Mastercard OFF Camera 2019 – TOP 5 Konkursu Głównego

Za nami 12. edycja Międzynarodowego Festiwalu Filmów Niezależnych OFF Camera (26.04 – 5.05.), tym razem pod logotypem Mastercard. Majówkowy festyn kina offowego zwieńczyła gala zamknięcia, która odbyła się 4 maja. Triumfy święcił m.in. Sons of Denmark Ulaa Salima, który Jury Konkursu Głównego (z Allanem Starskim na czele) uhonorowało Krakowską Nagrodą Filmową opiewającą na 100 000$. Z wartą 300.000 złotych nagrodą Kulczyk Foundation festiwal opuścił Jacek Borcuch za swój najnowszy film Słodki koniec dnia, który wszedł właśnie do kin.

Jacek Borcuch wraz z Martią Chabior, producentką “Słodkiego końca dnia” odebrali nagrodę Kulczyk Foundation.

My również byliśmy OFF Camerze i przygotowaliśmy dla was zestawienie 5 najlepszych filmów z Konkursu Głównego, oprawionego tytułem “Wytyczanie drogi”. W line-upie znalazły się debiuty lub drugie z kolei produkcje twórców. Który z obrazów okazał się według mnie najlepszy? Co nowego przyniosły arthouse’owi offcamerowe tytuły? Czy jest na co czekać? Na ten moment wiemy jedynie o planach dystrybucyjnych Królowej kier (polska premiera już 7 czerwca), a o dostępności innych ciekawych pozycji będziemy was informowali na bieżąco!

Zobacz również: “The Act”, czyli serial o tragedii, która nie miała prawa się wydarzyć [RECENZJA]

Do zestawienia wybrałem 5 strawnych i dobrych filmów, które pozostały jakoś we mnie na dłużej. Niestety, nie ma wśród nich zwycięzcy festiwalu, czyli Sons of Denmark. Political fiction Duńczyka nie jest według mnie czymś wartym szczególniejszej uwagi, to widowisko zaledwie poprawne i w bardzo prosty sposób upolitycznione, na czym wyraźnie traci antyekstremistyczny przekaz. O Synach Danii będziecie jednak mogli jeszcze u nas przeczytać wkrótce…


5. Monsters and Men (2019), reż. Reinaldo Marcus Green (debiut)

Wbrew moim oczekiwaniom, nie była to muzyczna biografia sci-fi (oby kiedyś taka powstała…). “Potwory i ludzie” to również, wbrew tytułowi, niespolaryzowana i skrajna opowieść o konflikcie z władzą. W swoim debiutanckim obrazie Green rysuje konflikt rasowo-systemowy, konflikt funkcjonariuszy policji ze społecznością afroamerykańską, w nader obiektywnych barwach. Film dzieli się idealnie na 3 segmenty, skupiając się na trzech bohaterach: Mannym (Anthony Ramos), Dennisie (John David Washington) oraz Zyricku (Kelvin Harrison Jr.). Stymulatorem ich losów staje się przypadkowa śmierć szanowanego na Brooklynie czarnoskórego mężczyzny. Zostaje on postrzelony przez policjantów. Manny wszystko nagrał, Dennis jest policjantem, a Zyrick, choć stoi przed sportową karierą, chce zostać aktywistą i stawić czoła dyskryminacji rasowej. Każdy z bohaterów staje przed życiowym wyborem, wyborem, który determinuje całe jego środowisko. To pytanie o afirmację niesprawiedliwości lub stawienie czoła problemom, które reżyser immanentnie zapisuje w ich tożsamość.

Nie jest to jednak jednostronne widowisko – i to właśnie konstytuuje wagę Monsters and Men. Autor nie ukrywa, że świat jest szemrany, stereotypy czasem prawdziwe, a konflikty tożsamościowe – przepełnione goryczą i nieustannymi pytaniami, czy warto, czy trzeba, czy powinno się. Protagoniści stają przed klasycznymi dylematami, rozprawiając nad oddzieleniem sfery publicznej od prywatnej, bezpieczeństwa od honoru, kariery od wiary. Samo zastanowienie zdaje się tutaj ważne, zwłaszcza jako filmowy zew do refleksji.


4. Królowa kier (2019), reż. May el-Toukhy (drugi film)

Pod pewnymi względami to najbardziej wzorcowy film tego festiwalu. Szkatułkowy dramat o romansie młodego i trudnego nastolatka Gustava z jego macochą Anne. Chłopak ucierpiał na rozwodzie swojego ojca Petera, a w swojej kontestacji status quo jest dosyć ostentacyjny. Kobieta z kolei jest prawniczką, zajmuje się sprawami nieletnich, którzy padli ofiarą molestowania. Jednak z obrońcy Anne sama staje się predatorem i coraz bardziej wykorzystuje pasierba dla zaspokojenia własnych potrzeb i ulżenia sobie w kryzysie. Zresztą, więcej o tym aspekcie tej produkcji pisał Szymon w naszej recenzji, do której lektury gorąco zachęcam!

Mnie osobiście Królowa niebywale uwierała. To ciężki, bezduszny seans. Wynika to nie tyle z poczucia jakiejś głębokiej niesprawiedliwości tej historii, ale z przyjętej estetyki, pragmatycznej narracji i emocjonalnej drętwoty. Ten chłód przypadnie zapewne do gustu fanom kinowej skandynawistyki, lecz dla mnie pokaz na czele z duńską Claire Underwood (Trine Dyrholm) okazał się doświadczeniem zdecydowanie zbyt wyczerpującym. Ale taki powinien być – poczucie wytartej szmaty macie już zapewnione.

Recenzja Szymona tutaj.


3. Extra Ordinary (2019), reż. Mike Ahern, Enda Loughman (debiut)

Rose jest instruktorką nauki jazdy, a przynajmniej próbuje być. Nie chce już być specjalistką ds. nadnaturalnych – nie po tym, co stało się z jej ojcem, kiedy była mała. Jej samotność i pożogę monotonii wywraca jednak Martin, ojciec nastolatki i wdowiec, który dalej żyje ze zmarłą żoną pod jednym dachem. Ich niezręczne zaloty krzyżują się z próbą powrotu na szczyt Christiana Wintera, rockowego jednostrzałowca, który po hitowym kawałku od paru lat próbuje ukończyć swój album. Wzywa więc na pomoc siły piekielne.

Extra Ordinary to z jednej strony wariacja na temat maści wszelakiej opowieści o duchach, ze szczególnym uwzględnieniem Ghostbusters. Reżyserzy zgrabnie rewitalizują wyjęte z szafy wzorce i motywy, odwołują się do stylizowanych, ejtisowych nagrań paradokumentalnych o białych prześcieradłach wśród nas, ale też klasyki satanizmu – końca świata, paktu z diabłem, ofiary z dziewicy, tego typu rzeczy. Z drugiej strony to humor zaczerpnięty ze skarbnicy Taiki Waititiego i jego Co robimy w ukryciu, przemeblowany na modłę irlandzką. Stąd mamy znakomitą, niezręczną relację nierozgarniętego Martina (trochę przypominającego tutaj Lestera Nygaarda z Fargo) i nieśmiałej Rose, która wstydzi się swojego braku doświadczenia romansowego. Wyspiarski rodowód twórców nadaje tej produkcji zasłużonej rubaszności, która wpada niestety czasem w niesmak i pustą śmiechawę o seksie.

Bardzo liczyłem na nagrodę publiczności dla tego filmu, lecz głosowanie wśród widzów wygrała “Zabawa, zabawa”. Niemniej była to jedna z najprzyjemniejszych projekcji podczas tegorocznego festiwalu, opiewająca w żarty, dramatyzm i chyba przede wszystkim – pomysłowość realizatorów. Absurd goni tutaj absurd, medium komunikuje się z koszami na śmieci, zmarła żona napomina o zaległych rachunkach za samochód, a prawdziwa miłość może jeszcze uratować świat.


2. Wilkołak (2018), reż. Adrian Panek (drugi film)

O Wilkołaku mogliście już u nas przeczytać w październiku, gdy Szymon recenzował dla was premierę z FPFF w Gdyni. Ja miałem okazję zobaczyć dzieło Panka dopiero na OFF Camerze, gdzie, jako drugi film reżysera, znalazło się w Konkursie Głównym. Jestem w pełni świadomy wad tego typu kina w Polsce: to nachalne efekciarstwo, groteskowe jumpscary, nimb zadufanego strachu (przez ciemne filtry i charakteryzację film z miejsca pozuje na horror) i to wydłużone slow-motion. To skutki drętwoty rodzimego kina gatunkowego, które z samego faktu istnienia naraża się na niebezpieczeństwo wyśmiania. Ale w tej historii o dzieciach tuż po obozowej hekatombie jest coś, samo w sobie, przerażającego. Ponadto, coś, czego w polskim kinie nie widziałem od dawna.

Zobacz również: “Gra o tron” – S08E05, czyli jak kurtyna powoli opada [RECENZJA]

Film nie bez kozery zdobył nagrodę Jury Młodych. Dobra, ja byłem tą kozerą. Ale autentycznie przyznaję, że Wilkołak to jeden z najbardziej oryginalnych polskich filmów tej dekady. Koncept wydaje się niby prosty, to szemrana metafora esesmańskich psów skorygowana z deprawacją człowieczeństwa wśród ocaleńców. Pankowi udało się odnaleźć sensy w dziwacznym półświatku straumatyzowanych dzieciaków, nadać ich doświadczeniu znaczenia metafizycznego. Doświadczenie Holocaustu i nazistowskiej tresury to dla bohaterów nie tylko zespół stresu pourazowego. Zdają się oni żyć tym koszmarem, tak jak postać Władka aplikować do życia codziennego zasady darwinizmu społecznego, w myśl których przeżyje najsilniejszy.

Wilkołak to w końcu pokaz szaleństwa, dziecięcej degrengolady, sznytu kina grozy, które nie operuje tylko skaczącymi straszakami, ale chyba przede wszystkim przerażającą historią, rozgrywającą się w głowach młodzieży. Opuszczony pałac, niby-sierociniec, to azyl dla przepoczwarzających się lęków bohaterów. Filmowe wilczury to tylko poza, ich schemat działania jest, realnie rzecz biorąc, irracjonalny, a bezwzględna metafora całości może wydać się oczywista. Zresztą, nasze postrzeganie tej historii przez pryzmat stricte drugowojenny też jest uzusem naszej kultury i tradycji, Panek starał się podkreślać uniwersalności samej opowieści. Jednak argumentowałbym, że siłą reżysera jest to, jak mocno wchodzi w traumy bohaterów, jak bardzo czyni z tego pewien fetysz, nie popadając przy tym w absolutyzowanie cierpienia i radykalizm per se.  Reżyser nie daje jednak obrazu nihilistycznego pesymizmu, widzi nadzieję w człowieku, nadzieję w tym, że nasze instynkty i odruchy prawdziwie konstytuują nas jako ludzi.

Tu również recenzja Szymona, choć zdanie raczej z drugiej strony osi…


1. Páfsi / Pause (2018), reż. Tonia Mishiali (debiut)

Suchość pochwy, bezsenność, bóle głowy, migreny, depresja, bóle mięśni, zmęczenie, nadmierna potliwość, problemy z oddawaniem moczu, nietrzymanie moczu, infekcje intymne, wzdęcia, zaparcia, uderzenia gorąca, drażliwość, problemy z pamięcią, drętwota kończyn. To menopauza, nie ma się czego obawiać. Coś takiego usłyszeć może Elpida, bohaterka pełnometrażowego debiutu Cypryjki Tonii Mishiali. Kobieta wchodzi w okres przekwitania, mieszkając dalej z autorytarnym i potrzebującym opieki mężem, który na patriarchalną modłę rządzi domem. Między małżonkami erozji ulegają kolejne problemy, od głośności telewizora przez czosnek w jedzeniu aż po sprzedaż  jednego z samochodów, bo z czegoś muszą żyć na tej nędznej emeryturze. Protagonistce koloru dotrzymuje zakręcona przyjaciółka, której dalej w głowie nocne imprezy i eksperymenty u kosmetyczki, i córka wraz z wnuczką, którą w końcu ma szansę zobaczyć na ekranie laptopa.

Elpida to podobno po grecku “nadzieja”. W filmie to nadzieja z ducha feministyczna, na silną kobietę, która klasycznie postawi się tyranowi i opresorowi, jak wytopiona z mosiądzu figura po prostu wyrzuci z siebie niesprawiedliwość. Albo, przynajmniej, nadzieja ta będzie podtrzymywała ją w uporze. Niemniej jest w Pafsi coś wyjątkowego, wyraźnie wyróżniającego na tle podobnych historii. Protagonistka, targana menopauzycznymi schorzeniami i latami doświadczenia, nie jest zdolna do działania ad hoc. Targana głęboką frustracją, powinna ewoluować w jednostkę wolną od formalno-małżeńskich powinności. To jednak emanacja kobiecości w postaci niezwykle autentycznej, kobiecości dbającej o bliskich i zastanawiającej się 5 razy przed podjęciem poważnej decyzji.

Zobacz również: “Five Feet Apart”, czyli “Trzy kroki od siebie” [RECENZJA]

Dla niektórych Elpida może cierpieć na syndrom sztokholmski, a jej niebezpieczne halucynacje to próba wyrwania się z drętwoty własnego żywota. Albo to hormony. Z uporem freudowskiego seksuologa mógłbym próbować diagnozować dylematy i sprzeczności bohaterki, której marzy się fatalny romans z 30-letnim hydraulikiem albo zabójstwo męża. Film mówi jednak sam za siebie. Skutecznie łączy czarny humor, koncepcyjną perspektywę kobiety i tworzone przez nią projekcje, po pewnym czasie coraz bardziej zapętlające się z rzeczywistością ekranową. Pause jest świeże, dostarcza bardzo ciekawej optyki osoby represjonowanej, nękanej, troskliwej, a jednocześnie zakleszczonej we własnych przeszkodach fizjologicznych. Zdecydowanie najsmaczniejszy film o menopauzie, jaki widziałem.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.