48. Festiwal Polskich Filmów FabularnychFilmyKinoRecenzje

„Raport Pileckiego” – Piekło na ziemi i w produkcji [RECENZJA]

Kamil Walczak
fot. „Raport Pileckiego” / mat. prasowe TVP Dystrybucja Kinowa
fot. „Raport Pileckiego” / mat. prasowe TVP Dystrybucja Kinowa

Biografia rotmistrza Witolda Pileckiego należy do jednych z tych „krystalicznie czystych” kart rodzimej historii, co do których nie ma właściwie sporu w głównym nurcie polskiej historiografii. Weteran wojny z bolszewikami oraz kampanii wrześniowej, konspirator w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu, powstaniec warszawski, prominentny działacz polskiego państwa podziemnego. Walczył z totalitaryzmem nazistowskim, a po wojnie pozostał nieugiętym przeciwnikiem „sowieckiej okupacji”, stając się tym samym patronem ruchu oporu spod znaku żołnierzy wyklętych. Naturalnie więc został pretendentem w filmowej polityce historycznej jako jeden z „towarów eksportowych”: nieskalany, niezłomny polski rycerz o szlachetnym charakterze, wzór do naśladowania i chluba Polaków. Materiał jak znalazł do filmu Raport Pileckiego.

Dokładnie taki był zamysł Leszka Wosiewicza (Kornblumenbau, Kroniki domowe), który z tym konkretnym projektem związany był już od 2014 roku. Po drodze zdarzyły się jednak inne wypadki: pandemiczne przestoje w produkcji, śmierć głównego producenta Włodzimierza Niderhausa, odsunięcie Wosiewicza od reżyserii po nagraniu 2/3 filmu i powierzenie misji ponownego nakręcenia większości scen i kompletnej zmiany kompozycji dzieła dyżurnemu reżyserowi polskich produkcji historycznych, Krzysztofowi Łukaszewiczowi. Dość powiedzieć, że jeszcze do niedawna Wosiewicz składał skargi do prezydenta, premiera i notabli związanych z ministerstwem kultury, a producentom groził pozwem, nie chcąc, by był jakkolwiek wiązany z wersją Łukaszewicza. Innymi słowy, Raport Pileckiego trafił do produkcyjnego piekła, a jego efekty oglądamy, niestety, w kinach.

W wersji Łukaszewicza osią fabuły staje się proces Pileckiego, jego brutalne przesłuchania przez oficerów bezpieki i pokazowy wyrok z 1948 roku. Ta oś jest jednak tylko punktem orientacyjnym do opowieści o całej historii Pileckiego, którą streściłem na początku. W przypływie patriotycznej – a zarazem logistycznej – potrzeby zapakowano do dwugodzinnego filmu obszerne passusy i wyimki biograficzne bez choćby krzty polotu.

fot. „Raport Pileckiego” / mat. prasowe TVP Dystrybucja Kinowa
fot. „Raport Pileckiego” / mat. prasowe TVP Dystrybucja Kinowa

W efekcie radośnie przeskakujemy między 1939, 1945, 1941, 1931 i 1948. I tak, chronologia nie jest zachowana, a większość retrospekcji składa się z dwóch szczątkowych scen. Oczywiście można by ten zabieg usprawiedliwić przyjętą w nowym scenariuszu konwencją przesłuchań – wracamy do wydarzeń zgodnie z pytaniami porucznika Chimczaka (Mariusz Jakus), ale byłoby to przeciągnięcie struny. Wydaje się, że z dramaturgiczną ciągłością wygrał impuls „oddania należytych honorów” i zachłyśnięcie się budżetem. Trudno inaczej wytłumaczyć wciśnięcie do i tak już upchanej fabuły pojedynczych epizodów z powstania warszawskiego czy wojny obronnej w ’39. Naprędce sklejone na ślinę tworzą one całość o tyle, o ile ciąg tworzą liczby ustawione od lewej do prawej.

To seans tym bardziej uciążliwy, że w tym chaosie trudno o jakieś momenty zwrotne, sceny warte zapamiętania, zachwyty wizualne. Na pierwszy rzut oka taki status powinna mieć spektakularna ucieczka Pileckiego z obozu w Oświęcimiu (sekwencje obozowe były kręcone jeszcze przez Wosiewicza), ale dzięki cięciom w co ciekawszych momentach otrzymujemy po prostu kolejne części składające się na nieskazitelną i nudną rekonstrukcję. Raportowi Pileckiemu tragicznie brakuje „lokomotywy”, materiału, który udźwignąłby cały ten historyczny koturn. Zamiast tego z kolejnymi minutami obraz zapada się pod ciężarem własnej powagi i decorum. Wypowiadane kolejno kwestie Witolda i jego żony Marii (ten mówi o „sprawach ważnych, najważniejszych, dotyczących Polski”, ona „i tak tego nie rozumie”) to tylko pierwszy przykład z brzegu. Film, tak przejęty kwestiami dziejowymi, zupełnie zapomina o swojej roli krytycznej. Staje się robionym na kolanach widowiskiem, które ma „wiernie odtwarzać fakty”, wyzbywając się w ten sposób choćby grama własnej tożsamości.

W końcu sprawa zdjęć. Skłamałbym, mówiąc, że dawno nie widziałem tak mdłego wizualnie, mizernie oświetlonego polskiego filmu (widziałem w końcu Orlęta. Grodno ’39 rok temu), ale Arkadiusz Tomiak (operator) jest jednym z głównych podejrzanych. To zarzut efemeryczny, ale już parę dni po seansie mam problem z przypomnieniem sobie jakichkolwiek scen, kadrów, miraży! Gorzej, jeśli podobnie będzie z samą historią, bo bodaj najważniejszym celem było przecież zaznajomienie z nią widzów. A Raport Pileckiego nijak nie działa ani jako usystematyzowanie informacji o, ani wprowadzenie do. Niestety, długo wyczekiwany projekt, jakkolwiek oceniać jego czołobitne przedstawienie postaci Pileckiego, przez niesnaski produkcyjne okazał się całkowitym niewypałem, któremu trudno wróżyć dobre wyniki finansowe.


Korekta: Ula Margas

Ocena

3 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.