FilmyRecenzjeStreaming

„Time” – Miara odbytego czasu [RECENZJA]

Kamil Walczak
fot. kadr z filmu "Time"

Dokument Garrett Bradley, począwszy od festiwalu w Sundance, a na sezonie oscarowym skończywszy, zbiera nagrody i laudacje amerykańskiej krytyki. W gruncie rzeczy to przecież żadne zaskoczenie – film wprost wpisuje się w narracje o systemie więziennictwa w USA i zjawisku nazywanym mass incarceration. Dobrze podsumowuje to taka konstatacja: choć populacja Stanów Zjednoczonych stanowi ledwie 5% populacji świata, to więźniowie w tym kraju stanowią 25% więźniów na całym świecie. Problem ten zarysowała Ana DuVernay w XIII poprawce, netflixowym dokumencie, który platforma udostępniła za darmo na Youtubie. Poza tym film DuVernay jest istotnym punktem odniesienia w temacie więziennictwa wśród czarnych, bez względu na jakość samej produkcji. Mając tego świadomość, jak wygląda big picture, Bradley postanowiła skupić się na indywidualnym doświadczeniu Fox Rich, matki szóstki dzieci, byłej skazanej, abolicjonistki, która od 20 lat żyje bez męża.

Time wyraźnie zakleszczony jest w dyskursie mass incarceration, przez co skłania nas do sądzenia podług pewnych oczywistości. Postaram się naszkicować tę historię: w 1999 roku Fox i jej mąż Robert mieli problemy finansowe, chcieli otworzyć pierwszy w mieście streetwear shop. Postanowili obrabować bank, co szybko skończyło się aresztowaniem. Fox przyjęła ugodę z prokuratorem, przez co jej odsiadka trwała tylko parę lat, z kolei Robert został skazany na 60 lat więzienia. Na początku zostawili najstarszego syna, Remingtona, później byli jeszcze bliźniacy Justus i Freedom, potem jeszcze trójka synów. Fox od lat stara się o wypuszczenie Roberta, każdy kolejny rok to kolejne wnioski, prośby, dokumenty, telefony w oczekiwaniu na rozstrzygnięcie sądu. I kolejne zawody. Wciąż upływa czas, dzieci dorastają, a nadzieja niezmiennie się tli.

W tym portrecie rodziny Richów nie ma szukania głębszej motywacji do przestępstwa, nie za bardzo pojawiają się też argumenty o społecznym tle przestępczości w czarnych społecznościach – mogą to być oczywistości dla zorientowanych, ale niżej napiszę, że może to być również wada. Marginalny jest wątek skruchy czy żałowania za popełnione czyny (bo żeby była jasność: mowa jest o czynie zawinionym). Reżyserka skupia się głównie na wątkach personalnych, osobistych, wręcz intymnych, do czego służą cenne, rodzinne nagrania VHS, których Fox użyczyła do filmu. Dzięki nim mają miejsce piękne paralele wizualne między przeszłością a teraźniejszością, między dzieciństwem synów naznaczonym bezojcostwem i wychowywaniem przez matkę a wkraczaniem w dorosłość.

Przeczytaj również:  "Hiacynt" - PRL-owskie noir oczami Domalewskiego | Recenzja | Nowe Horyzonty 2021

Główna bohaterka pokazuje nam właściwie swoje dwa oblicza: z jednej strony jest Fox Rich, abolicjonistką, która opowiada i namawia, by nie porzucać nadziei, nie dać się stłamsić w więzieniu – instytucji de facto niewolniczej (vide XIII poprawka: Nie będzie w Stanach Zjednoczonych lub jakimkolwiek miejscu podległym ich władzy ani niewolnictwa, ani przymusowych robót, chyba że jako kara za przestępstwo, którego sprawca został prawidłowo skazany); z drugiej strony jest Sibil Richardson, matka, żona, która niezmordowanie pragnie, by mąż w końcu wrócił do domu. Jest gotowa znosić wszelkie biurokratyczne procedury, monotonne prośby i kurtuazyjne formuły, drogich prawników i bolesne rozczarowania, by dowiedzieć się czegokolwiek o decyzji sędziego – i procedurę tę powtarza rokrocznie, staje się ona częścią jej życia, ale nie rutyny, bo wierzy, że jest w niej metoda.

fot. kadr z filmu “Time”

Dla Bradley to nie pierwsze spotkanie z tematem więziennictwa i jego pochodnych. W 2017 roku w ramach serii dokumentalnych shortów dla New York Timesa nakręciła Alone, krótki film o kobietach, które wciąż chcą wyjść mąż, choć ich narzeczeni znajdują się za kratkami. Wtedy reżyserka skupiła się na pewnym detalu, pięknie wyeksponowanych emocjach, samotności i nieustępliwości, niejako w opozycji do systemu. Te wątki afektywne udało się rozwinąć w pełnym metrażu Time: rodzina Richardsonów (Richów) jest organizmem niezwykle silnym, spójnym i wspierającym się nawzajem. Idealnym tego przykładem są niewyraźne, ograniczone czasowo rozmowy Fox z mężem na głośniku – sygnał przerywa, ktoś czegoś nie usłyszy, ale niegasnące od dwudziestu lat uczucie między obojgiem jest niepodważalne. Tym piękniejsze są przez to ostatnie sceny filmu, choć kamerze, wbijającej się w środek czegoś bardzo osobistego, nie udaje się zręcznie odnaleźć w sytuacji – to chyba odwieczny problem takich dokumentów.

Przeczytaj również:  "Najmro" – Aleją gwiazd | Recenzja | Nowe Horyzonty 2021

Rzecz jasna z Time jest trochę problemów. Zacznę od wspomnianego już kontekstu mass incarceration. Jakkolwiek częste są tu głosy o niesprawiedliwości i niewolniczym systemie więziennictwa, to Bradley, znajdując w tym systemie kazus Richów, za bardzo uległa samej historii. Widzom, zwłaszcza tym nieamerykańskim, brakuje argumentów za tym, że wymiar sprawiedliwości rzeczywiście jest rasistowski, a filmowe głosy pełne pretensji pozostają niejednoznaczne w świetle jednak zawinionego czynu. W jednej ze scen w swoim kościele Fox Rich zwraca się do swojej parafii i przeprasza wszystkich, za to, co się stało, ale narracja filmu tworzy dziwne napięcie między przestępstwem a odsiadką. Słowem, na polu problemu systemowego Time nie jest przekonujący, a jeśli jest, to raczej dla już przekonanych.

Nie bez powodu serię Op-Docs rozwija się jako Opinionated Documentaries, czyli „uparte/zawzięte dokumenty”. Time to w gruncie rzeczy rozwinięty Op-Doc, utrzymany zresztą w podobnej, czarno-białej konwencji co Alone, podobnie subiektywny i przekonany o swojej opowieści. Stąd zapewne dla niektórych opowieść nie będzie zbyt wartka, wybrane nagrania okażą się bezcelowe, a podjęte przez twórców decyzje – niezrozumiałe. Ja sam po zobaczeniu tego filmu w topowych zestawieniach za 2020 rok spodziewałem się więcej niż interpretacyjnych elaboracji amerykańskiej prasy.

Czas jest zmianą, jest czymś nieodwracalnym, jest też czymś cennym. Wydaje mi się, że Bradley udało się uchwycić przynajmniej cząstkę tego czasu w Sibil – jak stała się dojrzałą kobietą, która potrafi walczyć o swoje, przeprowadzić rewolucję wewnątrz siebie (jak mówi o tym Garrett Bradley w wywiadzie z Aną DuVernay), nie dać się przeciwnościom i nie dać innym definiować swojego życia przez fatalne błędy przeszłości. Ale Time faworytem w sezonie nagród jest raczej za mniej lub bardziej subtelną krytykę więziennictwa, a dopiero na drugim miejscu za te wymiary afektu, czasu i straty, do których mimo wszystko więcej trzeba dopowiedzeń ex post, niż film rzeczywiście sam przedstawia.

Ocena

6 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.