FilmyKinoRecenzje

Chochoł polskiej kinematografii. Recenzujemy nowe „Wesele” Wojciecha Smarzowskiego

Kamil Walczak
Wesele 2021
fot. Kadr z filmu "Wesele" (2021) / Kino Świat

Trzeci raz z rzędu byłem na premierowym pokazie filmu w reżyserii Wojciecha Smarzowskiego. Procedura mniej więcej ta sama: sala wypełniona po brzegi, zbiorowe poczucie, że trzeba na to iść, ani jednego śmiałka czy śmiałkini do paradnego opuszczenia sali, nieodczytywalne reakcje niewerbalne (tym bardziej w maseczkach), wreszcie to zmieszanie, kiedy seans się kończy, a siedzenie uwiera już za bardzo i można wyjść. Pod względem kultury oglądania filmy Smarzowskiego już na dobre zapisały się jako „ważne” (czy raczej na ważny temat), aktualne, polityczne i prowokacyjne.

Ja również, podobnie jak wielu moich znajomych, współtworzę tę kulturę, bo bez względu na wymiar jakościowy dzieła, Wołyń, Kler czy teraz Wesele są wydarzeniami w Polsce. I w tym samym sensie produkcje Patryka Vegi takimi fenomenami nie są – czemu jednoznaczny wyraz dała premiera Polityki przed paroma laty. Od Vegi możemy się uwolnić, ale Smarzowski wyznaczał dyskurs filmowej publicystyki. Przynajmniej dotychczas.

Filmowa publicystyka jest sama w sobie hasłem publicystycznym. Czasami reżyserów nazywa się publicystami, kiedy wprost komentują rzeczywistość, ale w gruncie rzeczy każdy film jest polityczny i odnosi się do rzeczywistość. Piszę może banały, ale chcę, żeby było jasne, że parapolityczne inscenizacje Smarzowskiego same w sobie nie są żadnym problemem. Problemem jest za to łopatologia, traktowanie widza jak idioty, prymitywne zabiegi narracyjne, bezczelne, nieuzasadnione cytaty i kodziarskie politykowanie. Przepraszam, zapędziłem się, o tym za chwilę.

***

Mimo wszystko pomysł remake’u Wesela z 2004 roku nie wydawał się taki bezpodstawny. Choć arcydzieło Smarzowskiego jest filmem kompletnym, to w naszym kraju trochę się pozmieniało, gnębią nas inne problemy, inne demony spędzają nam sen z powiek. No i jak wiadomo kręci on cały czas ten sam film, więc w sumie bez różnicy, czy nazwie go tak samo. Jeden z głównych wątków nowego Wesela jest właściwie literalnym zapożyczeniem z oryginału: oto lokalny potentat mięsny Ryszard Wilk wyprawia swojej córce wesele, w trakcie którego na jaw wychodzą brudne interesy, nepotyczne i korupcyjne machlojki, a w końcu wszystko, co najgorsze. Do tego jądra fabularnego dopisany zostaje cały wątek historyczny, który integralnie przeplata współczesność. Tym wątkiem jest, zgodnie z przewidywaniami, pogrom w Jedwabnem.

Wesele 2021
fot. Kadr z filmu “Wesele” (2021)

Swoje zakusy historyczne Smarzowski realizował już wcześniej, choćby w Róży czy Wołyniu. Grzebanie w przeszłości jest zwykle dla niego okazją do zmącenia dyskursu, wbicia kija w mrowisko, wprowadzenia zdrowego fermentu w społeczeństwie. Wesele wychodzi z podobnych przesłanek – i staje się absolutną parodią smarzowszczyzny. Historyczne rymy przeplatają się ze sobą w zabójczym tempie: od “czerwonej” i “żydowskiej” do „tęczowej” zarazy; od haseł oenerowców do kibolskich skandów; międzywojenne resentymenty w zestawie ze współczesnymi antysemickimi żartami. Film nie pozostawia wątpliwości, rysując kolejne prostackie analogie. Dzięki propagandowemu montażowi nie powinniśmy mieć wątpliwości co do stanu Polski AD 2021 – nasze ulice roją się od nazistów, wciąż boimy się Żydów i ich nieprzepastnych biznesów, a homofobia i rasizm to nasze drugie i trzecie imię. Bo tak wygląda obraz Polaków w oczach Smarzowskiego, w którym niektórzy krytycy chcieliby widzieć nowego Wyspiańskiego. Tyle że Wesele tworzy takie, nomen omen, chochoły, że finalnie ciężko mi brać je za poważną krytykę. Odklejenie wielkomiejskiej optyki jest tutaj wyraźne i bezczelne, a tragiczne wydarzenia historyczne, o których ciężko poważnie dyskutować w naszym kraju, zostają w obrzydliwy sposób wykorzystane jako polityczny komentarz, wbity nam prosto w twarz przekaz najgorszego sortu.

Przeczytaj również:  Film (a)muzealny. Recenzujemy nagrodzone Złotymi Lwami "Wszystkie nasze strachy"

I żeby nie było wątpliwości: uważam Sąsiadów Jana Tomasza Grossa za ważną publikację, która otworzyła pole do badań na temat Jedwabnego i rozbudziła dyskusję na temat polskiego kolaboranctwa i współuczestnictwa w Holokauście. Podobnie cenię dorobek Jana Grabowskiego i Barbary Engelking, którzy gruntownie i rzetelnie, wbrew politycznym naciskom, rozgrzebują sprawy polsko-żydowskie i rzucają na nie zupełnie inne światło niż sugerowałaby to polityka historyczna. W rzeczy samej problemem nie jest sam wątek historyczny, realizacyjnie dość przyzwoity i ciekawy, ale jego wykorzystanie, którego nie sposób oddzielić od całości, bo Smarzowski dyletancko wykorzystuje go w swojej agendzie narodowego wieszcza, który sądzi małych Polaków z prowincji, doklejając im swastyki i zacofane mordy zaścianku. W tym momencie filmowe refleksje tego reżysera nabierają podobnej wagi co wynurzenia Patryka Vegi, a mnie przestaje się już chcieć tłumaczyć, że pan Wojciech coś innego miał na myśli.

***

Tak o relacji kina Vegi ze Smarzowskim pisałem w kontekście Kleru:

Osobiście pragnę przestrzec widzów przed bezkrytycznymi porównaniami do kina Patryka Vegi (znowu), bo Smarzowski jest o wiele bardziej zorganizowany, jego „przekaz” nie jest szkodliwy i on sam konsekwentnie od początku swojej kariery realizuje politykę dosadną i hiperboliczną.

A tak wspominając po latach Wesele:

Wyrugować trzeba jednak narosły ostatnio mit, swoiste przebudzenie pewnej części widowni, która dostrzega w reżyserze Wesela [z 2004 roku – przyp. K.W.] lepszego Patryka Vegę. Otóż nie, [Smarzowski] dostrzega jakiś szerszy problem, jest konsekwentny w swoim obskurnym stylu, trzyma wysoki poziom całej obsady, a przede wszystkim – robi to na serio, trochę z powołania i trochę z poczucia autorskiej wizji świata .

Słowa te wymagają weryfikacji. Bardzo nie lubię zrównywania stylów różnych reżyserów na bazie jednego czy dwóch punktów wspólnych. To pozostaje bez zmian. Ale ta polityka dosadności i hiperboli staje się już nieznośna. „Autorska wizja świata” mogła działać we wczesnych filmach jak pierwsze Wesele czy Dom zły, ale dziś jest świadectwem zwyczajnie prostackiego spojrzenia na spolaryzowaną Polskę i przeświadczenia o byciu jakimś demiurgiem. Tymczasem Smarzowski tak fatalnie mija się z celem i robi to przy użyciu tak mizernych, powtarzalnych środków, że szkoda by tłumaczyć, że to nie krytyka naszego społeczeństwa. Wystarczy spojrzeć za okno i zobaczyć.

***

Spośród wszystkich zabiegów montażowo-scenicznych chciałbym zwrócić uwagę na zaledwie jeden, ale za to taki, który w pewnym momencie staje się integralną częścią narracji. Otóż wspomniane dwie linie fabularne zaczynają przeplatać się ze sobą: Polacy i Żydzi z międzywojnia dołączają na weseli Kasi i Janka, paląca się stodoła to element scenografii imprezy. Ten zabieg, o ile na początku ciekawy i dezorientujący, szybko staje się kolejnym narzędziem łopatopodobnym, który uderza nas generalizacjami i paralelami. Znajduje to co prawda usprawiedliwione traumatycznymi przeżyciami dziadka, Antoniego Wilka, który zostaje głosem sumienia narodu, stojącego w rozkroku między dwoma postawami. Wyrażają je słowa Szewacha Weissa, powtórzone w tym filmie przez ś.p. Krzysztofa Kowalewskiego: „Były dwie stodoły: w jednej Polacy palili Żydów, a w drugiej ich ukrywali”.

Przeczytaj również:  „Jeźdźcy sprawiedliwości”, czyli kino akcji oczami Jensena i Mikkelsena
Wesele 2021
fot. Kadr z filmu “Wesele” (2021)

Ale zabieg ten, jak też wspomniane wyżej analogie wizualne między latami 30. a współczesnością w ogóle nie umywają się do Wesela Wyspiańskiego i czuję się głupio, pisząc to. W dramacie Wyspiańskiego fantazmaty przeplatały się z prawdziwymi postaciami, a koszmary przeszłości z niewypowiedzianymi lękami społecznymi. Dość powiedzieć, że Smarzowskiemu daleko do przenikliwości krakowiaka, a jego diagnoza naszej polskiej degrengolady jest arbitralnie chybiona. Zamiast sennych mar na tym weselu pojawiają się polityczne bon moty, chaotyczne atrakcje pokroju Roty śpiewanej na skrzypcach czy krzyczane do kamery przez wszystkich wyzwiska w stronę Żydów. W III akcie ten duch „natchnionej” losowości uderza tak mocno, że niech nikogo nie zdziwi Józef Piłsudski i zoofilski gwałt. To tylko taka subtelna krytyka polactwa.

***

Wódka. Rzyganie. Cwaniactwo. Nepotyzm. Stręczycielstwo. Antysemityzm. Rasizm. Ksenofobia. Homofobia. Nacjonalizm. Głupota. Parafiańszczyzna. Disco polo. Wóda. Auuu. Naziole. Żydki. Pogrom. Ekshumacja. Słowo na „p”, którego nie chcę powtarzać. Alkoholizm. Pamięć. Historia. Roszczenia. Z odmiany tych haseł Wojciech Smarzowski przeprowadza wnikliwą wiwisekcję narodu polskiego. Błyskotliwy rekonesans swojego plemienia. Wysublimowaną lustrację naszej własnej maluczkości. Sprytną alegorią, która zaszokuje ciemniaków, jest świnia kopulująca z nazistą w chlewie.

***

Nie ma powodu zachęcać czy zniechęcać do pójścia do kina na Wesele – wyniki oglądalności z pewnością pokażą, że wiele osób i tak miało taki zamiar. Nieważne, co napisaliby krytycy albo powiedzieli ludzie – reżyser i tak osiągnie swój cel. Część będzie zażenowana i zdenerwowana odpaleniem karty Jedwabnego, część ucieszona, że ten temat prowokuje i przedstawia autentyczny obraz społeczeństwa. Być może publiczność podzieli się nawet na stronę liberalno-miejską i konserwatywną, co dla takiego filmu jest pewnie zaletą. Ale myślę, że nie ma w ogóle sensu dzielić tej publiczności, a optyka Smarzowskiego tylko szkodzi nam wszystkim. Umacnia wizerunek prowincji w oczach „miejskiej inteligencji”, zraża ludzi, dla których nie jest to ani stereotyp, ani krzywe zwierciadło, ale po prostu odklejony wymysł. Mleko się wylało, ja mogę tylko napisać, że dawno nie czułem takiego zażenowania. I to nie zażenowania Polską, do tego jestem przyzwyczajony. To zażenowanie Smarzowskim.

Ocena

3 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.