„Śmierć Stalina” – Recenzja

O filmie dystrybutor rzecze: „Dobra zmiana to przeżytek” – bo oto nadchodzi zmiana totalna, zakręcona i niebezpieczna. Kiedy po tytułowej śmierci Czerwonego Kata najwyżsi członkowie partii komunistycznej stają w szranki o sukcesję, Armando Ianucci rozpoczyna brytyjski zamach stanu. Ze swoimi żartami i gagami  zdarza mu się chybiać, ale zgodnie z dyrektywą samego Stalina: “Ani kroku wstecz”.

Według współczesnych badań, największą bolączką wszelkich systemów autokratycznych i totalitarnych jest nieuzgodniona zasada następstwa tronu. Tak więc kiedy w potężnym Związku Sowieckim towarzysz Stalin odchodzi na łono Lenina, kolejka chętnych do zajęcia jego miejsca jest bardzo długa.. Jego najbliżsi współpracownicy: Beria (Simon Russell Beale), Mołotow (Michael Palin), Chruszczow (Steve Buscemi) oraz Malenkow (Jeffrey Tambor) rozpoczynają rywalizację o władzę. Starej gwardii próbuje przeszkodzić nierozgarnięty Stalin Junior (Rupert Friend), a w pogotowiu znajduje się panujący nad armią Żukow (Jason Isaacs) z obwieszoną orderami piersią.

Śmierć Stalina
fot. kadr z filmu “Śmierć Stalina”

Utrzymaną w brytyjskim sznycie komedyjkę Ianocciego najlepiej oglądać z pewnym dystansem, zwłaszcza mając na uwadze fakt, że przeciętny Polak trochę inaczej odbiera Związek Radziecki (i także ma nieco większe pojęcie o tym chwalebnym kraju) niż przeciętny zachodni widz, do którego film jest adresowany. Bo o ile można zrozumieć fakt, że scenariusz miał być z założenia płytki, a świat przedstawiony intencjonalnie ukazany jako siermiężna groteska systemu sowieckiego, to trudno oprzeć się wrażeniu, że to za mało. Brytyjski humor, oparty tutaj na trochę dziecinnej zabawie cyrylicą i zataczających koło żartach o sowieckim zamordyzmie i atmosferze śmierci, jest, niestety, dość wybrakowany. Brak tu polotu i powagi, które wyważyłyby beztroskę i lekkość luźnej adaptacji historii. Niewyczuwalna jest waga konfliktu między pretendentami do tronu, choć celowym zabiegiem reżysera mogło być uproszczenie tego sporu. Śmiertelna gra sowieckich tuzów, podsycana przez wszechwładne siatki NKWD Berii, powinna łączyć rozrywkę z dramatyzmem i napięciem. Tymczasem splątana w konwulsjach przeakcentowanego humoru Śmierć Stalina jest zbiorem skeczów, które silą się na skondensowaną akcję.

Nie zmienia to faktu, że czerpałem dziwną przyjemność z seansu. Nie powala on może płynnością, ale łączące się ze sobą epizody współgrają i raczej nie zaburzają zwykłej absurdalności, na którą tak silą się twórcy. Swoją drogą, ignorancja Brytyjczyków to niebywały fenomen. Upraszczanie wydarzeń historycznych, na które powołują się twórcy i układanie z dosłownych scen ogólnikowej charakterystyki totalitaryzmu (które są, szczerze mówiąc, o kant dupy rozstrzał) zdają się zajmować poślednie miejsce przy werwie ciętego czarnego humoru, utarczek słownych, ironizacji wszystkie we wszystkim.

Choć nie wiem jak bardzo bym się upierał i jak bardzo nie dzieliłbym włosa na czworo, to czy tego chcę czy nie chcę, seans Śmierci Stalina jest w swoich ramach satysfakcjonujący. Dostarcza paru faktów historycznych i anegdotek, dobrze przedstawia trochę karykaturalne sylwetki radzieckich szych i bawi, mimo że często to gęste i głęboko ironiczne suchary.

Śmierć Stalina
fot. kadr z filmu “Śmierć Stalina”

Bodaj najlepszym aspektem filmu Ianocciego jest mistrzowska obsada, uhonorowana nawet nagrodą BAFTA. Simon Russell Beale portretuje samego Berię z zimnokrwistym instynktem i opętaniem, pomieszanym z grubaśną rubasznością. Buscemi błyszczy polityczną smykałką (jak już to robił w Zakazanym imperium) i dodaje też od siebie  radziecką absurdalność, Michael Palin dalej się nie wypalił i wtrąca swoje dwa, wyjątkowo groteskowe grosze. Muszę zwrócić też uwagę na Jeffreya Tambora, który Malenkowa, teoretycznego następcę Stalina, niemającego pojęcia co się dzieje, kreuje jako postać o wyjątkowo ciepłym jak na krwawy Kreml zacięciu. Jego naiwność i serwilizm razem z resztą grzesznego składu Komitetu Centralnego jawią się widzowi jako prawdziwie unikalny i zabawny skład. Dodając do tego ekscentryczną rolę Ruperta Frienda i bitny rosjanizm Jasona Isaacsa, otrzymamy mieszankę, dla której naprawdę warto wybrać się na film Ianocciego.

Gdybym miał stawać w szranki o dobre imię Stalina, nie byłoby problemu. Ze Śmiercią Stalina mam już jednak wątpliwości. O ile ciężko tego filmu bronić w obliczu gradu wyrafinowanych argumentów (Beria wcale nie był taki gruby) i miejscami szczerze żenującego humoru, można tę brytyjską produkcję brać i nic się nie bać. Aktorskie kreacje, Kreml vibes i stalinowskie danse macabre sprawiają, że skrycie lubię to urocze i trochę pobłażliwe filmidło.

 

3/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.