FilmyKinoRecenzje

„Bo się boi” – Synekdocha, Beau [RECENZJA]

Kamil Walczak
fot. „Bo się boi”
fot. „Bo się boi” / mat. prasowe Gutek Film

Filmawka objęła dystrybucję filmu patronatem medialnym.


Aster, Eggers, Peele – krążące po internecie zestawienia tych trzech reżyserów i ich dotychczasowego dorobku filmowego stanowią świetną ramę pokazującą, jak przez ostatnie lata rozwinął się horror i jego okolice. Nie są to rzecz jasna jedyni twórcy, którzy dali powiew pewnej świeżości w kinie grozy ostatniej dekady (Guadagnino, Mitchell, West, Glass, Perkins, Leone i inni), ale wskazana trójka dobrze opisuje zmianę i ponowne wzniesienie gatunku – pewną nobilitację artystyczną, ale przede wszystkim spełnienie obietnicy straszenia, niepokojenia i wprawiania w dyskomfort. Co ciekawe Ari Aster jest pod tym względem najbardziej chwiejny, zdradzający najwięcej pretensji do europejskiej tradycji i najwięcej przywiązania do modernistycznej wizji autora-demiurga. Bo się boi to próbka tej wizji w wersji skrajnej.

Nowy film Astera sygnalizuje też jego nieznaczne odejście od grozy samej w sobie na rzecz bliższych mu zdecydowanie wątków rodzinnych, co wyraźnie rozwijał w swoich krótkich metrażach (The Strange Thing About the Johnsons) i przede wszystkim w pełnometrażowym debiucie (Hereditary. Dziedzictwo). W Bo się boi przechodzimy przez fabularną psychoanalizę życia Beau (Joaquin Phoenix) i jego relacji z matką (Patti LuPone), niekoniecznie chronologicznie i niekoniecznie składnie. Eskapada bohatera, tak chętnie przyrównywana do odysei, jest tułaczką znerwicowanego czterdziestoparolatka, który przeżywa serię najgorszych dni w swoim życiu. Wszystko, co może pójść nie tak, idzie nie tak. Aster od początku sugeruje, że mamy do czynienia z przegrywem, wiecznym prawiczkiem, nierozgarniętym mężczyzną nigdy niewyleczonym z edypalnego kompleksu.

Joaquin Phoenix w filmie „Bo się boi”
fot. „Bo się boi” / mat. prasowe Gutek Film

Narracja skrzętnie prowadzi nas tym immersyjnym tropem, pogrąża w przytłoczeniu zdarzeniami dookoła, zwłaszcza w pierwszym akcie, kiedy Nowy Jork zostaje (kolejny raz) potraktowany jako imaginarium deprawacji i przestępczości. Nie jest to nic nowego, ale motoryczna realizacja tego ludzkiego krajobrazu rozbestwienia wypada cudownie, a Aster daje tym popis swej perfekcjonistycznej (kunsztownie wyliczonej i wyegzekwowanej) technice. Świat się wali, narkomani wyobrażają jakąś hordę zombie, Beau się boi, a kamera Pogorzelskiego jest dokładnie tam, gdzie powinna być i ani myśli się pomylić, zrobić niepotrzebny ruch, ominąć którykolwiek z zaplanowanych manewrów. Poza tym bogactwo świata przedstawionego w tej pierwszej godzinie i tak zostawia nam masę detalów i zagadek, które rozwiążą tylko powtórne seanse.

Przeczytaj również:  Trochę zbyt piano – „Pianoforte” [RECENZJA]

Skoro wyróżniłem już pierwszą akt, to powiedzmy o segmentacji tego filmu, którą określają cztery zasadnicze części. Poza wspomnianymi wydarzeniami nowojorskim, mamy pobyt u pewnej amerykańskiej rodziny, sekwencje w lesie, a w końcu wizytę u matki. W trzech przypadkach pewnego typu mieszkanie staje się miejscem centralnym, wyznaczającym Beau horyzont zdarzeń. To paradoksalne, biorąc pod uwagę wszystkie motywy mobilności, które przewijają się w filmie i które sugerują komentatorzy. Bo się boi nie jest przecież standardowym kinem drogi – protagonista nie odbywa podróży, ale raczej jest transportowany z miejsca na miejsce. Sam rzadko zdąża do celu, boi się lub jest niezdolny do podjęcia inicjatywy, a jego plany wciąż są sabotowane przez złośliwe fatum. Wszystkie mieszkania stają się prędzej czy później instytucjami opresji – społecznej, biologicznej, seksualnej i rodzinnej. Niestety Ari Aster ma tendencję do zawężania rozrośniętych (może ciekawszych) wątków, by skupić się na psychologizmie i znerwicowanych afektach. Nie warto rozważać, jak powinno było być, na czym Aster powinien był się skupić, jakie drzwi mógł był jedynie uchylić, a które zagadki pozostawić niewyjaśnionymi. Wypada tylko westchnąć: szkoda.

Joaquin Phoenix w filmie „Bo się boi”
fot. „Bo się boi” / mat. prasowe Gutek Film

W tej zrównoważonej układance jest jednak element, który wyróżnia się: interludium w lesie. Moment eskapizmu dla Beau, ucieczki od znormatywizowanej i opresyjnej rzeczywistości w stronę czegoś wyzwalającego. Leśna sekwencja pokazuje nam alternatywną historię, kiedy edypalna klątwa zostaje zdjęta z bohatera, a on sam ma szansę na życie na całkowicie innych warunkach. Z drugiej strony to niezwykłe doświadczenie dla widza, kiedy obraz wewnątrz obrazu staje się wehikułem przenoszącym w inną narrację, na zupełnie innych zasadach. Przenosimy się w nią dosłownie razem z Beau, który okazuje się tak wątłą i niepewną własnej tożsamości jednostką, że z łatwością ulega immersji (do) obrazu.

Przeczytaj również:  „Dobrzy nieznajomi” – Banał goni banał [RECENZJA]

W tym trzygodzinnym spektaklu ukazany zostaje pewien czytelny obraz ludzkiego życia na skraju załamania nerwowego. I spektakl może być tu słowem kluczowym. Ari Aster kontroluje całe przedstawienie, ale mamy też sporo sugestii co do pewnej performatywnej siły, która rządzi światem przedstawionym. Beau okazuje się głównym bohaterem misternie spreparowanego theatrum mundi, co budzi skojarzenia z podobnie monumentalną konstrukcją Charliego Kaufmana w Synekdocha, Nowy Jork. Tam także protagonista zostaje „zamknięty” w uniwersum zdarzeń, w których jest on jedyną „grywalną” postacią, a ograniczona przestrzeń zyskuje miano metafory – społeczeństwa Stanów Zjednoczonych, życia we współczesnym świecie naznaczonego cierpieniem i niemocą czy też bardzo konkretnego kazusu psychologicznego. O ile Kaufman utrzymuje historię na polifonicznym, nieskończonym planie filmowym, o tyle Aster projektuje matriksa, który wydają się zbyt arytmetyczny, zbyt precyzyjny. Taki, który nie do końca jest wytworem ludzkim, ale też pozbawionym (niezbędnych) organicznych usterek. Innymi słowy, trochę sztucznym i wyreżyserowanym.

Drobne mankamenty nie powinny jednak przesłonić faktu, że kolejny film Ariego Astera to kolejne świetne dzieło, pokazujące, jak ten twórca wciąż poszukuje i wciąż znajduje nowe środki i formy. W przypadku Bo się boi bodaj największym sukcesem jest komizm. Wycyzelowany czarny humor nieustannie wprawia w zakłopotanie, bo najśmieszniejsze interakcje bywają najbardziej tragiczne – słowa uznania przede wszystkim dla Billa Hadera w scenie, która wprawiła mnie wręcz w poczucie winy z powodu tak sprzecznych emocji. Jest to też dowód, że nierozsądne byłoby wpisywaniem Astera w jakieś gatunkowe ramy i ograniczanie go do nich – nawet jeśli rzeczywiście jest czołowym przedstawicielem nowej fali horroru. Rozsądne jest za to śledzenie jego drogi rozwoju twórczego, bo lepiej stać po stronie osoby, która jest w stanie zaryzykować i zrobić coś nowego, niż która trzyma się bezpiecznej, konserwatywnej pozycji. W tym roku można to powiedzieć nie tylko o Damienie Chazelle’u.

Ocena

8 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.