FilmyRecenzjeStreaming

Od tragedii do instytucji. Recenzja filmu “Kolektyw”

Kamil Walczak
Kolektyw
fot. kadr z filmu "Kolektyw"

W październiku 2015 roku całą Rumunią, a szczególnie Bukaresztem, wstrząsnęła tragedia. W klubie Colectiv podczas koncertu metalcore’owego zespołu Goodbye to Gravity doszło do zajęcia się ogniem instalacji pirotechnicznych. Stłoczeni ludzie uciekali do jedynego możliwego wyjścia, tratując się nawzajem. Tamtego dnia bezpośrednio w wyniku pożaru zginęło 27 osób, kilkudziesięciu trafiło do szpitala z ciężkimi poparzeniami. W wyniku komplikacji, a wbrew zapewnieniom np. ministerstwa zdrowia, w kolejnych dniach umiera jeszcze 37 osób. Rząd Victora Ponty podaje się do dymisji, na rok władzę obejmuje techniczny gabinet Daciana Cioloșa. Właśnie w tym momencie wkracza Alexander Nanau ze swoją ekipą. Początkowo u boku dziennikarza Catalina Tolontana, później obserwując pracę ministra zdrowia Vlada Voiculescu, twórcy starają się zrozumieć sposób funkcjonowania instytucji publicznych i elit politycznych oraz przede wszystkim – dlaczego tytułowa tragedia nie była przypadkiem, a patologicznym objawem.

W pierwszej części twórcy skrupulatnie podążają za Tolontanem, redaktorem „Gazety Sportowej”, który ze swoim zespołem stara się dociec, skąd tak wysoka liczba zakażeń i ofiar w szpitalach. Niebawem odkrywają, że firma Hexi Pharma, producent środków dezynfekcyjnych, znacznie zaniżała poziom substancji aktywnych poprzez rozcieńczanie wodą. Patogeny, których rozcieńczone płyny nie mogły się pozbyć, szerzyły się w szpitalach, przyczyniając się do zakażeń bakteriami szpitalnymi. Nanau rzetelnie śledzi poczynania Tolontana; jako widzowie jesteśmy zawsze dość blisko wydarzeń i faktów – choćby tak poufnych jak obserwowanie szefa Hexi Pharmy czy zbieranie danych od informatorów.

Kolektyw
fot. kadr z filmu “Kolektyw”

Twórcy Kolektywu mierzą się też z jakże żywotnymi pytaniami przy takich rewelacjach – zwłaszcza w naszym kręgu państw demokratycznych – jak zareaguje opinia publiczna? Jak przekazać jej informacje o dysfunkcjach instytucji publicznych i jak o nich pisać, by ludzie, i tak pozbawieni w nie wiary, nie utracili już całkowicie zaufania do państwa. Tolontan jest w tym przypadku wdzięcznym bohaterem, który stara się udowodnić, że swoją pracę wykonuje nie przeciw rządowi i państwu, ale dla wspólnoty obywatelskiej. Za niemały sukces należy uznać to, że podejście pełne takich ideałów wybrzmiewa w filmie Nanau bez cienia pretensjonalności. Oddanie głosu dziennikarskiej drużynie i sygnalistom (whistleblowers), atmosfera obywatelskiej sprawczości i okazja, by spojrzeć politykom na ręce – wszystkie te składowe sprawiają, że udaje się opowiedzieć porywającą i ważną historię.

Przeczytaj również:  "Strach przed rozmową o swoich problemach potrafi sparaliżować". Wywiad z reżyserem Ernestasem Jankauskasem

Chcąc nie chcąc (choć chyba bardziej chcąc), film Nanau został wpisany w kontekst polityczny – i to nie tylko ten bezpośredni, rumuński, ale też europejski i zachodni. Sam reżyser w wywiadach podkreśla, że rozpoczęty w 2016 roku projekt znalazł się w pewnej koniunkturze politycznej, by opowiadać o skorumpowanych politykach i populistach. Wtedy też wybory prezydenckie wygrywa Donald Trump, a Brytyjczycy decydują się na Brexit. W tej wyostrzonej, liberalnej świadomości można upatrywać sukcesu Kolektywu wśród amerykańskiej krytyki i chociażby aż dwóch nominacji do Oscarów (pełnometrażowy dokument i film zagraniczny). Także na rodzimym podwórku spotkałem się z zadowolonymi głosami i suflowanymi analogiami do sytuacji w Polsce.

Wydaje mi się, że te opinie, jakkolwiek podpierane przez reżysera, są jednak powierzchowne. Sytuacja w Rumunii, jak w wielu innych państwach z demoludowym rodowodem, jest specyficzna historycznie – tam szpitale częściej się prywatyzuje, niż buduje, system od lat domaga się reformy, a ochrona zdrowia wypada najgorzej w całej Unii Europejskiej. Porównania z Wielką Brytanią czy Stanami Zjednoczonymi to redukcje publicystów, zwracające uwagę na korupcyjną fasadę, ale nie na clou. Afera z rozcieńczonymi dezynfekantami to pierwszy poziom, świecka symonia i centralizm – to drugi. Nanau schodzi jednak głębiej.

Gdy ekipa filmowa przesuwa akcję w stronę nowego ministra zdrowia Vlada Voiculescu, wraz z jego resortem zaczynają odkrywać, że problem nie jest binarny. Nie jest kwestią wyboru pojedynczych osób, ekspertów spoza układu. W Kolektywie dobrze wybrzmiewa ta druzgocąca teza, że przeżarty jest cały system, od stóp do głów. Że wymiana jednego trybiku w maszynie, zwłaszcza w jego skrajnych partiach góra–dół, nie zmienia instytucjonalnej bolączki. Ponadto nie jest to tylko kwestia polityka kadrowej, czyli ludzi, ale też obojętności rządu, niskich płac, niedofinansowania. Organizacja ochrony zdrowia była już wcześniej rozgrywana przez rumuńskich reżyserów – dla spokoju sumienia wspomnę tu Śmierć pana Lazarescu Cristiego Puiu, który ukazał jak logistyczną patologię w szpitalach. Kolektyw nie odkrywa zatem czegoś zupełnie nowego, ale dzięki wykorzystaniu metody dokumentalnej daje okazję do lepszego zrozumienia, o co w tym chodzi, i w jakimś niewielkim stopniu – że da się coś z tym zrobić.

Przeczytaj również:  „Niefortunny numerek...” lub neomontaż atrakcji
Kolektyw
fot. kadr z filmu “Kolektyw”

Jakkolwiek film w ostatnich scenach dość nieładnie ukazuje afiliacje polityczne i wypada z toru – w dramatyczny sposób nadając, że socjaldemokraci wygrali, znowu nic się nie zmieni, a dla Rumunii nie ma już ratunku – to trzeba przyznać, że decyzja ministra, by wpuścić do siebie zespół Nanau i pokazać pewną transparentność działań, zasługuje na uznanie. Vlad Voiculescu, były rzecznik pacjentów i aktywista, jako jeden z głównych bohaterów przeprowadza nas przez wyboistą ścieżkę rządową. W swoich działaniach nierzadko trafia na ścianę, wewnętrzne tarcia i presję linii urzędniczej. Dzięki niemu film zyskuje trochę sprawczości: jego próby reformy obsadzania stanowisk dyrektorialnych w szpitalach czy godne potraktowanie osób pokrzywdzonych z klubu Colectiv to te optymistyczne ujęcia w całości.

Poza wspomnianymi dwoma wątkami głównymi w Kolektywie przewija się też bardzo ważny motyw właśnie pokrzywdzonych – tych, którzy uszli z życiem z pożaru, ale poparzenia doprowadziły do trwałego kalectwa i blizn na całym ciele. W dziele Nanau otrzymują oni podmiotowość jako postacie immanentnie związane z jądrem historii. Towarzyszymy im pobieżnie w szpitalu podczas montowania protez, na sesji zdjęciowej Tedy Ursuleanu, która przetrwała pożar, czy podczas wernisażu wystawy fotograficznej przedstawiającej ocalałych. Naprawdę pokrzepiające jest to, że twórcy nie zapomnieli o tych, których najbardziej dotknęła ta tragedia.

Mimo swoich szkopułów, głównie politycznych i tendencyjnych, oglądanie Kolektywu było świetnym seansem, w którym dziennikarskie śledztwo spotyka się z instytucjonalnym świadectwem. Odkrywanie kolejnych przekrętów i łapówkarskich dokonań jest też w jakimś sensie oczyszczające, a wywoływane rozgoryczenie i frustracja – tak dobrze nam znane z polskich ulic i internetu – bliskie, osiągalne i zrozumiałe. A jak już mowa o kwestii polskiej – życzę polskim filmowcom-dziennikarzom, by mieli odwagę i możliwości, by podjąć tak ważki i mocny projekt, który nie będzie sprowadzał się do litanii partyjnej, ale powie nam coś o naszym państwie i instytucjach. Tyle i aż tyle.

Ocena

7 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.