“Mowa ptaków” – Dlaczego wszystko musi się rymować? [RECENZJA]

Mało kto może to dziś pamięta, ale przed laty wstrząsnął Polską taki obrazek: grupa uczniów technikum zelżywa nauczyciela języka angielskiego, naśmiewa się z niego, od poniżających słów przechodzi do czynów. Portret ten wieńczy włożenie psorowi kubła na głowę. Scena ta głęboko zapisała się w świadomości Andrzeja Żuławskiego. To właśnie dlatego kubeł na głowie otwiera film Xawerego Żuławskiego, zrealizowany na podstawie przekazanego na łożu śmierci scenariusza ojca. To opowieść o zeszmaconych inteligentach, o szoku dzisiejszej Polski, gdzie jedynym językiem, zdolnym do wyartykułowania swojej frustracji i artystycznego anarchizmu, staje się Mowa ptaków. Ale to przede wszystkim hołd złożony ojcu, Endlösung filmografii Andrzeja Żuławskiego, którego kosmos zostaje przełożony na etnolekt filmu w formie żywej, totalnej, grafomańskiej – choć dobrze wiemy, że to słowo w kinie nie istnieje.

Przeczytaj również: Sebastian Fabijański: “Jestem właśnie w trakcie pracy nad swoją rzeczą hip-hopową. Nie jest to film.” [WYWIAD]

Już na samym początku otrzymujemy eksplicytną informację, jak osobistą formę przyjmuje Żuławski. Na kolaż starych zdjęć Andrzeja z młodości zaczynają nachodzić imitujące go współczesne fotografie syna. Portret syna z kolei przenika się z twarzą Sebastiana Fabijańskiego. Ten odgrywa w filmie rolę Mariana, nauczyciela etyki i pisarza, który najchętniej rzuciłby to w cholerę i oddał się tworzeniu. Udaje mu się to, kiedy zostaje relegowany ze szkoły po próbie ataku z nożem na jednego z uczniów. Była to próba obrony Ludwika, historyka – tego, którego uczniowie ukoronowali koszem na śmieci. Współlokatorem Mariana jest Józef, trędowaty muzyk, wspominający jak mantrę, że kiedyś mógł być wirtuozem. Panteon postaci komponuje też: Ala, młoda uczennica, za punkt honoru stawiająca sobie udokumentowanie na komórce wszystkich wydarzeń; kwiaciarka Maria, chroma luba Pisarza; Lucjan, brat Mariana, repatriant, malarz odrzucony na Zachodzie i w końcu Gustaw, zaszyty gdzieś w podwarszawskiej willi Mistrz, jak sam jest tytułowany w filmie.

Mowa ptaków

Multitekstualność i mnogość tematów wprost rozpiera objętościowo dzieło. W odbiorze nie pomaga opakowanie biograficzną błoną rodu Żuławskich, typowa dla seniora hiperekspresja czy charakterystyczna dla juniora  teledyskowa mania. Dodajmy do tego bełkotliwe dialogi i wszelkiego sortu referencje do Trzeciej części nocy, Opętania czy Na srebrnym globie. Autorzy tego nie ukrywają i jako recenzent muszę to zdradzić: Mowa ptaków to hermetyczne wyznanie. Do pełnej hermeneutyki skryptu potrzeba by porządnej znajomości dziejów ojca, przebicia się przez gąszcz nawiązań i warstw ironii, w końcu wybitnego stanu nietrzeźwości umysłowej.

Przeczytaj również: “Pewnego razu… w Hollywood”, czy może raczej Hollywood: Making Of? [RECENZJA]

Nikt z nas nie należy do tej loży masońskiej, jednak film daje nam poczucie w jakimś stopniu wtajemniczenia. Bo z jednej strony to intymne otwarcie pewnych komnat rodzinnych, np. relacji reżysera z matką, Małgorzatą Braunek, przekonwertowaną przez buddyzm. Ta niejednoznaczna, ale czuła relacja ma swoje odzwierciedlenie w kontaktach Józefa z umierającą gdzieś w domu starców matką. Albo konfrontacja z ojcem, istnym demiurgiem, od którego Marian pożycza pieniądze, a jednocześnie jakoś radzi się go o sztukę. Ten sam ojciec powtarza wciąż, że Ważne jest ego, ja – ty. Nie oni. Nie bez kozery przecież przy skończonym dziele Mariana to Gustaw siedzi na stołku reżyserskim. Bo może to wcale nie jest dzieło Mariana? Może od samego początku nie miało nim być?

Z drugiej strony Żuławski tworzy sui generis introspekcję w sam proces twórczy. W jednej z pierwszych scen Marian opowiada współlokatorowi, o czym ma być jego scenariusz: o Arkadii, krainie szczęścia i utopii, gdzie żyją uchodźcy, artyści, romantycy, a przewodzić ma im ten jeden jedyny wybraniec. Ale w toku wydarzeń ta opowieść się rozmywa, a zamiast tego pisarz sam staje się protagonistą, reżyserem, autorem, naprędce konstruującym fabułę.

Mowa ptaków bogata jest w sceny, gdzie bohater po omacku stara się skleić z następujących wydarzeń historię; wchodzi z Marią do mieszkania, które zamienia się w plan filmowy, a przed oczami przebłyskują im impresje wydarzeń, które jeszcze nie miały w tej historii miejsca. Innym razem postać Fabijańskiego leży na podłodze, wokół niego zbierają się bohaterowie, których on ad hoc zaczyna poganiać, dynamizować, a swoimi generalskimi krzykami Szybciej, szybciej!, faktycznie przyspiesza akcję. Film tworzy się na naszych oczach. Czy jest to film dobry? A może klapa? Wystrzelony z dezynwolturą wzrok ojca to coś, na co liczy protagonista, a już nie reżyser.

Przeczytaj również: Rozmawiamy z Dawidem Gryzą o 8. edycji Festiwalu Filmowego “Kocham Dziwne Kino” [WYWIAD]

Andrzej Żuławski zawsze mówił, że dla niego nieprzypadkowo sztuka i sztuczny brzmią podobnie. Według reżysera Diabła sztuka ma ze swej natury coś sztucznego. Kiedy Ala przybywa z Marianem do domu ojca, ten od razu bierze młodą pod skrzydła. Dziewczyna przybywa do pana Gustawa z przeświadczeniem, że jeśli przerażać, to tylko na niby. Jakby cała ta wydumana egzaltacja nie mogła być prawdziwa. Ale wtedy Mistrz od razu pokazuje jej Opętanie i scenę z Isabelle Adjani w metrze. I nikogo nie dziwią już słowa Daniela Olbrychskiego o fikcji mądrzejszej niż naprawdziwości. O fikcji tworzonej przez sztukę, która przeraża tym, że odklejona od rzeczywistości, dalej jest jej najwierniejszym odbiciem.

Kino tworzone przez Andrzeja, ta chroniczna ekspresja rozedrganego paralityka, to istna osobliwość, dla której ten film jest trybutem. Ciężko odbić się Mowie ptaków od oskarżeń o gloryfikację dorobku seniora, bo stanowi niejako przedłużenie jego żywota i zabicie gwoździami jego trumny. Prezentacja certyfikatów, dyplomów i plakatów z filmów stanowi zwykłe uhonorowanie persony Żuławskiego – jako zapomnianego przez ojczyznę artysty i jako ojca-geniusza – jakikolwiek by w tych rolach nie był.

Ale fenomenalne jest to, że Xawery nie boi się szturchać osadzonego na tym piedestale mistrzostwa. Jak bardzo demiurgiczny Gustaw, chyba nieprzypadkowo kojarzący się z Mickiewiczowskimi Dziadami, tłamsi swojego infanta, daje mu wskazania, które najlepiej żeby stały się dogmatami. Marian traktuje ojca z tym niebywałym respektem, ale jest w tym coś z postrzegania go per zgorzkniały dzikus, który oddzielił się od reszty ludzi i mędrkuje gdzieś w rodzinnych stronach. Obwarowany drewnem i nikłym światłem dom przypomina zresztą odszytą gdzieś od miasta “ruderę” z Życia rodzinnego.

Mowa ptaków

Jesteśmy też na Facebooku, polub fanpage Filmawki

Żeby było po prostu, musi zdarzyć się cud. Żuławski pragnie opowiedzieć o Polsce, którą trawi kliniczna choroba. Dalej rozprawia się tu o -izmach, o ideologiach, o trawionych przez nas abstrakcjach, jakby w zupełnym oderwaniu od problemów współczesności. Ostrze krytyki zostaje wymierzone w edukację, a szczególnie historię, bo to właśnie nauczycielem historii jest znieważony przez uczniów Ludwik, który z ofiary raptownie radykalizuje się w sprawcę i z dumą głosi: Nienawidzę. Portret radykałów, odchyleńców, polskiej rusofobii to przedłużenie wątków z Wojny polsko-ruskiej, ale tutaj nabiera to aktualnego, choć wciąż ostro przerysowanego, rysu.

Siermiężnie napisane postaci uczniów to trochę wynik dezaktualizacji młodzieżowych dialogów pióra Andrzeja, ale trochę też groteskowej trawestacji. Wśród haseł żydokomuna, Mazowiecki był Żydem czy Jeszcze Polska nie zginęła momentami słychać także Polska gola! Absurdem polskiego wychowania w patriotycznej wierze staje się wiara w imposybilistyczne hasła dumnej Rzeczpospolitej, gdzie co chwilę dyskutować musimy, kto z kim pił w Magdalence albo czyim bohaterem jest Jaruzelski. Oderwanie od pępowiny historycznych sporów staje się niemożliwe, a bohaterom pozostaje okopywanie się w swoich radykalizmach, historyzowanie o IPN-ie, Smoleńsku i Marszach Niepodległości. Zresztą, widzimy to na co dzień.

Przeczytaj również: Dziewięć żyć KOTÓW na ekranie [ZESTAWIENIE]

Osobnym wkładem w filmie jest sam język. Bo tytułowa mowa ptaków, która przewija się w historii jako pewien wytrych, to właśnie sposób porozumiewania się bohaterów w tej rzeczywistości. To czasem niezrozumiały, altertematyczny bełkot, cytowanie na zmianę Pana Tadeusza i hymnu Polski, używanie Maksyma Gorkiego jako riposty i Złocistych chryzantem jako wtrącenia. Często są to rozmowy jakby żywcem wyjęte z klasycznego Żuławskiego, przemielone jeszcze przez próbę czasu. Jeden z bohaterów mówi o Lwie Tołstoju, drugi o królu dżungli. Mimo tych elementarnych nieporozumień i kontrapunktów jest to dla tych ludzi, inteligentów, artystów, tworzących niemożliwe dla siebie dzieła, jedyny wspólny język. Tylko w tej wolnej, niezobowiązującej ekspresji czują się swobodnie i niewymuszenie. Jak mówi Józef: Nuty! A słowa? Byle jakie. Słowa stają się drugorzędne, to rytm, tempo, muzyka sprawiają, że całe to zbiorowisko ludzi opisywanych przez starego Żuławskiego znalazło ten wspólny kanał porozumienia.

A teraz najważniejsze. Dla mnie to film o wolności. O wolności od i o wolności do. Od konwencji, cenzury, poprawności, oczekiwań i sensu. Do kabotyństwa, mitomaństwa, kreowania, wyrażania siebie i otoczenia. Ośmielę się postawić tezę, że cały ten bełkot i kinetomania (zamiast grafomanii) to właśnie prawdziwa esencja filmowej muzy. Xawery otrzymuje obraz, wcale nie taki wtórny wobec ojca, wyrażając czystą wolność artykulacji uczuć i emocji – werbalnie i pozawerbalnie. Dlatego z tak niewytłumaczalnych powodów trzeba zakochać się w kreacji Marty Żmudy-Trzebiatowskiej, która zagryza się w swojej sterylnej willi śledzikiem i zapija sokiem z kapusty; w Borysie Szycu bawiącym się swoją kolekcją samolocików z II wojny światowej; a w końcu w wybitnym Sebastianie Fabijańskim, którego postać, zawieszona między pewnym siebie pisarzem a niedorośniętym gówniarzem, znajduje się w immanentnym akcie twórczym. O aktorach można by wspominać jeszcze wiele, ale dla legendarnej pary braci Mroczków po prostu warto obejrzeć sam film.

Przeczytaj również: “Bacurau” – Czy postkolonialiści marzą o elektronicznych komunach? [RECENZJA]

Mowa ptaków to przeżycie, które musi podzielić. Jednych odrzuci ze względu na bezsprzeczną hermetyczność, drugich – rzekoma apoteoza rzemieślnictwa zmarłego ojca. Ja uważam to za hołd, ani nie idealny, ani nie chybiony, ale nie jest to jedyny temat. Pewna narracja opowieści o ukochanym kraju; kalekich ludziach, marzących o życiu w raju; o anarchistycznie pojmowanej miłości do kina; o cierpiącym na wściekliznę, trąd, na czyja to wina. Tylko dlaczego wszystko musi się kurwa rymować?


4.5/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.