FilmyRecenzjeStreaming

“Nieoszlifowane diamenty” – Brylant nocy [RECENZJA]

Kamil Walczak
Nieoszlifowane Diamenty
fot. Materiały prasowe / Netflix

Nieoszlifowane diamenty to jeden z ostatnich tchów wydanych przez lata dziesiąte XXI wieku. Mocą opóźniających prądów morskich (i wyłącznie netflixowej dystrybucji) trafiają one na europejski grunt już w nowym 2020 roku. Poprzedni film Safdiech został zresztą potraktowany podobnie – po okazjonalnym seansie na festiwalu (American Film Festival) trafił niebawem do streamingu. Skandaliczne zlekceważenie – z całą siłą pretensjonalności tych słów – w sezonie nagród i brak kinowej premiery naraża ten film na proste zignorowanie, przepadnięcie w buszu kolejnych mierzących siły na Oscary nowości. Good Time to przystająco podobny kazus. Ale niech serca czytelników pokrzepi to: bracia Safdie rozkręcą lata dwudzieste. Swoimi diamentami drążą już w złocie.

Osadzenie akcji Uncut Gems w roku 2012 to znak czasu. Josh i Benny próbowali stworzyć ten film już od bagatela 10 lat, od samego początku widząc Adama Sandlera w roli protagonisty, co z lubością jest teraz wypominane w licznych wywiadach i talk-showach. Pryzmat czasu jest zresztą bardzo istotny, bo wtedy to w 2009 r. Safdie stworzyli swoją pierwszą fabułę, Go Get Some Rosemary. W ciągu dekady wyrobili swoją markę, nakręcili przełomowe dla ich kariery Good Time i mogli w końcu sfinalizować wyczekiwany projekt. Ale dosyć tych kulis.

Howard Ratner jest żydowskim jubilerem z 47th Street w tzw. Diamentowym Dystrykcie (Diamond District). Jest wpakowany w długi, mało kto traktuje go poważnie, a żona planuje go zostawić po Święcie Przaśników. Ale już za chwilę jego los może się odmienić. Otrzymuje upragnioną paczkę od czarnych Żydów z Etiopii, a w niej drogocenny kamień, mieniący się, opalizujący i hipnotyzujący. Może wygrać wszystko, a może wszystko się spieprzy. I czas. Czas ucieka.

Nieoszlifowane diamenty
fot. Materiały prasowe / Netflix

Aby godnie na piśmie oddać tempo, które egzekwują na protagoniście reżyserzy, należałoby radykalnie skrócić zdania. Zdynamizować je. Puścić w ruch. Urywać wpół. Nie dokańczać. Howard jest pod presją w stanie constans. Nowe bety. Urywane telefony. Replikowane dialogi i bluzgi. Dezorientacja – widza, bohaterów – zresztą słuszna. Kamera w nieustannym ruchu, z masą cięć i zbliżeń, ale też dłuższych, śledzących ujęć. To mistrzowskie, co dla niektórych nie będzie zaskoczeniem, że bracia Safdie nie pozostawiają widza w nudzie ani na minutę, maltretując go bodźcami, opakowując postacie gestami i dramatem, budując naprawdę wartką, pociągającą fabułę. Na deser powiew świeżości ich kinematografii – obskurne, miejskie portrety z wykorzystaniem dronów, plany ogólne stylizowane na kamerę przemysłową i zbijające z tropu zbliżenia.

No i muzyka. Daniel Lopatin, kolejny raz po Good Time, czyni z warstwy audialnej absolutne kinowe doświadczenie, produkt należycie koszerny. To nie tylko kwestia niepokojącego ambientu, który wpasowuje się w narrację, a często ją wręcz eskaluje, ale i samego zamontowania muzyki w filmie. Jest ona na tyle podkręcona, że czasami prawie zagłusza dialogi, potęguje zagubienie i półtrzeźwy stan samego seansu. Od pierwszych scen powoduje to jakąś niespokojność, poddenerwowanie, może irytację. Z momentalną relewantnością wychwycą to o tej porze roku studenci i wszyscy z deadline’em o północy. To ten potęgowany, aplikowany dawkowo stres sytuacji, która z każdą chwilą zyskuje coraz więcej odcieni. Nie sposób nie czuć przy tym stopniowego pogrążania się w polimanii procesu myślowego, fizycznej immersji, dosłownych drgań na ciele, które wywołać potrafią tylko wielcy kina sensualnego (patrz: Gaspar Noé).

Przeczytaj również:  "Košarkar naj bo" – Prosta, schematyczna historia o sporcie [RECENZJA]

W Uncut Gems niepodzielnie panuje chaos, a u podnóża ma żądzę i chciwość. Howard z wyrachowaniem drąży w zakładach, transakcjach, chce chorobliwie pomnożyć majątek, wciąż mając na karku horrendalne długi. To życie napędzane ciągłym zagrożeniem. Na pozór można tu szukać prostych analogii z Good Time i Conniem, ale postać odgrywana przez Roberta Pattinsona zakleszczyła się w całej sytuacji, by w końcu wyciągnąć z aresztu brata. Tutaj Howie chce po prostu więcej, chorobliwie więcej, bo właśnie tak wygrywa. Ludzie dokoła niego nie traktują go poważnie, ale ma to się zmienić. Dostrzega w opalu zysk, któremu przypisuje wartości absolutne. Opalizujący kamień to dla niego świecidełko, które ma zmienić przeklęte losy.

Nieoszlifowane diamenty
fot. Materiały prasowe / Netflix

Bracia nie silą się jednak na żadne moralizowanie, a jeśli coś pokazują palcem, to raczej pożogę całej akcji, a nie moralne permutacje działań bohaterów. Pod tym względem film zostaje brutalnie spuentowany, urwany w bardzo skonkretyzowanym momencie. Po seansie zostawia z czymś na kształt szoku – to chwila uświadomienia sobie intensywności zaszłego przeżycia. Katalizuje to wszystko cudowny, diamentowy strumień świadomości i L’amour toujours. Gigi D’Agostino prowadzi tu wprost ku upragnionemu katharsis. Wnioski mogą przyjść już po doświadczeniu, ale podobnie jak w przypadku np. Climaxu, samo przeżycie staje się największą wartością, a najlepiej zakodowane impresje to te emocjonalne erupcje i kontrapunkty. Nie umniejszając intelektualnym rozkładom i analizom zdarzeń – są zwyczajnie mniej filmowe.

A skoro już tyle mowa o doświadczaniu i przeżyciach, to trzeba trochę poubolewać nad sprawą smutną, która spotkała też poprzedni film Safdiech: niestety filmu nie obejrzymy w kinach. Kino amerykańskiego rodzeństwa znów obejrzymy jedynie w domu. Możemy tylko pozazdrościć szczęściarzom, którzy wybrali się na Uncut Gems w listopadzie na festiwalu Camerimage w Toruniu. Bo jak wspominałem, to fantastyczne doświadczenie, tak audialne, jak i wizualne, pieczołowicie nakręcone i zmontowane, żywe i immersyjne. Swoje ostatnie dwa filmy reżyserzy (wraz ze stałym współpracownikiem, scenarzystą i montażystą Ronaldem Bronsteinem, tzw. trzecim bratem) nakręcili po rozrywkowemu, na modłę arthouse’owego blockbustera, naszprycowanego pieniędzmi, zakładami, lichwą, bluzgami i przemocą oraz oszałamiająco stylowym scenariuszem. Z drugiej strony nie ma się co obruszać, dla wielu bracia są i będą poza dyskursem, a zlekceważenie w sezonie nagród głównego nurtu wcale im nie pomaga. Ale kolejne filmy pomagają – zdaje się, że ugruntowali oni już własny język kina, którym mogą porozumiewać się z widzami i samymi sobą. A aktualnie jest to jeden z najciekawszych głosów amerykańskiego kina, nie tylko tych młodych.

Przeczytaj również:  “Żegnaj, mój synu” – chińska epopeja o bezradności [RECENZJA]

Jeśli chodzi o Adama Sandlera i jego kreację, to zasługuje on na osobny paragraf. Bo to występ fenomenalny. I nie chodzi bynajmniej o to, że Sandler w końcu gra rolę dramatyczną – to zdarzało się przecież wcześniej, m.in. w Lewym sercowym Paula Thomasa Andersona. Gość po prostu bardzo lubi komedie i nic nam do tego, choć mogło wydawać się, że trochę zakluczył się w monogatunkowym przekazie. Dlatego warto było przebić tę bańkę. Ponadto Howard jest postacią napisaną właśnie dla niego, choć w filmie oczywiście wygląda, brzmi i zachowuje się inaczej. To kwestia symbiotycznej współpracy z Joshem i Bennym, wplątanie Sandlera w wir szaleństwa, a także niewątpliwego talentu samego aktora. Jego kreacja jest tak niebywała, jak niepokojąca; zanurza widza w świecie Diamentowego Dystryktu, prześladowczych długów, świecie jubilerskich biznesów i zapętlających się na szyi koneksji. W wielu elementach widać też wsiąknięcie Sandlera w postać, improwizację i pasję, ale nie nazwałbym tego „szarżowaniem” i nie umniejszałbym temu zaangażowaniu.

Nieoszlifowane diamenty
fot. Materiały prasowe / Netflix

Uncut Gems ogólnie może poszczycić się świetną obsadą, choć wielu jej członków bardziej jest związanych z rynkiem jubilerskim niż przemysłem filmowym. Występuje tu również Kevin Garnett, w roli siebie samego – czołowego gracza Boston Celtics podczas play-offów NBA w 2012 roku. Garnett zaskakuje zresztą nie tylko samą obecnością, jego występ jest znakomity, a jego fascynacja opalem to kluczowy leitmotiv filmu. Swój epizod odnotował tu także The Weeknd, znakomitą passę kontynuuje Lakeith Stanfield (ostatnio w Na noże), a Julia Fox zalicza fantastyczny debiut aktorski (sic!).

Bracia Safdie komponują zatem symfoniczną petardę, zasklepiając ją w swojej undergroundowej estetyce. Dla wielu, mam nadzieję, będzie to topka roku, ale pewnie podobnie jak w przypadku Good Time (do którego odwołuję się po raz n-ty), na pewno podzieli widownię. A nic tak pięknie nie jednoczy w miłości do kina jak podział.

Ocena

8.5 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

„Good Time”, „Climax”

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.