“John Wick” prawem, nie towarem [FELIETON]

Mamy rok 2014. Ekrany kin podbija pierwsza część Kosogłosu z serii Igrzysk śmierci. Marvel Cinematic Universe jest właśnie w fazie drugiej, a wyniiki w box-office’ie śrubują Zimowy żołnierz czy Strażnicy Galaktyki. Ton seryjnego kina akcji dalej w jakiś sposób podtrzymuje Jason Bourne, choć ostatnia część, Dziedzictwo Bourne’a (2012), spuściła raczej z tonu. I jasne, klasyczne akcyjniaki dalej powstają, a męskie historie z tatusiowymi żartami (podobno) dalej są hot, co potwierdza przecież seria Niezniszczalni.

Zobacz też: “John Wick 3” – Zakochać na zabój [RECENZJA]

Z tego gatunkowego betonu wyłaniają się: Chad StahelskiDavid Leitch. Obaj są zawodowymi kaskaderami i zaprawionymi w boju “gośćmi z zaplecza” – tymi, o których w przemyśle filmowym się nie mówi, a jedynie przyjmuje za pewnik. Pierwszy z nich był też dublerem Neo na planie Matriksa, drugi – wygrał wraz ze swoją ekipą Nagrodę Gildii Aktorów Ekranowych za epickie wyczyny w Ultimatum Bourne’a. Do projektu napisanego przez Dereka Kolstada o emerytowanym asasynie, który zmaga się ze śmiercią swojej żony, dołącza Keanu Reeves. To właśnie jego Stahelski dublował w filmie Wachowskich. Już w proweniencji Johna Wicka zasadza się sedno całej sprawy. Oczywiście nikt z tych panów nie sądził, że franczyza rozwinie się w uniwersum z ambicjami na kolejne sequele i spin-offy. Zatrzymuję się zatem przed pięcioma laty i zastanawiam się: czemu to zadziałało tak dobrze?

John Wick
Chad Stahelski, Keanu Reeves i David Leitch na planie “Johna Wicka”.
Technokracja

Jakkolwiek brzmi to na wyrost, John Wick został stworzony przez profesjonalistów w swoim fachu. Z bardziej sceptycznej perspektywy, można się zastanawiać, na ile formuły wykorzystane w tej serii odbiegają od standardowych (re)produkcji pościgów i wybuchów, na ile Wickowskie bijatyki są lepsze od tych operowanych przez Jasona Stathama. Jako widzowie, którzy są świadkami jedynie postprodukowanych miraży akcji i, zakładam, niewykwalifikowanych w sztukach walki, zdajemy się na nasze najprostsze, kinetyczne zmysły.

Ekipa Stahelskiego gwarantuje nam ten sui generis realizm kolejnych uderzeń, przemyślany układ choreograficzny, wizualnie wzbogacony nielicznymi cięciami i przejrzystymi ruchami kamery. W migoczącym montażu można ukryć pewnie uchybienia, niedociągnięcia, trudne do sfilmowania manewry. Tu przeważają długie ujęcia, które wzbogacają choreografię estetycznie i technicznie. To w końcu znakomity katalizator immersji – nie od dzisiaj zresztą wiadomo, że piękne i zgrabne ruchy obiektywu zatapiają nas jeszcze mocniej w głębi obrazu.

Zobacz też: “Pokémon: Detektyw Pikachu” [RECENZJA]

Nietrudno znaleźć w internecie materiały making-off z prac na planie Johna Wicka. A właściwie to sprzed prac na planie. Keanu Reeves i jego koledzy przygotowywali się parę miesięcy, trenując judo, jiu-jitsu i układy bojowe. Aktor nauczył się sztuk walki właściwie od podstaw, nigdy wcześniej tego nie robił. Sam wykonywał większość pokazów kaskaderskich (czy jak sam to nazywa: akcji). To może być poczucie mocno subiektywne, ale wysiłek włożony do JW przekłada się na jakość samego widowiska. Odczuwalny jest ciężar fizyczny kolejnych potyczek (niezmordowany Baba Jaga też się męczy), znakomite zgranie ruchowe aktorów. Realizm i pieczołowitość zachowuje nawet amunicja, która, w przeciwieństwie do większości tego typu serii, w końcu się kończy. Twórcy korzystają z tych pozornych “utrudnień”, bo efekt jest zupełnie świeży, warty innego spojrzenia.

Z tym sfingowanym naturalizmem w parze idzie oryginalność. Nie sposób opisać, jak przyjemne do oglądania są kolejne aranżacje agresji, zręczne strzelaniny, pomysłowość protagonisty na efektowne i/lub efektywne wykończenie przeciwników. Arena walk również nie zawodzi – bohaterów otaczają migoczące miejskie światła, klasyczne neony, rustykalne przedmieścia, ascetyczne wnętrza robocze. To standardowe dla tego kina lokacje, ale kamera czyni z nich odpowiedni użytek. Synergicznie stajemy się współudziałowcami pierwszoklasowej rozrywki. Satysfakcjonujące wizualnie sekwencje i artyzm całej akcji pozostawiają nas kontentymi. Długo w popkulturowej pamięci pozostaną (mam nadzieję) takie sceny, jak rytmiczna strzelanina w klubie (John Wick), potężnie nasycona niebieskimi i czerwonymi kolorami; paranoiczna scena lustrzana w muzeum (John Wick 2) czy wreszcie legendarna konna przejażdżka Johna po ulicach Nowego Jorku (Parabellum). To esencja wysokojakościowego i rzemieślniczego kina.

Homaż

Przez oryginalność nie rozumie się jednak tylko wprowadzanie innowacyjnych technik i ewolucyjnych form obijania komuś twarzy. John Wick jest oryginalny także w tym postmodernistycznym rozumieniu tego słowa – to hołd dla mistrzów X muzy. Chad Stahelski opowiadał o szerokich inspiracjach od Bustera Keatona po spaghetti westerny. Szczególny homaż dla ery niemej przedstawia część druga: podczas jednej z pierwszych scen widzimy nawet pokaz filmu Generał (1927, reż. B. Keaton) na elewacji budynku. John Wick pozostaje w nieustannym ruchu i głównie przez swoje akcje opisuje postacie. Pewien minimalizm slapsticku (groteskowa scena strzelaniny w metrze między Reevesem a Commonem), lapidarne dialogi, a także wizualne referencje: plakat Johna Wicka 2 jest repliką plakatu Two-Gun Gussie (1918) z komediantem Haroldem Lloydem, a wspomniana scena z lustrami pojawia się w Cyrku (1928) Charlesa Chaplina.

Zobacz też: “Gra o tron” – KONIEC GRY [Podsumowanie serialu]

John Wick

Sam protagonista swoją ascetyczną postawą, dwuznacznie moralnym zachowaniem i zabójczo szybką reakcją przypomina bezimiennego Clinta Eastwooda z trylogii dolarowej czy wręcz Charlesa Bronsona z Pewnego razu na Dzikim Zachodzie. Obrazowo wiele analogii znaleźć można ze wspomnianym wyżej Matriksem, zwłaszcza w trzeciej części, gdy John powtarza za Neo słynne: [What do you need?] Guns. Lots of guns. W obu seriach pojawia się Keanu i Lawrence Fishburne, klasyfikując swoje postaci na poziomie meta. Nawiasem, powstała już masa teorii mówiących o tym, że obie seria istnieją w tym samym uniwersum. Kinofilia twórców zapiera czasem dech w piersiach (w Parabellum pojawił się Tarkovsky Theatre) i pozwala odkrywać przeróżne easter eggi, eksplorować przemyślany świat przedstawiony, z nieudawaną satysfakcją doceniać osiągnięte efekty.

Ikona

Jest jednak jeszcze jeden aspekt produkcji Stahelskiego i Leitcha, może zbyt oczywisty żeby o nim mówić. I nie, nie chodzi o słodkie pieski (ale w sumie też). To sam odtwórca głównej roli. Nie bez kozery po internecie krąży pasta o Keanu, który własnoręcznie nakarmił piersią płaczące dziecko. To z jednej strony aktor, który w 2005 roku zdobył nagrodę największego przegranego w historii Złotych Malin – w ciągu 11 lat był nominowany 5 razy, ale ani razu nie wygrał. Druga strona medalu jest taka, że triumfy święcił na pokazach Teen Choice czy MTV. Był memem odkąd pamiętam. Conspiracy Keanu, Sad Keanu, Sad Keanu in a Helmet. (Oczywiście, nie można przy tym zapominać o jego bardzo dobrych występach w Moje własne Idaho czy Adwokacie diabła).

Jego mimika jest ograniczona, nie potrafi wyrazić gniewu, jest dość nieekspresywny. Mimo że jego występy nie powalały, a on sam dał się zaszufladkować, zaskarbił sobie wielu fanów, którzy wprost kochają jego szczere zaangażowanie w kolejne projekty czy demiurgiczną pozę herosa. Personalnie Reeves jest po prostu w porządku gościem. Znany jest ze swojej działalności dobroczynnej, przez wiele lat przekazywał dotacje na szpitale dziecięce. Czynił to anonimowo, bo nie zależy mu na rozgłosie. Słowem, Keanu jest wholesome.

 

To właśnie ten Keanu stał się Johnem Wickiem i świadomość ta towarzyszy nam od samego początku. Myślę, że to sprawia, że inaczej postrzegam tego bohatera. Nie jesteśmy skłonni do relatywizowania jego postawy, a może powinniśmy? Jonathan wszczyna w końcu rzeź z powodu zabicia jego szczeniaczka i kradzieży auta. Jest bezwzględny, może nie gruboskórny, ale zdecydowany, literalnie po trupach idzie po swoją zemstę. I raczej nie kwestionujemy jego zachowania. Problemy emocjonalne po stracie żony nie mogą przecież usprawiedliwiać rozmyślnych zabójstw, których się dopuszcza. Wcześniejsza kariera asasyna w zorganizowanej mafii tym bardziej nie powinna.

Zobacz też: Po co mi festiwale filmowe? [FELIETON]

W ogóle nie zastanawiamy się nad socjopatycznym wymiarem bohatera. Jasne jest, że z nim sympatyzujemy, ale nimb Keanu Reevesa pozwala nam zapomnieć o diegetycznym wymiarze Johna Wicka. Nie chcę być hipokrytą, ja sam abstrahuję od tego, czy wielbiciel zwierząt i czarnych koszul Baba Jaga naprawdę powinien był eliminować 250 osób z powodu psa. A może ten beagle był tego wart? Dla Keanu na pewno był.

Czwarta część już została zapowiedziana na rok 2021. To oznacza jeszcze więcej estetycznej stylówy i kinematycznego kociokwiku. W dodatku nie zapowiada się na to, by Kolstad czy Stahelski mieli tracić wenę, zwłaszcza, że już szykuje się spin-off serii, opowiadający o historii hotelu Continental w Nowym Jorku. Nie powinni jednak robić z Johna Wicka czegoś więcej, niż jest. To techniczna jakość i gatunkowa świeżość, rozrywka, która dystansuje się trochę od powagi. A dopóki Keanu jest zadowolony, ja będę zadowolony.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.