48. Festiwal Polskich Filmów FabularnychFestiwaleFilmyRecenzje

Zwycięzca 48. FPFF: „Kos” – Niewolnik i pan [RECENZJA]

Kamil Walczak
fot. „Kos”
fot. „Kos” / mat. prasowe

W polskim kinie historycznym nader rzadko sięga się poza horyzont XX wieku. Sprzyjają temu kolejne rocznice, wspierana przez państwo polityka historyczna i archiwistyczna wygoda (zachowane pamiętniki, dokumentacje i inne źródła). Z drugiej strony na niwie naukowej coraz częściej powraca się do wątków wcześniejszych, dotyczących I Rzeczpospolitej, w poszukiwaniu genealogii chłopskości. Nurt historii ludowej odczarowuje mokre sny o wolności szlacheckiej, sugerując mniej lub bardziej wyraźnie, że ustrój pańszczyźniany był lokalną formą niewolnictwa. Z kolei „nasza” wielka Rzeczpospolita to jedynie zacofany gospodarczo kolos, w którym władzę sprawowała banda indolentnych egoistów. Kos dzieje się w 1794 roku. I my już dobrze wiemy, że jest za późno.

Tadeusz Kościuszko (Jacek Braciak) i jego kompan Domingo (Jason Mitchell), były niewolnik z amerykańskich plantacji, przygotowują się do rozpoczęcia powstania. Problemem nie jest jednak nakłonienie do niego samej szlachty (tej nie-targowickiej), a licznego chłopstwa z ziem folwarcznych. Polscy możni chętni są do bitki, choćby „tu i teraz”, ale ich zdaniem chamy będą tylko przeszkadzać. Równolegle Ignac (Bartosz Bielenia), chłop z folwarku Duchnowskich, stara się o nobilitację, obiecaną mu przez pana w testamencie. Ich losy oczywiście zbiegną się, doprowadzając do spektakularnej konfrontacji chłopstwa, szlachty i rosyjskiego okupanta, który w osobie rotmistrza Dunina (Robert Więckiewicz) tropi wodza przyszłej insurekcji.

Pierwotny tytuł filmu na podstawie scenariusza Michała A. Zielińskiego brzmiał: Kos – western kościuszkowski. I okazuje się, że nie jest to wyłącznie sugestia interpretacyjna. Gatunkowy sznyt zdradza już skrypt, a stawkę podbija realizacja Pawła Maślony. Wyjęty spod prawa bohater walczy o dziejową sprawiedliwość. Jest ścigany przez zaborcze siły rosyjskie i niesprzyjających mu magnatów. Za wzięcie go żywcem obiecano sporą nagrodę. Czekają go ucieczki, chowanie się, przeprawy na koniu, dorożką i pieszo przez połacie małopolskiej prowincji. Nie warto psuć zabawy porównaniami i możliwymi cytatami z innych dzieł, które się tu pojawiają. W Kosie z pewnością sprawnie realizuje się konwencja – nie w formie prostego odtwórstwa, lecz z zachowaniem idiosynkrazji polskich realiów i zgryźliwego, rewizjonistycznego humoru.

Rewizja dotyczy głównie szlachty. Jej przedstawiciele to ludzie często przesiąknięci pogardą względem chłopów, upojeni władzą nad drugim człowiekiem. Niestety wypada to niekiedy karykaturalnie, zwłaszcza w przypadku postaci Łukasza Simlata i Piotra Packa. Zwłaszcza ten drugi, dla ukazania zdegenerowania młodego Duchnowskiego, ucieka się do przesady i przegięcia. Czasem swoją postacią wprost sugeruje pewną zniewieściałość przez modulację głosu i specyficzne gesty. Swoje dodają też znane z tamtych czasów oświeceniowe fatałaszki i peruka.

fot. „Kos”
fot. „Kos” / mat. prasowe

W opozycji do magnatów występuje Kościuszko. Powielona zostaje w ten sposób narracja o bohaterskości i uniwersalności jego postaci. Nie mówię, że to obraz fałszywy, ale z pewnością zmitologizowany. Z wyswobodzonym z niewoli Domingo u boku, „Kos” niesie wieść o prawdziwej wolności i równości. Przekonuje szlachtę, że tylko z pomocą chłopów mogą cokolwiek wskórać, a własnymi szabelkami wyszarpią co najwyżej kolejną przegraną. Wiadomo, że tego typu film w pewien sposób transponuje przeszłość/historię. Różne kwestie i hasła o zacięciu politycznym czy patriotycznym pobrzmiewają współcześnie jako komentarz społeczny. Przy prostym odczytaniu to głos o trwającej od wieków „wojnie polsko-polskiej”, nieustannej kłótni, ale też o moskiewskim imperializmie, którego idea miru pod rosyjskim butem trwa już od stuleci.

Wolałbym jednak czytać Kosa quasi-historycznie: jako fatalistyczną opowieść o nieuchronnym upadku. W filmie nie przebija się wielka narracja; jest to w gruncie rzeczy dość kameralna historia, której służy trzymanie się niewielkiego horyzontu czasowego (choćby dlatego, że na spektakularne kino epickie nikogo nie byłoby stać). Bo chodzi o to, że my wiemy, co stanie się w 1794 roku, co stanie się rok później i jak XIX wiek będzie próbą dojrzewania do postawy, którą jako osoba z klasy wyższej zrozumiał Kościuszko. Że jeśli w ogóle była wtedy mowa o narodzie, to o narodzie panów. Że jeśli poderwać chłopów do walki o fantomowe państwo, to tylko obietnicami ekonomicznymi. Myślę, że za osiemnastowiecznym kostiumem kryje się właśnie to: historia o elitach, które lubią tę walkę o własne przywileje, i klasie niższej, która nie miała w tym żadnego interesu.

Nie chciałbym jednak pozostawić czytelnika z takim uczuciem zgorzknienia. Kos jest przecież produkcją znakomitą i przemyślaną. Akcja sukcesywnie prowadzi do zwarcia, łącząc kino akcji z kinem przegadanym. Podobnie jak w Ataku paniki zmierzamy do erupcji, eksplozji, która rozsadzi całe napięcie, połączy nagromadzone wątki i pozwoli zrzucić maski. Ale przed tym czeka nas prawdziwa gratka rozmowy pełne przytyków, osobistych aluzji i fałszywych uprzejmości. Dialogi są świetnie napisane, żarty trafiają wtedy, kiedy trzeba, co jest zasługą znakomitego składu aktorskiego, ale także wydźwięku meta. Nie postawiono na wygłupy w postaci archaizowania języka, co w przypadku takiego filmu tylko zwalniałoby tempo i gubiło lekkość.

Ta edycja gdyńskiego festiwalu jest niezwykle „chłopska”. Kos, mimo że przywiązany do westernowych klisz, nie gubi tego ludowego ducha. Opowiada zgrabnie i porządnie o przeszłości i wizji teraźniejszości – ale na szczęście nie tej doraźnej. Swoim drugim filmem, wobec którego oczekiwania były ogromne, Maślona zabłysnął i pokazał, że jest w Polsce nadzieja nie tylko na kino gatunkowe zrobione umiejętnie, ale też na kino scenarzystów, którzy naprawdę mają coś do opowiedzenia.


korekta: Ula Margas

Ocena

7 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.