tylko odesłać do nagrodzonego Nike reportażu Łazarewicza, który o wiele rzetelniej, czulej i po prostu lepiej podchodzi do całej sprawy.  A niech gorzkim podsumowaniem będzie to, że w recenzji filmu odsyłam do książki.

Ocena

6 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.