Advertisement
Recenzje

“Czas mroku” – Recenzja

Kamil Walczak

Czas mroku

Po zwiastunach trwałem w nadziei, że tytułowy Czas mroku rzeczywiście nadejdzie. Ciemne chmury wzejdą nad Londynem, Dario Marianelli (Pokuta, Duma i uprzedzenie) wkroczy z delikatnym koncertem organowym, a patos będzie w pełni usprawiedliwioną formalnością. Churchill będzie żywą figurą, która podąża swoją drogą, a Joe Wright wyciszy swój film i podda refleksji coś więcej niż złego Herr Hitlera. Oczywiście się myliłem.

Złośliwi (a po tym filmie to nawet ja jestem złośliwy) powiedzieliby, że właściwie już niedawno coś takiego widzieliśmy. Bo lwią część filmu zajmują przygotowania do operacji Dynamo, a jej przebieg przedstawił nam parę miesięcy temu Nolan w Dunkierce. W filmie Wrighta, poza okropną ilością ekspozycji historycznej, poznajemy, jak Churchill został premierem. Począwszy od 10 maja 1940 (bo wtedy według twórców rozpoczęła się II wojna światowa) śledzimy wzburzone rozgrywki polityczne, które mają przesądzić o stanowisku Królestwa wobec Niemców-Nazistów.

Dla miłośników historii zapowiada się coś trochę ponad normę. Na początku sam traktowałem Czas mroku jako wyjątkowo przyjemny guilty pleasure. Bo jasne, scenariusz był pisany na wychodku, śmiertelnie poważne i podniosłe przemowy zaraz są przeplatane ironicznym humorkiem, podczas napiętego chodzenia z pokoju do pokoju zawsze znajdzie się czas na trzecioplanowe pogadanki, a wyrwana z The Crown postać Lily James, o ile ładna, zawsze przeszkadza, czasem nawet scenarzyście, który sam o niej zapomina. Ale krasomówstwo Churchilla, cięty język i ogólna atmosfera, która zwiastuje, że lada chwila Pałac Buckingham spowije niewidziana w historii ciemność to wynagradzają.

Przeczytaj również:  "Maggie" – Co powie ryba? [RECENZJA]

 

Czas mroku

 

Napięcie wzmaga jeszcze konflikt na linii Churchill-Chamberlain-Halifax. Parlamentarne gierki są ciekawe chyba tylko dla hobbystów, bo z czasem film może zacząć nużyć monotonią. Ale największą bolączką jest fakt, że te ambitne wątki nie są wzmocnione przez żadne tajemnicze zagrywki fabularne. Akcja nie jest naturalnie dynamizowana. Wręcz przeciwnie, od połowy Czas mroku staje się czymś tak ostentacyjnie odpychającym, że miło by było wyjść z siebie. Wright, choć myślę, że w dalszym kręgu piekła powinien znaleźć się McCarten, scenarzysta, wypacza monumentalność nie tylko własnej historii, ale i historii Churchilla. Wszystkie gesty stają się ckliwe i naiwne, słyszymy wyświechtane agitacje antyhilerowskie, a największy konflikt w historii staje się tylko przyczynkiem to fali patriotycznego uniesienia. To boli dlatego, że w swojej naiwności nie spodziewałem się aż takiego ciosu.

Z kolei na osobny akapit zasługuje Gary Oldman. Jego rola to jedyny powód, dla którego ten film zapisze się w brytyjskich annałach. Impersonacja Churchilla to dla Oldmana wielki projekt, do którego wyraźnie się przyłożył. Jest żywą figurą woskową (ledwo można dostrzec schowanego za toną makijażu kameleona), nadaje Churchillowi wymiar multilateralny, tworzy z niego jednostkę wybitną, ale odrywa z niego łatkę mitologizowanego herosa, co zresztą utrudnia mu dodatkowo scenarzysta. Niepowtarzalny akcent Brytyjczyka wybrzmiewa tutaj jednak nie jako statua sarkastycznej myśli politycznej, ale duch narodowego pragmatyzmu i uosobienie brytyjskich wartości.

Przeczytaj również:  "Co w duszy gra" - Na kozetce u Pete'a Doctera [RECENZJA]

Zatem proszę o wybaczenie za moją naiwność. Tak, Czas mroku to patetyczny film, który znajdzie posłuch w jeszcze bardziej patetycznym gronie krytyków z Hollywood. Trzeba dodać, że w filmie nie wspomniano ani o polskich obozach, ani o polskiej kampanii. W ramach bojkotu można na film pójść i wyjść w połowie. Bo poniekąd warto.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.