FilmyRecenzjeStreaming

„Ma Rainey: Matka bluesa” – Sztuka Wilsona a filmowy nietakt [RECENZJA]

Kamil Walczak
fot. kadr z filmu "Ma Rainey: Matka Bluesa"

Denzel Washington blisko związał się ze sztukami Augusta Wilsona. Najpierw w 2010 roku wystąpił z Violą Davis na Broadwayu w teatralnej adaptacji Płotów, by pięć lat później ogłosić, że zamierza wyprodukować (jako producent wykonawczy) wszystkie dziesięć sztuk Wilsona z tzw. Pittsburgh Cycle. W 2016 roku przeniósł Płoty na duży ekran, a film został nominowany w głównych kategoriach oscarowych – z wygraną Davis jako pierwszoplanowej aktorki. W grudniu zeszłego roku na Netfliksie pojawiła się filmowa ekranizacja kolejnej sztuki Wilsona, znanej w oryginale jako Ma Rainey’s Black Bottom. Na stołku reżyserskim znalazł się znany amerykańskiej publice teatralnej George C. Wolfe, w rolę tytułowej protagonistki wcieliła się Viola Davis, a u jej boku stanął zmarły nie tak dawno Chadwick Boseman.

Przywołuję te technikalia obsadowe, ale warto też odnotować wkład Washingtona – choćby dlatego, że dramaty Wilsona rzadko adaptuje się do kin. Sam dramatopisarz, nieżyjący od 2005 roku, nie ukrywał, że podoba mu się taki pomysł, ale bez jego osobistego udziału. Trzecia produkcja, projekt The Piano Lesson, już się szykuje – za kamerą stanie Barry Jenkins, a zagrać mają John Davis Washington i Samuel L. Jackson. Skoro ta decylogia i tak ma powstać, warto zadać pytanie, czy warto i co te filmowe adaptacje nam przynoszą. Niech przykładem będzie właśnie Ma Rainey: Matka Bluesa.

fot. kadr z filmu “Ma Rainey: Matka Bluesa”

Akcja rozgrywa się prawie wyłącznie w jednej lokalizacji – studiu Paramount Records, w którym gwiazda bluesa, Gertrude „Ma” Rainey ma ze swoim zespołem nagrać parę piosenek. W połowie lat 20. Ma Rainey była absolutem w swoim gatunku, a jej płyty pozwoliły uwiecznić ją audialnie w historii muzyki – co szczególnie ważne dla historii czarnej muzyki w USA. W filmie Wolfe’a Ma Rainey (Viola Davis) jest pewną siebie i znającą swoją wartość artystką, z mocnym, odznaczającym się makijażem na oczach i twarzy oraz pierwszorzędnym strojem. W studio na Ma czekają członkowie zespołu Slow Drug, Cutler, Toledo i Levee (Chadwick Boseman) – młody trębacz z ambicjami, by rozpocząć karierę solową zamiast słuchać się poleceń despotycznej „Matki”. To właśnie te dwie postacie okażą się kluczowe dla dramatycznego konfliktu.

Przeczytaj również:  "Ucieczka na srebrny glob" – Ciemna strona księżyca | Recenzja

Levee za wszelką cenę chce udowodnić wszystkim swoją wartość. Choć jest trochę rozbrykany i napalony, pokazuje się innym jako poważny muzyk, nalega, by tytułowy utwór zagrać w jego wersji, a producentowi Paramountu Sturdyvantowi podsuwa własne piosenki, wciąż upierając się, by samemu je nagrać. Błyszczące buty, które kupuje i nie zawaha się nimi chwalić przed starszymi kolegami, stają się swoistym symbolem jego celów, jego kariery. Z kolei Ma, ukształtowana i pewna bluesmanka na szczycie, ani na chwilę nie pozwala sobie zapomnieć o ciemnej stronie showbiznesu: jak czarni artyści są często niedopłacani przez białych producentów, jak są wykorzystywani, jak tnie się po kosztach, zwłaszcza w czasach, gdy bluesowe płyty sprzedają się najlepiej w kraju. Pompatyczność jej fizjonomii, chimeryczność zachowań i na pierwszy rzut oka irytujące usposobienie znajdują usprawiedliwienie w jednej ze scen, gdzie tłumaczy swoją filozofię względem szczędzących grosza białych.

Konfrontacja dwóch charakterów jest jedynie pochodną tego, co w sztuce Wilsona wybrzmiewa najtragiczniej – całego procederu wykorzystywania czarnych artystów, ich eksploatacji, często kosztem ich całej kariery. Zasługą filmu jest tu tylko przeniesienie tego konfliktu do medium kina, bo scenarzysta Ruben Santiago-Hudson nie decyduje się raczej na zmiany w porównaniu do tekstu Wilsona, a niestety Wolfe i ekipa nie mają pomysłów na to, jak uatrakcyjnić sztukę, pokazać coś nowego. Otrzymujemy za to odtwórczą sekwencję wykonywania utworów, przedłużające się sceny dialogiczne i niebagatelnie dużo tekstów do przyswojenia, a dodana w epilogu scena odziera dramat z wszelkiej delikatności.

Przez to Ma Rainey: Matka bluesa staje się rzeczywiście popisem aktorskim Davisa i Bosemana, przy czym zwłaszcza ten drugi mocno tkwi swoją rolą na deskach teatru. Dla Davis to kolejna dobra, wdzięczna rola. Choć jej postać ma oczywiste zakusy na kampowość, to reżyser raczej nie ima się tego tematu, sprowadzając formę Ma Rainey do politycznego stanowiska. Zmierzam do tego, że skoro już zdecydowano się na ekranizację (bo tylko to słowo tu pasuje), to oczekiwałbym jakiegoś usprawiedliwienia tego działania. Fences czy Ma Rainey świetnie sprawdzają się w swoich źródłowym medium, ale ich filmowe realizacje zawodzą, bo są fatalnie uziemione przez formę. W tym przypadku były okazją dla tandemu Davis–Boseman na wykazanie się w nowych rolach, co przysporzyło im multum nominacji w sezonie nagród, a także dla kostiumografów i charakteryzatorów. Produktem ubocznym, choć chyba najbardziej rzeczowym i trwałym, jest zapoznanie widzów z postacią Gertrude Rainey i z kilkoma jej utworami, wykonanymi głosem Maxayn Lewis.

Przeczytaj również:  "Zupa nic" – PRL-owskie artefakty | Recenzja
fot. kadr z filmu “Ma Rainey: Matka Bluesa”

Powrócę jeszcze do na chwilę do problematyki Ma Rainey. Frapujące jest, że na tych wszystkich kłótniach, sprzeczkach najgorzej wychodzą Afroamerykanie. Siła tego tekstu polega właśnie na tym, że wtłoczone w tryby przemysłowej maszyny ofiary swoją frustrację często kierują na samych siebie – stąd też jedna z ostatnich scen, jakkolwiek niezrozumiała i bezcelowa, jest stricte tragiczna. W jednym z najlepszych albumów ostatniej dekady To Pimp a Butterfly Kendrick Lamar poruszył dokładnie ten temat: jak czarni artyści w pełni rozkwitu i piękna, niczym motyle, zostają wyeksploatowani przez władze. W pierwszej strofie Wesley’s Theory Lamar opisuje, jak łatwo zapomnieć o swoich korzeniach, dać się zaślepić dolarom, by w drugiej, z perspektywy Wujka Sama, przedstawić cyniczną wykładnię przemysłu (nie tylko muzycznego), który łudzi Afroamerykanów wizją sławy i bogactwa, by potem stemperować te fantazje – jak w przypadku Wesley Snipesa, który za unikanie uiszczania podatków do fiskusa został skazany na trzy lata więzienia, a momentum jego kariery przepadło bezpowrotnie.

Bardzo chciałem przywołać Kendricka, bo to aktualizujący głos, współcześnie świadczący o palącym problemie, o którym Wilson w latach 80. pisał bardzo trzeźwo i przezornie. Jeśli film George’a C. Wolfe’a ma być okazją do poznania tego dzieła kultury, niech tak będzie. Ale pod względem filmowym – a to mnie interesuje najbardziej – to zawód, a Washington jak na razie przestrzela w produkcji Wilsonowskiej decylogii. Jednak, na szczęście, kredyt zaufania do takich postaci jak Denzel Washington jest dość duży, a według samego aktora w jego artystycznym życiu pozostało mu tylko dopilnować, by reszta projektów z serii Pittsburgh Cycle doszła do skutku. I w tym mu mimo wszystko kibicuję.

Ocena

4 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.