“Frances Ferguson” – Coming-of-jail [RECENZJA]

Na AFF-owej sekcji Spectrum z lubością (i lubieżnością) czekam na tego typu filmy. Amerykański arthouse w wykonaniu Boba Byingtona to progowe, inteligenckie podśmiechujki, które całkiem niespodziewanie trafiają w dramatyczne kontrapunkty. Pamiętam, że przy oglądaniu Ktoś tam u góry mnie lubi dało się wyczuć podobny prąd, ale tam nieśmiałość samej produkcji spłycała te potencjalne fale. Tutaj, w przypadku lotnej Frances Ferguson, znakomicie eksploatują się niezręczności, niedopowiedzenia i pretekstowości, które ze swej natury nie zmierza do żadnego konkretnego punktu, a raczej kluczą wokół tematów i motywów. Tylko i aż.

Zobacz też: Trzy filmy Noah Baumbacha, które warto poznać przed premierą “Historii małżeńskiej”

Film firmuje się starym, dobrym based on actual events i jest w tym tyle prawdy, co w Komasowym Bożym Ciele. Bo ta historia tak naprawdę się nie wydarzyła, jest fikcją, ale skomasowaną z faktycznych, różnych relacji, które ukazały się w New Yorkerze. Sprawa tyczy się nauczycielskich napaści seksualnych, w szczególności na chłopcach. Dla tytułowej Frances przedwczesne małżeństwo okazało się najgorszą decyzją w jej życiu – choć na początku, po tych trzech miesiącach znajomości, jawiło się jako coś zupełnie przeciwnego. Teraz żyje w zblazowanym związku z męskim lebiegą, który od jej ciała woli oglądane po kryjomu na komórce pornosy. Narastająca w niej frustracja seksualna zaczyna urzeczywistniać się w realnym świecie. Frances pracuje jako nauczyciel zastępca w pobliskim liceum, ale bardziej od prowadzenia lekcji interesuje ją przystojny,  młody, “nielegalny” chłopak. Tytułowej bohaterce przyjdzie zmierzyć się z konsekwencjami tego, co zrobi, i to bez żadnej taryfy ulgowej.

Reżyser w bardzo labilny sposób podchodzi do tej opowieści. Z jednej strony to sprawka permanentnie zblazowanej twarzy głównej bohaterki, ale to też przyjemna dla ucha, półśmieszkowa narracja Nicka Offermana czy śliczne motywy przewodnie, emblematycznie powracające, by napisać absurdalne koleje losu pani Ferguson. Narracja nie jest jednak drwiąca ani groteskowa, bo i temat jest poważny. Bardzo plastycznie działają podpisy do kolejnych epizodów, aktów, ale też postaci. Choć w tego typu filmach zwykle nie są niezbędne, bardzo pomagają w sekwencjonowaniu zdarzeń i upłynniają i tak krótki, bo 75-minutowy, seans.

Ostatecznie trochę niefrasobliwie, krotochwilnie zamyka się on w ramach uroczej estetyki indie. Cierpi na to, co dla niektórych może być wadą, ujmą czy zgorszeniem: na teleologiczny deficyt. Przy takim metrażu próżno też szukać mocnego punktu kulminacyjnego czy wyraźnych zjazdów i podjazdów fabularnych. Po odpowiedniej, refleksyjno-rozkminowej karencji mogę stwierdzić, że próżno nastawiać się i szukać linearnej puenty czy zmierzonego celu, jak ja próbowałem. Cudowne jest to, że Frances Ferguson zdaje się taka nierozgarnięta i dalej dostarcza.

Zobacz też: “Irlandczyk”, czyli Scorsese tworzy Kino, a trawa jest zielona [RECENZJA]

Nie będę jednak bezkrytyczny, bo moja słabość do dwudziestolatków w kryzysie emocjonalnym nie powinna przysłaniać wszystkiego. Relacje między bohaterami – a właściwie między Frances a resztą – są jednak często lakoniczne, niedookreślone także w tym mniej intencjonalnie autorskim tonie. Z kolei ze scenariusza wyczytać można, że celny często w swoich docinkach i półsłowkach Byington czasami konfuduje i suszy, rzecz jasna wyręczając się głosem offowego narratora. Piszę o tym mimo wszystko z przyzwoitości i empatii dla tych, którzy mają zatwardziałe serca, bo te słabostki można rozgrzeszyć. Film na szczęście nie rości sobie tytulatury snobistycznej ambitności ani spetakularności. Jest mały i niedoskonały, a wiem, że to dla rzeszy widzów najlepsza rekomendacja.

Perspektywa bohaterki wskazuje na bardzo indywidualny aspekt tej historii; na to, jak Frances traktowana jest przed i po zajściu, jak lokalna społeczność oddziałuje na nią, jak “bliscy” – od niekochającego i pogardzanego męża po niewspierającą i zadufaną matkę – toksycznie wpływają na jej życie. Bo istotnie żyje ona w potrzasku, pełna niewyładowanej frustracji i postępującego demontażu chęci do robienia czegokolwiek. Posuwa się do tego, że kupuj na Amazonie kubek za 0.99$ w wyłącznej intencji rzucenia tym kubkiem we wracającego z pracy męża. Nie pomagają nawet narodziny córki, bo to jeszcze bardziej sytuuje ją na straconej pozycji, tym razem przez macierzyństwo.

Najlepiej poruszony jest tu temat urody, bo dziewczyna wyróżnia się przede wszystkim swoim pięknem, co sama zdążyła już zauważyć. Natyka się na te niesmaczne spojrzenia i przedmiotowe wizualizacje, ale jednocześnie sama czuje się z tym… dziwnie. Daje jej to pewność siebie, ale w jakiś sposób wytyka i stygmatyzuje. Byington nie jest oczywisty w podjęciu tego (anty)kompleksu, delikatnie niuansuje, bo właściwie z niuansów składa całą akcję.

Zobacz też: Kulturawka #15 – Polskie kino nie ma w sobie nic z odwagi

Następujące po sobie wizyty u terapeuty i sesje grupowe wyłamują z pozy cyniczki drobne wrażliwości i niespodziewanie szczere wyznania. Towarzyszy jej to dziwne, oświecające uczucie, kiedy na terapii petent pozbywa się uprzedzeń i sam jest w stanie najlepiej spuentować samego siebie.

Symptomatyczne, że w tych sesjach znajduje się miejsce na ciepły humorek i błysk nadziei. Taką cząstkę dysfunkcyjności znajdujemy w sobie na co dzień. Dlatego Mel, prowadzący grupę odwykową, mówi Frances, że to właśnie jest ich safe-space. Podszyte jest to drobnym faktem, że stan Nebraska nie ma pieniędzy na osobną grupę dla przestępców seksualnych – bo Frances przecież wcale nałogowcem nie jest. Twórca rzuca od czasu do czasu takie uszczypliwości w stronę władz, trochę dla sportu, trochę dla poruszenia problemu systemu wilczej karty dla seksualnych predatorów.

Gdzieś w tle spaja to holistycznie wspomniany Nick Offerman, wszechwiedzący i przewidujący, który z sympatią skrzyżowaną z politowaniem śledzi kazus głównej postaci. W ogóle Offerman, długoletni współpracownik Byingtona, niemało przyczynił się pewnie do promocji filmu. Ale przede wszystkim warto pamiętać o występie Kaley Wheless, u której stwierdzam wysoko relewantne zblazowanie. Portret kryzysu młodej kobiety w jej dwudziestkach dawno nie smakował tak świeżo.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.