“Brexit” jako wojna obywatelska… [FELIETON]

Podczas gdy przyszłość Brexitu jest niepewna niczym rząd Theresy May, HBO funduje nam owoc swojej kolaboracji z Channel 4. Brytyjska produkcja, dla mnie przynajmniej, okazała się czymś o wiele dobitniejszym niż wiotką egzegezą brexitowskiej kampanii sprzed zaledwie paru lat. Prolog filmu, przedstawiony jako pięć równolegle retrospektywnych scen z udziałem protagonisty, rozwiewa grający go Benedict Cumberbatch, który bezkompromisowo i dramatycznie zwiastuje czarne chmury spowijające podniebny miraż. Zwiastuje, ni mniej ni więcej, apokalipsę rzeczywistości politycznej. I tu was zaskoczę, bo nie chodzi o samo wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Prawdziwą tragedią, której nie jesteśmy świadomi, ale która już się zaczęła, jest rewolucyjna zmiana tego, co nazywamy demokracją. Twórcy, z rozmysłem lub patetyzmem, czynią tutaj obraz największej politycznej makabry XXI wieku.

Zobacz również: „Glass”, czyli samokrytyka Shyamalana? [RECENZJA]

Fabuła skupia się na postaci Dominica Cummingsa, doradcy i strategisty, który był mózgiem  kampanii Vote Leave, a aktualnie jest na Wyspach uważany za szarą eminencję stojącą za brexitem. Jako Cummigns błyszczy Benedict Cumberbatch, mimo iż sam bohater jest napisany dosyć generycznie. To cyniczny, ekscentryczny cynik, nieuznający kompromisów ani półśrodków. Do pracy dojeżdża rowerem, a po południu obraża w wywiadzie premiera Davida Camerona. Nawet nie chce mi się wymienić archetypów takiego gościa, który jest wcieleniem geniusza i chłodnej jednostki. Rozumiem rozdmuchane, efekciarskie podejście scenarzysty, choć, no cóż, trochę nihil novi. Czepiam się jednak schematów, a nie samego Cumberbatcha, bo on absolutnie nie zawodzi. Charyzmatyzuje inteligencją i ciętym językiem, a włożone w niego słowa, na szczęście, uskutecznia z markową dla niego, sherlockowską klasą. Zresztą, to rola napisana idealnie dla Benedicta, bo Cummings to właściwie polityczno-marketingowe wcielenie Sherlocka Holmesa.

Brexit
fot. Kadr z filmu “Brexit”

Brexit stara się przyjąć formę quasi-mckayowskiej ekspozycji i szybkiego tempa. Widz zostaje przesycony informacjami ze świata brytyjskiej sceny politycznej (nazwiska, przynależności partyjne, poglądy), konsultacyjnych firm targetujących czy samych kampanii wyborczych. Tematycznie to próba zarysowania genezy exodosu Albionu, który nastąpił 23 czerwca 2016 roku. Co symptomatyczne, twórcy starają się przede wszystkim odsłonić, dlaczego niezdecydowana, a decydująca, część wyborców przesądziła o zwycięstwie eurosceptyków. To proces złożony, lecz wydaje się, że śledzona przez nas grupa Vote Leave z mózgiem operacyjnym w postaci Cummingsa jest nader newralgiczna. To właśnie ich modus operandi z szyldem “Take back control” James Graham (scenarzysta) stara się odkryć i filmowo przestudiować.

Zobacz również: „Vice”: ten wredny facet, który pociąga za wszystkie sznurki [RECENZJA]

Czy tego chcemy czy nie, produkcja HBO i Channel 4 jest stricte polityczna i często jednostronna. Swoją retoryką ewidentnie wskazuje winnych dzisiejszej sytuacji, rozkłada na czynniki tych, którzy wpędzili Westminster w kozi róg i trochę zanadto heroizuje kampanijny sztab proeuropejski. Wskazuje jego błędy, ale jednocześnie klepie go po plecach, bo działał w słusznej sprawie. Dominic Cummings i spółka widnieje niekiedy jako szumowiny, które nawet przez chwilę nie pomyślą o przyszłości bez UE. Kompletnie skarykaturyzowany zostaje Boris Johnson, medialna twarz brexitu, tutaj całkowicie intencjonalnie spajacyzowany do niewspółmiernych wartości, wręcz groteski, która rujnuje misyjną powagę filmu.

Brexit
fot. Kadr z filmu “Brexit”

Kolejną cegiełkę dostarcza bodaj najsłynniejszy luminarz całej kampanii, kretynoidalny i nierozgarnięty Nigel Farage (z populistycznego UKIPu), który zebrał, jak się wydaje, niesłuszne fanfary za wyjście Wielkiej Brytanii z UE. Ale twórcy nie kończą na tych figurach – to jeszcze za mało. Pojawia się znienawidzony powszechnie Steve Bannon, firmy analityczne takie jak Cambridge Analytica (o której zrobiło się przed paroma miesiącami bardzo głośno w związku z wykorzystywaniem osobistych danych użytkowników Facebooka w celu targetowania ich jako wyborców). Film sprawia wrażenie niesamowicie aktualnego, eksplikacja omawianych procesów jest zaserwowana w przystępnej formie, lecz nie ma tu mowy o radosnej, twórczej żonglerce pojęciami i ich rozrywkową egzegezą rodem z Big Short. To produkcja w większości arcypoważna, gdzie główne śmieszki scedowane zostały na ironiczo-cynicznego protagonistę. A ten z samego systemu politycznego raczej sobie nie żartuje.

Zobacz również: 8 powodów, by obejrzeć trzeci sezon „True Detective”

I na tym można by skończyć. Potraktować Brexit jako ciekawą, biograficzną dramę, która sprawdza się jako baza do głębszego zrozumienia samego zjawiska i pozwala zaznajomić nieco jak to było za marketingowymi kulisami w 2016 roku. Trochę political fiction, no, może na faktach. Ale to właśnie to uderzyło mnie podczas seansu. Ta mała refleksja, że eksploatowany w tak efekciarski sposób świat to przecież ta sama inkarnacja naszego świata. Nasza rzeczywistość nasiąknięta jest dezinformacją, fake newsami, które coraz trudniej jest wybić ludziom z głowy, coraz trudniej jest przekonać ich do racji opartych na wiedzy, a nie na emocjach.

Dotkliwa jest w filmie scena, gdy badacze opinii publicznej remainerowców przeprowadzają dyskusje z ludźmi z różnych kręgów społecznych na temat wad i zalet UE. Szef sztabu, Craig Oliver, nie wytrzymuje. Wparowuje do pokoju i zaczyna przekonywać bezrobotną kobietę, że “wyjście” zdestabilizuje walutę i pogorszy gospodarkę, a propagowana przez populistów “cena”, jaką Brytyjczycy muszą codziennie wysyłać do Brukseli, to bullshit. Ta kontruje, że i tak nie będzie miała pracy, najbardziej zależy jej na sprawnej służbie zdrowia a nie na stabilnej walucie, a prognozom polityków nie można wierzyć, bo już nieraz zawodziły przeciętnych zjadaczy chleba. Impas, niezrozumienie, przesiąknięcie wątpliwościami wobec establishmentu i gorączkowe poszukiwanie common sense’u, które gwarantują tylko lichwiarze z efektem Dunninga-Krugera. To nie apologia rządzącego establishmentu, ale wzajemna absurdyzacja prawdziwości, podważanie autorytetów nie dla uświadomienia społeczeństwa, ale dla tworzenia własnych, zdroworozsądkowych klik.

fot. Kadr z filmu “Brexit”
Zobacz również: Oscarowy Awards Watch #1 – Przewidywane nominacje w kategoriach „technicznych”

Na siatkę apokalipsy, którą zwiastuje z offu Cumberbatch, składa się również nienawiść. Jak mantra jest podczas kampanii powtarzana sprawa akcesu Turcji do UE, pogłębia się nienawiść wobec imigrantów (co bardziej targetuje sam Farage), obcych. I mimo że dla mieszkańców małych miast to nic personalnego, po prostu krzywo patrzą na ludzi, którzy zabierają im prace. Sugestywne reklamy na Facebooku, które brandzlują sami-wiecie-kto, ekspansja antagonistycznej retoryki w mediach społecznościowych, afiszujący się wciąż FarageJohnson tworzą potężną populistyczną bańkę, która spełnia podstawowe założenie tej ideologii – stworzyć wroga, choćby wyolbrzymionego, wspólnotę, która ma zagrażać interesom większości.

Jan-Werner Muller pisze dosłownie o wykluczeniu pewnej grupy ludzi ze społeczności. Brexit w przerażający sposób pokazał, jakimi mechanizmami posługują się technicy, spece od marketingu, ci, o których nie mamy absolutnie żadnego pojęcia, bo ich nie widzimy. Widzimy krzykliwych polityków w telewizji, ale to media społecznościowe są dziś najpotężniejszym narzędziem do wpływania na ludzi. To media, w których absolutyzowana jest wolność słowa w postaci fałszywych informacji, mowy nienawiści i czystej propagacji chaosu i polaryzacji. I to właśnie jest przerażające.

Twórcy starają się jednak jakoś usprawiedliwić Cummingsa. Wierzył on, że obalając obecny system, uda się wprowadzić nowy, lepszy – swego rodzaju reset. Udowadnia, że system zachodni coraz bardziej zawodzi i my, jako uczestnicy prawdziwej rzeczywistości, dokładnie to widzimy, czego najtrafniejszą egzemplifikacją jest ruch Żółtych Kamizelek. Ale bohaterowi nie udaje się dokonać resetu. To ten sam stary system, zmienił się jednak modus operandi. Zmieniła się demokracja, jaką znamy.

Zobacz również: Zestawienie 7 najlepszych polskich filmów – [Podsumowanie roku 2018 #2]

Bo to wszystko, co wykorzystano, by zdobyć głosy niezdecydowanych (frekwencja zwiększona o ok. 3 miliony wyborców), doprowadziło do sytuacji, gdzie już żadne racjonalne przesłanki nie mają racji bytu. Stają się przeterminowane, odległe, upadają pod ciężarem argumentów emocjonalnych. Analitycy zdołali trafić do niewyartykułowanych żądz obywateli, którzy nigdy w życiu nie głosowali. Do tych, do których nie przemawia naukowa wiedza ekonomiczna czy polityczna – bo do ilu nie-ekspertów przemawia ona całkowicie? O wiele łatwiej jest utożsamić się z prostymi postulatami, które cholera wie, jak zrealizować, niż z ciężkostrawną realizacją, że żyjemy w niedomagającym systemie. To najbliższe lata pokażą, czy rozwiązaniem jest dogłębna reforma państwa i nas samych czy powtórka z lat 20. sprzed wieku.

Brexit
fot. Kadr z filmu “Brexit”

Profetyczna czerń tych rozważań zostawia nas niejako osamotnionych w tym świecie, do którego status quo tak bardzo się przyzwyczailiśmy. To wizja, w której, całkowicie poważnie, możemy się w końcu obudzić z ręką w nocniku. Brexit traktuje przede wszystkim o populizmie, jego działaniu i o tym, jak podatni jesteśmy na niego jako społeczeństwo. Tak cenimy sobie wolność słowa, otwartość umysłu i naukę – nie dajmy się więc zantagonizować, poróżnić, spolaryzować. Efektem takiej polaryzacji są także dzisiejsze spory polityczne w Polsce, które prowadzą nieuchronnie to eksterminacji naszej wspólnoty obywatelskiej. Nie dajmy się oszukać, sprawdzajmy nasze źródła, brońmy się od erystyki, nie generalizujmy i nie twórzmy atmosfery toksycznych różnic, które wylewają się z social mediów. Jeśli chcemy prosperować w wolności, to trzeba zacząć być świadomymi tej wolności.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.