FestiwaleFilmyNowe Horyzonty 2021Recenzje

“Vortex” – Sen we śnie. Recenzja najnowszego filmu Gaspara Noé │ Nowe Horyzonty 2021

Kamil Walczak
Vortex - Festiwal Nowe Horyzonty 2021
fot. kadr z filmu "Vortex" / Nowe Horyzonty

Dario Argento i Françoise Lebrun to wiekowa para. W pierwszej scenie, niemal sielankowej, siadają wspólnie na ukwieconym balkonie w swoim niewielkim mieszkaniu. Razem popijają wino, życząc sobie: Santé! I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że obraz co parę sekund przerywa chwilowy blackout, czarna tablica. Znak rozpoznawczy Gaspara Noé już od “Sam przeciw wszystkim”. Momentalnie wzbiera niepokój. Po chwili słyszymy utwór Françoise Hardy „Mon Amie La Rose” – o ukochanej róży, która czuje, że upada, więdnie. W końcu kadr CinemaScope’u zaczyna dzielić się na pół, z proporcji 2,40:1 przechodząc do 1,20:1, a czarna strużka ekranu rozrywa bohaterów od siebie. Przez ponad dwie godziny trwania filmu “Vortex”, będziemy obserwować dwa równoległe obrazy na podzielonym ekranie.

To jest ten moment, ten moment podziału, kiedy Vortex zaczyna przerażać. Francuski reżyser przyzwyczaił nas do sensorycznego szaleństwa. Do utraty kontroli na rzecz używek i pożądań, do szokowania w jak najbardziej zmysłowy sposób. Także do przerażania widzów, podążania ku granicy transowej ekstremy. Najciekawsze jest właśnie to, że Vortex również przeraża – ale w tym przypadku nie tylko nas, widzów, ale też twórcę. To nie przerażenie szokowe, a raczej szok rozciągnięty w czasie.

Porównania do slow cinema pewnie są uprawnione, ale niepotrzebne. Zestawianie tego z Miłością Michaela Hanekego – tym bardziej ma sens. Lecz w samym obrazie zupełnie nie chodzi o to, żeby szukać luster, w których można go przejrzeć, odnaleźć, etykietować. To po prostu film o umieraniu, o powolnej śmierci, o tym procesie i rytuałach temu towarzyszących, o życiu umierającym. A jest to projekt na tyle autorski – w sensie intymnego zaangażowania – że szkoda go tak skracać.

Przeczytaj również:  Wybitny dokument muzyczny. Recenzujemy "Summer of Soul"

W radiowej audycji, gdzieś w tle mieszkania, słyszymy, że słowo „śmierć” w naszym myśleniu różni się od słowa „zmarły” tym, że to pierwsze jest czymś wzniosłym, jakimś stanem w obrębie życia. A zmarły? Zmarły jest martwy, nie ma żadnego przedłużenia. Dlatego Vortex to ciąg tych stanów: życie–śmierć, połączone przez najbardziej żywotną czynność, czyli umieranie. Françoise umiera przez demencję, coraz mniej i coraz gorzej pamięta, zapomina, mamrocze pod nosem. Ciężko nam ją uznać za poczytalną bohaterkę. Z kolei Dario przeszedł udar i ma problemy z sercem. Nie daje sobie rady z opieką nad żoną, nie potrafi tego łączyć z pracą – a zasłużony reżyser chce przecież napisać książkę o kinie i snach. O kinie, które jest snem i o snach na sali kinowej. Ale ich obojga jest nieuchronnie coraz mniej.

Cała ta historia – film o starszych ludziach, mocno związany ze śmiertelnością i odchodzeniem – nie wzięła się znikąd. Po pierwsze, reżyser przyznaje w wywiadach, że już od paru lat chciał nakręcić produkcję ze starszymi aktorami. Po drugie, od długiego czasu nie ukrywał fascynacji dokumentem – stąd obserwacyjne zacięcie kamery – oraz jego niescenariuszową strukturą. W istocie Vortex jest w ogromnym stopniu improwizowany, oparty na 10-stronicowym zarysie fabularnym. W końcu po trzecie: historia bierze się z prywatnego doświadczenia Noe, z sytuacji w rodzinie, a także własnego przypadku.

Miesiąc temu wstawił on na Instagrama swoje zdjęcie na szpitalnym łóżku z podłączoną aparaturą do oddychania i podpisem: „Brain hemorrhage – Day 11 – Life is better”. Dopiero potem okazało się, że zdjęcie wykonano rok temu, jeszcze przed wybuchem pandemii. Wtedy Francuz dostał udaru mózgowego, a domową rehabilitację odbywał w trakcie lockdownu w 2020 roku. Zrobił detoks, przestał palić, ograniczył sól, oglądał Kenjiego Mizoguchiego. Vortex jest zbiegiem tych wszystkich czynników. Stąd ten przygniatający dysonans między tym filmem, a także pokazywaną w tym roku Lux Æterną, która powstała przecież z pobudek komercyjnych. Jako projekt reklamy dla topowego paryskiego domu mody.

Przeczytaj również:  New Age'owe stworzenia i jak je znaleźć. Recenzujemy „Cryptozoo”
Vortex - Festiwal Nowe Horyzonty 2021
fot. kadr z filmu “Vortex” / Nowe Horyzonty

Brak psychodelii nie powinien jednak kogokolwiek zmylić. To bez dwóch zdań film tego samego Gaspara Noé, który naprawdę kręci coś nowego. Wciąż jednak, jak nikt inny, kręci kino pisane wielką literą i przesiąknięte tym właśnie kinem. Smutek i przerażenie naznaczają Vortex katartyczną siłą, jak najbardziej dosłownym oczyszczeniem umysłu. Do tego dochodzą poruszające afekty, których nie da się nazwać, ale które czuć. W szczególności, gdy postępująca demencja uderza w najbliższych, gdy śmierć przychodzi ot tak, gdy wszystko staje się tylko snem we śnie.

W radzieckim Solaris jest taka scena, kiedy przerażona sobowtórka Hari zdaje sobie sprawę, że nie jest tym, kim Kris chciałby, żeby była – jego żoną, która popełniła dziesięć lat wcześniej samobójstwo. Jej postać została stworzona przez planetę, przez ocean, z jego wspomnień, jest więc projekcją, w której się zakochał. I choć jej pojawienie się jest dla Krisa męką, to jakie to ma znaczenie, skoro jest mu droższa niż wszelkie zjawiska naukowe? Fluoroscencyjny bezmiar oceanu Solaris zaczyna tworzyć wir, z którego nie będzie się dało już wyjść. W tym wirze, zwanym vortex, umierają też w filmie Gaspara Noé. Jest to piękna i straszna śmierć.

Seanse, bilety i więcej o filmie “Vortex” znajdziecie na stronie Festiwalu!

Ocena

9 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.