Advertisement
FestiwaleNowe HoryzontyNowe Horyzonty 2022Recenzje

Agrokino o smaku brzoskwini. „Alcarràs” | Recenzja | Nowe Horyzonty 2022

Kamil Walczak
fot. Lluis Tudela, "Alcarràs" / mat. prasowe Nowe Horyzonty

Alcarràs to niewielkie miasteczko w zachodniej Katalonii. Ludzie od pokoleń zajmuje się tu przede wszystkim rolnictwem. Praca wre, zwłaszcza w czasie wakacji, kiedy przychodzą zbiory brzoskwiń, a później winogron. Senior rodu Solé, dziadek Rogelio, pamięta jeszcze czasy wojny domowej, kiedy jego rodzina uratowała majętnych Pinyolów przed czystkami wśród posiadaczy ziemskich. Ci w zamian podarowali im w dzierżawę ładny kawałek gruntu. Ale to przeszłość. Teraźniejszość pokazuje, że prażące słońcem hektary zdobędzie wielki kapitał, panele słoneczne zastąpią owocowe drzewka, a wielopokoleniowe rodziny rozpierzchną się – nie wiadomo dokąd, a już na pewno nie razem.

W filmie Carli Simón chcemy się łudzić, że będzie lepiej, bo czarny scenariusz to tragedia dla głównych bohaterów. Ale w gruncie rzeczy to przecież nie historia znana z filmów, ale z rzeczywistości – wywłaszczani rolnicy od dziesięcioleci tracą swoją ziemią na rzecz nowych inwestycji, przedsięwzięć i projektów. Tragizm Alcarràs polega na tym, że zawieszonym w wizualnej sielance domownikom puka do drzwi współczesność. Choć tak naprawdę wyważa je, bo ciężko negocjować z Postępem.

Są w rodzinie Solé tacy, którzy żyją w zaprzeczeniu, z wierzchu zbyt dumni, by uronić łzę nad swoim losem. Jest Rogelio, naiwnie wierzący, że stara umowa może zostać dotrzymana. Są też i tacy, co idą z duchem czasu – panele słoneczne, mimo posiadanej w Hiszpanii złej prasy (polskim odpowiednikiem byłaby niesławna fotowoltaika), to wcale nie taki zły pomysł, podobnie skitrana w zbożu hodowla konopi indyjskiej. W końcu są także dzieci, na tyle beztroskie, by bawić się, nie wiedząc, kiedy przyjdzie ostatni dzień. Ale wystarczająco świadome zbliżającego się końca, którego zwiastunem są pogłębiające się rodzinne scysje.

Przeczytaj również:  Raport z Gdyni #5
Kadr z filmu „Alcarràs”
fot. Lluis Tudela / „Alcarràs” / mat. prasowe Nowe Horyzonty

Podobnie jak w Lato 1993 niezwykłe i wzruszające są zdjęcia, zwłaszcza gdy kamera śledzi gromadkę dzieci, bliskiego kuzynostwa. Towarzystwo buszuje po opuszczonych bunkrach, działkach sąsiadów, przepastnych polach brzoskwiniowych drzewek, kręcąc się ku czułej irytacji dorosłych. Jednocześnie to jedna z juniorek rodziny Iris jest w stanie poruszyć dziadka, śpiewając starą katalońską piosnkę o zbiorach, nieudolnym bogaczu i obrazie wsi. Krajobraz, który za sprawą rewolucji neoindustrialnej odejdzie w zapomnienie, nawet w tak zapomnianym przez Kapitał regionie jak odgrodzona barierą językową katalońska prowincja.

Warto przypomnieć w tym miejscu, że Carla Simón zdobyła Złotego Niedźwiedzia w Berlinie – a więc nie brakuje tu też zaangażowania społecznego. Jak zwykle w takich przypadkach zastanawia mnie jedynie pozycja, z jakiej festiwalowe jury ocenia takie filmy – pochylając się nad biednymi rolnikami, wpisując ich los w swoją polityczną agendę. Choć paradoksalnie, kiedy Alcarràs pokazuje politycznego pazura, staje się mniejsze, bezpieczniejsze i bardziej wtórne. Wobec portretu rodzinnego rysuje się szerszy problem – rolnicy strajkujący wobec niskich cen skupu, rozrzucający na ziemię tony owoców i obrzucający nimi fasadę samorządowej administracji. To typowy protestacyjny gest, znany także z polskiego podwórka. Oczywiście nie umniejsza to jego dramatyzmowi – zmarnowane setki kilogramów płodów, które z takim trudem wcześniej zbierano, a to tylko po to, by zdobyć rozgłos, by ktoś usłyszał ich krzyk. Problem polega na skrótowości tego wątku, wtłoczeniu go do fabuły dla samego gestu. Siłą poprzedniego filmu Simón było wykreowanie mikrokosmosu, detalicznej obserwacji dziecięcych zabaw, gdzie finalnie szersza ekspozycja nie była potrzebna. Wydaje mi się, że tutaj też nie była.

Przeczytaj również:  Porozmawiajmy o "Io" [PODCAST]

Bodaj największym atutem Alcarràs jest bliskość tej historii. Autobiograficzne podejście Simón doprowadziło ją nie tylko na salony kina artystycznego, ale też do tej ulotnej i niebezpiecznej kategorii autentyczności. Bez wątpienia jest to strategia katalońskiej reżyserki, wciąż pozostającej w rodzimych lokacjach i okolicznościach. Co jednak piękne, jej filmy potrafią też złapać znajome afekty, zależne może od szerokości geograficznej, ale w Polsce jeszcze żywe. Cudowne sceny zrywania owoców, chwil spędzonych z dziadkami, tej niby nierealnej scenerii – niedawnej, ale już dalekiej. I to nie z perspektywy podmiotu–turysty, dla którego agrokultura to atrakcja, ale dzieciaka, który miał przywilej patrzeć na świat, no właśnie, jako dziecko.

Alcarràs to słodko-gorzkie pożegnanie. Słodycz bierze się z poczucia tego, co jeszcze jest; gorycz – z efemeryczności tego bycia, przerywanego wciąż frustracją, wyparciem, lękiem o przyszłość, niemocą. Zwyciężczyni Berlinale udało się stworzyć film piękny, ale naładowany pokładami frustracji i smutku, których nie są w stanie przykryć nawet prostoduszne dzieci, siłą rzeczy wplątane w rodzinne bagno.

Ocena

7 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

„Lato 1993”

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.