Advertisement
FilmyKinoRecenzje

“Szarlatan” – Kazus czeskiej uroskopii [RECENZJA]

Kamil Walczak
Szarlatan
Kadr z filmu "Szarlatan" (reż. Agnieszka Holland) / Gutek Film

Agnieszka Holland to, chcąc nie chcąc, czołowa polska reżyserka. Świadczą o tym festiwalowe głosy uznania i nagrody, ale też fakt, że w dalszym ciągu, mimo zawirowań czy zawodów, hasło „nowa Holland“ powoduje przynajmniej cień zaciekawienia. To fenomen tym ciekawszy, że dla starszego pokolenia (albo: dla ludzi ze starszą pamięcią) pozostanie artystką wybitną, najbardziej kanoniczną obok Andrzeja Wajdy; ale dla ludzi zaczynających swoją przygodę od W ciemności czy Pokotu konstatacja ta nie jest wcale oczywista. Zwłaszcza że dziś jej sylwetka, równie mocno co filmowa, stała się polityczna, a autorka często zabiera głos w aktualnych sprawach w kontrze do koalicji rządzącej, w liberalnej opozycji.

Sam medialny aktywizm i przyjęcie roli komentatora społecznego to nic złego. Holland pokazuje tym, że nie oddziela sfery artystycznej od prawdziwego życia, że nie jest odklejona od rzeczywistości, ale też, że filtruje przez ten polityczny pryzmat narrację swojego kina. Takie tytuły jak 1983 czy Obywatel Jones nie wzięły się z próżni, a wręcz przeciwnie – możemy hipotetyzować ich źródło. Jak to się wygląda z Szarlatanem? Na wstępie powiedzmy tylko, że scenariusz Marka Epsteina i prawdziwa biografia mają pewne różnice.

Konkretnie chodzi o biografię Jana Mikoláška, czeskiego zielarza, uzdrowiciela, który zabrania mówić do siebie per doktor. Jego życiorys stanowi przekrój historii Czechosłowacji – od I wojny światowej po czasy stalinizmu – ale większy akcent Holland kładzie na studium samego człowieka. Tytułowy szarlatan to postać nietuzinkowa, brzmi to jak komunał, bo przecież innej autorka nie brałaby na warsztat. Jeśli się przyjrzeć bohaterom jej filmów, to cały czas mierzymy się z idealistami, osobami poświęcającymi się dla większego dobra. W tym przypadku jest o tyle ciekawiej, że Mikolášek, poza byciem szanowanym znachorem z wielkim powołaniem, to także narcyz, osoba bezwzględna, której moralność – jako widzowie – stawiamy pod znakiem zapytania. Słowem: człowiek dwuznaczny, którego nie da się ot tak przypisać ani do dobrych, ani do złych.

Szarlatan (2020)
Kadr z filmu “Szarlatan” (reż. Agnieszka Holland) / Gutek Film

Właśnie protagonista, grany przez świetnego Ivana Trojana, to najjaśniejszy punkt całego spektaklu. Umiejętnie rozłożone akordy i akcenty, niedychotomiczna postawa, wyrachowanie w działaniu i emocjonalna ambiwalencja, którą budzi Mikolášek składają się na sukces scenarzysty i reżyserki oraz aktora. Tych pierwszych, bo udało im się opowiedzieć ważną historię w dobrym stylu, z fascynacją i zaangażowaniem; tego drugiego, bo dał popisowy występ i zdołał zostawić swoją postać z widzem na trochę dłużej. A kto obejrzy film, ten zobaczy, że filmowy uzdrowiciel to raczej nie jest typ, którego można polubić. Budzi co prawda sympatię, gdy filantropijnie funduje swoim pacjentom wyjazd nad morze czy w góry, by mogli się kurować w lepszym środowisku, albo gdy pracuje charytatywnie; jednocześnie na widzowskiej twarzy pojawia się grymas obrzydzenia, wstrętu, kiedy Mikolášek bezwzględnie obchodzi się z innymi ludźmi. Pomieszczenie tych różnych aspektów to niewątpliwy plus. Dodać jeszcze trzeba, że młodego Jana zagrał syn Trojana, Josef. To nieczęsta sytuacja, by tę samą kreację na różnych etapach życia grał ojciec i syn. I choć Josef zostaje w tyle za Ivanem, to sam film na tym zyskuje, uwiarygodniając i konkretyzując fabułę.

Przeczytaj również:  "Wychowane przez wilki", albo niech Ridley Scott przestanie kręcić produkcje science fiction [RECENZJA]

Jednak w przypadku Holland wspomniany wyżej sukces polega w gruncie rzeczy na samym przebiciu się z opowieścią, nad którą autorka pracowała latami. Trzeba również reżyserce oddać, że realizacyjnie Szarlatan jest zgrabny, choć na ogół niezaskakujący. Gołym okiem widać umiejętne rozegranie scen w czasie i przestrzeni, narracyjną finezję, szczególnie w końcowych scenach sądowych, które wyglądają wprost świetnie. W filmie przeplatają się ze sobą dwie (lub trzy) nitki: starszego już Mikoláška, który po śmierci leczonego przez siebie prezydenta Czechosłowacji Antonína Zápotockiego wypada z łask, a komunistycznemu reżimowi coraz mniej widzi się tolerowanie znachora; oraz młodego Jana, syna ogrodnika, który odkrywa w sobie dar leczniczy i uczy się technik diagnostycznych od pani Mühlbacherovej. I w zasadzie to wszystko ma sens. Ale nie cała historia tu przedstawiona jest oparta na faktach, bo w rzeczywistości czeski zielarz nie miał zbyt przejrzystego życiorysu. Jedynym obszernym zapisem w tym temacie jest jego autobiografia wydana przed śmiercią, zresztą według badaczy niezbyt wiarygodna. Stąd elementy w scenariuszu Epsteina, które podrasowują jego CV.

Twórcy wprowadzają m.in. wątek homoseksualny, kluczowy dla akcji, w pewnym momencie stający się pionem narracji. I jakkolwiek sam koncept jest ciekawy, bo jeszcze bardziej niuansuje postać Jana, tak w trzecim akcie coraz bardziej ulatuje obraz faktycznej postaci na rzecz literackiego wyobrażenia – i to z pośpiechem w homoerotycznym przedstawieniu. Być może wątek ten powinien zasłużyć na pochwały; to przecież przykład tłumionych pod wpływem presji społecznej uczuć, obrócona w destrukcję i pracoholizm miłość. Być może, ale wątek ten jest odrzucający i nieciekawy. Na dalszy plan zostaje przeniesiony Mikolášek jako postać historyczna, prym zaczyna wieść Mikolášek jako decydent, niewygodny dla władzy uzurpator medyczny, zaszczuty przez ichniejsze służby bezpieczeństwa. Ale tę piosenkę znamy już bardzo dobrze.

Szarlatan
Kadr z filmu “Szarlatan” (reż. Agnieszka Holland) / Gutek Film

Pod względem koherentności w Szarlatanie coś jednak nie gra. To, co według jednych jest w filmie fascynujące, zmusza do przemyśleń, uniejednoznacznia dyskurs, moim zdaniem jest niezrozumiałe i przesadzone. Niestety, muszę tu operować ogólnikami i peryfrazami, bo kryję przed czytelnikiem dość newralgiczne spoilery, ale po obejrzeniu każdemu będzie towarzyszyć swego rodzaju dysonans – nie tylko wobec samych działań bohatera, ale też sposobu ich prezentacji. A rytm, kontekst zachowań bohatera jakoś mi się z tym wszystkim nie klei, podkreśla ciążące na nim zło, ukazane już w dzieciństwie, choć efekt jest dziwny i nieefektywny. Przepraszam, jeśli dla moje opisy brzmią jak robienie na drutach po omacku, ale jako oglądającego szczególnie mnie to uderzyło, bo zdecydowało o ostatecznej ocenie.

Przeczytaj również:  "Pinokio", czyli ekonomiczna opowieść o kukiełce, która chciała zostać chłopcem [RECENZJA]

Najlepsze zostawiłem na koniec. Chodzi o metody diagnostyczne bohatera, sfilmowane z pieczołowitością, dokładnością i przede wszystkim – fascynacją. Pisząc o metodach, mam na myśli badanie moczu gołym okiem. Co ciekawe, metoda ta jest stara jak świat i znana pod terminem uroskopii. W swojej surowej wersji przeszła do historii w czasach renesansu, kiedy uznano ją za niewystarczająco empiryczną. Diagnostycy moczu byli przez wieki uznawani za medycznych impostorów i obiekt żartów, rehabilitacji ulegli w XX wieku, bo ich wnikliwe obserwacje ludzkiej uryny znalazły potwierdzenie w badaniach, przynajmniej jeśli chodzi o choroby nerek, wątroby i systemu moczowego.

Mikolášek to właśnie taki diagnostyk i certyfikowany zielarz, w Czechosłowacji doby stalinizmu niewygodny, niezrozumiały, niebezpieczny, także w pewnym sensie opozycyjny, niepoddający się nacjonalizacji i żyjący po burżujsku. W przedstawieniu jego cudownego daru Holland stroni od paramistycyzmu i immersyjnych uniesień spod znaku Znachora na rzecz rzemieślniczej precyzji, ale to akurat działa dobrze w Szarlatanie. Niepodważane w filmie umiejętności Jana są frapujące, ale nie metafizyczne. To talent prawdziwy, który mamy zaszczyt powoli odkrywać i rozumieć. Dobrze zgrywa się to z pracoholizmem, powtarzaną jak mantra frazą Muszę leczyć. Leczenie i pomaganie innym – czasem bezinteresowne, ale też zimnokrwiste – jak przepowiadanie śmierci tylko po spojrzeniu na fizjonomię badanego – stanowi coś, co zdaje się utrzymywać bohatera przy życiu. Taki wniosek przy tak złożonej postaci to prawdziwa gratka charakterologiczna.

Bohater staje się też pewnym papierkiem lakmusowym czeskości. Reżyserka w wywiadach podkreśla, że umiejętność przetrwania w trudnych warunkach to wręcz element tożsamości naszych południowych sąsiadów. Mikolášek to dobra tego egzemplifikacja. W czasie wojny leczył funkcjonariuszy nazistowskich, m.in. Martina Bormanna, później działacza komunistycznego Antonína Zápotockiego, przyszłego prezydenta kraju za żelazną kurtyną. Jednocześnie film podaje nam informacje, że przez gabinet protagonisty przeszło nawet kilka milionów próbek moczu. Na planie Holland, w pełni czeskim, większość osób miało w rodzinie kogoś, kto leczył się u tytułowego szarlatana. Podaję tę parę faktów dla lepszego oglądu jego tajemniczego życiorysu, do którego twórcy dopisali pewne epizody. To już kwestia oceny, na przykład tej mojej, w tej recenzji, jak to się klei i czy ma ręce i nogi.

Nie trzeba bić się z myślami, by spróbować nowego filmu Holland, nota bene już trzeci raz z rzędu z Berlinale. Polka pokazuje tutaj naprawdę przyzwoitą formę i myślę, że Szarlatan znajdzie uznanie wśród tego grona, które do kin się wybierze. Niekoniecznie znalazło u mnie, bo to obraz zbyt mechaniczny, prosty i ulotny dla pamięci emocjonalnej, a fabularnie zmarnowany, ale z uporem i ulgą powtarzam sobie, że Pokot to to nie jest.

Ocena

5 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.