“Gra o tron” – Koniec gry [Podsumowanie serialu]

Nareszcie koniec! Bez względu na to, co kto uważa o finałowym sezonie Gry o tron, każdy może odetchnąć i w końcu zabrać się za coś pożytecznego. Serio, wyjdźcie na dwór, poczytajcie Philippa Dicka, obejrzyjcie Czarnobyl (kolejne odcinki co wtorek na HBO), w ostateczności odświeżcie sobie książki Martina i czekajcie na Wichry zimy. Wielu z was zerwało nocki ze względu na poniedziałkowe premiery GoT. Sezon ósmy został oddzielony dwuletnią przerwą, ale poza tym w tej dekadzie co roku stawaliśmy się fanami politycznego, militarnego i obyczajowego starcia o Siedem Królestw, o Żelazny Tron, o Westeros. Gra o tron, co by o niej nie sądzić, wyznaczyła pewien kult oglądalności, którego skalę niełatwo będzie przebić w następnych latach.

Zobacz również: Osobną recenzję dla każdego odcinku serialu

Pozwoliłem sobie na tę sentymentalną podróż po to, by przypomnieć wam, że mamy do czynienia z całościowo naprawdę solidną produkcją fantasy, która, imperatywnie, dla każdego znaczy chociaż “coś”. Ale ta perspektywa nie usprawiedliwia zaserwowanego nam finału. Wręcz przeciwnie. Widzowie przerażającą większością wskazali, że sezon ósmy to po prostu kompromitacja.

Gra o tron
Gra o tron

Przypomnijmy, jaki był punkt wyjścia. Cersei przyobiecała dostarczyć posiłków Jonowi i Daenerys, Nocny Król przedarł się przez mur i kroczy na stolicę Północy. Oczekujemy na spotkanie z Armią Umarłych w Winterfell. Masa reunionów i spotkań. Kończymy pożogą Królewskiej Przystani (choć to i tak odchodzi w zapomnienie), morderstwem królowej i elektorskim wyborem Trójokiej Wrony. I wszyscy żyli w spokoju i szczęściu. Pamiętam, jak w pierwszym sezonie Ned Stark wypowiadał legendarną maksymę: Winter is coming. I oto nadeszła. No i już się skończyła.

Aby podsumować ten sezon w jednym słowie nie będę uciekał się do inwektyw czy bluzg. Wystarczy gorzkie: niesatysfakcjonujący. Stąd wzięły się dramatycznie niskie oceny na Rotten Tomateos, stąd powszechna dezaprobata wobec “dedeków” (D. Weissa i D. Benioffa). To fanowska frustracja, ale też zwykła gorycz porażki fabularnej, jaką okazało się zwieńczenie adaptacji Pieśni Lodu i Ognia (scenę nawiązującą do napisania tej książki trzeba przemilczeć).

Myślę, że można napisać wprost, że decyzje o rozwiązaniu konfliktu o Żelazny Tron czy Nocnego Króla były zbyt wątłe, niewydatne, w żaden sposób zaskakujące. I nie chodzi mi o zaskoczenie z kategorii Azor Ahai czy powrót Stannisa (choć to oczywiście pierwszorzędne rozwiązania). Ale tak nudne i przewidywalne rozwiązania nie mogły zaspokoić apetytu tych wszystkich, którzy czekali na legendarny epilog ulubionych wątków. No wiecie, cokolwiek innowacyjnego, coś, co jakoś wcześniej naznaczyło Grę o tron w popkulturze. Sprawy rozwiązano dość pospiesznie, bo ktoś uparł się przy 6 odcinkach w finałowym sezonie i skutki tego są opłakane.

Zobacz również: Po co mi festiwale filmowe? [FELIETON]

Nie chcę być populistą, ale są motywy, które wciąż próbuję wyrzucić ze świadomości, a one wracają jak bumerang. Może dlatego że jest w nich trochę prawdy. To kwestia bohaterów. Obserwujemy ich organiczny rozwój przez 7 bitych sezonów, kochamy ich, nienawidzimy, życzymy im śmierci albo tronu. Sympatia bądź antypatia wobec nich bierze się z tego, że zmieniają się oni na naszych oczach, że ich akcje mają konsekwencje, że podejmują oni w cholerę ciężkie decyzje, ale przez to są w pewien sposób wyjątkowi. I nie mitologizuję. Był przecież inteligentny i charyzmatyczny Tyrion, który dokładnie ważył jakość swoich słów, był doskonałym strategiem. Był Jaime, zeszpecony przez swoją dumę, który wstąpił na klasyczną drogę odkupienia i podążał nią, żałując bycia człowiekiem, który zrzucił Brana z tej przeklętej wieży. Była Cersei, zimna, wyrachowana, ale perwersyjnie i destrukcyjnie kochająca swoje dzieci i swojego brata.

gra o tron
Gra o tron

Wymieniłem tylko Lannisterów, ale przecież znalazłoby się ich więcej z innych rodów. Pluję do tego, że wszystkie te postaci zostały gdzieś zatracone, że to, co nas do nich pociągało, stało się iluzoryczne, sprzeczne, spiłowane (dokładnie w tej kolejności). W szerszym kontekście development bohaterów został skrócony lub wyrzucony do kosza, przez co, przynajmniej ja osobiście, nie potrafiłem z nimi być. Kolejne sceny, sekwencje, odcinki oglądałem bez namiętności i bez woli. Jeśli nikt mnie już tutaj nie trzyma, to dobrze, że mam to już za sobą.

Bezsprzecznie, punktem zwrotnym całego sezonu była bitwa ludzi z armią Nocnego Króla, czemu poświęcono cały trzeci odcinek. Przed tym mieliśmy do czynienia z dość kruchą kaskadą reunionów, spotkań, pożegnań. I choć od samego początku krytyczne głosy narastały, to pierwsze odcinki były pod jakimś względem neutralne, kontynuowały zeszłosezonowy ciąg zdarzeń, przygotowując nas na epickie starcie. Tu odgrzebany zostaje zarzut o fanservice ze strony twórców, o łatanie czasu ekranowego melodramatycznymi pustakami.

Zobacz również: Nasze podcasty o Grze o tron

Może i tak, choć antycypacja tej bitwy była jak najbardziej potrzebna, a dostarczyła nam ona konfrontacji postaci, które naprawdę nie widziały się przez wiele lat: łączą się wszyscy żywi Starkowie, Jaime spotyka swoją ofiarę, Sam wyznaje Jonowi, że ten był jego jedynym prawdziwym przyjacielem. Szczególnie wzrusza zwłaszcza powrót marnotrawnego Greyjoya, który w milczeniu wtula się w ramiona Sansy. To pokazało nam, jak trudne drogi musieli przejść bohaterowie, jak dzieci dorosły, jak starzy wymarli, jak wrogowie stali sie przyjaciółmi w obliczu cywilizacyjnego zagrożenia.

Momenty zachwytu to nocne spotkanie przy kominku, gdzie zgraja szlachetnych mężów Westeros, którzy jeszcze kiedyś służyli znienawidzonym stronom, opowiada dowcipy i piękne historie; Podrick śpiewa niewinnym głosem Jenny of Oldstones, niczym Pippin śpiewał ongiś Edge of Night; Jaime niespodziewanie nadaje Brienne godność rycerza. Trudno o nutę fałszu w pieczołowitości tego preludium wojennego. Ale nawet sama bitwa, mimo decyzji technicznych, jest dobrym widowiskiem, zwłaszcza jeśli spojrzymy na indywidualne wątki kolejnych bohaterów. Śmierć czy heroiczne przetrwanie jakiegokolwiek z nich jest niezłym katalizatorem głównych wydarzeń. Walka, przerażenie, odwrót. Powtórz.

Zobacz również: “John Wick 3”, czyli najlepsza część trylogii [RECENZJA]

I jeszcze jeden zachwyt. To Tyrion przechadzający się po zgliszczach Królewskiej Przystani. Tej samej, w której chodził na dziwki, używał życia i obmyślał dworskie fortele. Opuszczał to miasto w osobistej gehennie, mordując własnego ojca; przybywa do niego zmieniony, będąc tym razem, jak sądzi, po dobrej stronie. Ale stolica w tym momencie nie istnieje, została spustoszona, a on jako Namiestnik Królowej nie mógł nawet kiwnąć palcem. Przywołuję Tyriona, bo warto przypomnieć sobie, kim był, co zrobił, jak myślał. Jak od bycia pogardzanym karłem doszedł do tego punktu. Przywołuję Tyriona, bo mówiąc wprost, to jedyna postać, do której zachowałem całą moją sympatię, jakkolwiek nie stałaby się ona bezużyteczna. Nawet ósmy sezon nie mógł zepsuć tego, że to postać ikoniczna dla telewizji i dla filmu w ogóle; warto nie zapominać o tym, kogo wykreował fantastyczny Peter Dinklage.

Gra o tron
Gra o tron

Myślę, że nie ma tutaj potrzeby patrzenia na każdy element tego sezonu aż tak osobno: świetnie tę robotę wykonali moi koledzy i koleżanki z redakcji, analizując dzielnie kolejne odcinki. Zamiast tego spróbuję omówić problem holistycznie. Że nie zagrał scenariusz, to wiemy. Nie trzeba jednak szukać daleko, żeby stwierdzić, że coś więcej poszło nie tak. Śledząc wypowiedzi obsady o finałowych rozwiązaniach, można mieć poważne wątpliwości co do ich zadowolenia. Impertynencka wypowiedź Kita Harringtona o krytykach czy lekceważenie (aktor grający Brana) symbolicznej petycji fanowskiej z ostatnich dni wpasowują się w tę narrację.

Zobacz również: “The Act”, czyli serial o tragedii, która nie miała prawa się wydarzyć [RECENZJA]

Bez bazy Martinowskich książek walory konsystentnego uniwersum fantasy oklapły, zimne, polityczne wyrachowanie rozpłynęło się gdzieś na dobre. Przeogromna presja wywierana na współtworzących ten gigantyczny projekt okazała się ich przerosnąć. I nie chodzi nawet o to, że nagle wszyscy dramatyzują, bo wcześniej przecież też zdarzały się klapy ostatnich sezonów (niesławny przykład Dextera). Ale Gra o tron nie spadła z rowerka nagle. Po prostu za często się chwiała. Trudno się dziwić aktorom, że bronią produkcji HBO po jej zakończeniu, mało kto zdecydowałby się na votum separatum w takiej sytuacji (abstrahując od tego, że obowiązuje ich umowa i klauzula). Z perspektywy miesięcy, a nawet paru lat lepiej będzie nam oceniać telewizyjną wersję Pieśni Lodu i Ognia. Trudno dziś o trzeźwy osąd całości, ale zachęcam do takich refleksji.

Nie uważam, bym był jakimś wyjątkowym fanem Gry o tron. Ot, przez każdy premierowy poniedziałek odpędzałem się skrupulatnie od spoilerów, emocjonowałem się razem ze znajomymi, przewidywałem zabójstwa i śmierci, założyłem się kiedyś nawet o prawdziwe pochodzenie Jona Snowa (oczywiście przegrałem, bo nie czytam przecieków…). Żyłem jak każdy, to znaczy angażowałem się w tę podrasowaną zwyrodnialcami jesień średniowiecza. I naprawdę cieszę się, że miałem do tego okazję i że fenomen GoT powstał; stworzył kulturę ludzi, którzy może teraz nienawidzą “dedeków” i ich ostatecznego wkładu w rozwój serii, ale nie pamiętam kiedy ostatnio ktoś tak dużo mówił o rzeczach, których nie znosi.


3/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.