Advertisement
American Film Festival 2021FestiwaleFilmyRecenzje

Marsylski błędnik. Recenzujemy “Stillwater” Toma McCarthy’ego

Kamil Walczak
Fot. Kadr z filmu "Stillwater" / American Film Festival

Bez względu na rozmiar nagrodowej fety w 2016 roku “Spotlight” był solidniakiem. Zanurzony w dziennikarskim śledztwie i zadłużony w gatunkowym tempie świetnie sprawdził się do opowiedzenia ważnej historii o tuszowanych przestępstwach pedofilskich. Niestety w przypadku kolejnego projektu McCarthy, co szybko okazuje się jasne jak słońce, nie ma zbyt wiele do zaoferowania.

Reżyser do cna wykorzystuje struktury narracji klasycznej – ze wszystkimi jej punktami zwrotnymi, kulminacjami, ekspozycjami. I nie byłoby w tym przecież nic złego, gdyby nie rażąca miałkość tej realizacji – wspomnę tylko nieznośnie amorficzną kreację Matta Damona, niezrozumiałą dynamikę romantyczną czy nawet sam metraż, który tak niepotrzebnie wydłużył film do 140 minut. Po wiktorii sprzed 5 lat spodziewałem się, mimo wszystko, sprawności i spełnionego gatunkowca.  Tymczasem Stillwater razi schematami i przerysowanym amerykańskim optymizmem, w myśl którego zdeterminowany ojciec przeniesie góry i wykopie rowy, żeby udowodnić niewinność swojej baby girl. Poczucie amerykańskiego patosu wskazane.

stillwater
Fot. Kadr z filmu “Stillwater” / American Film Festival

Jeśli więc film McCarthy’ego nie jest spełnionym gatunkowcem, to czym jest? Dość standardowym miksem kryminału, thrillera i obyczajówki; trochę whodunnit z twistem i komizmem nieporozumień (na szczęście z większym smakiem niż w Emily in Paris). Z tych różnic kulturowych (ale też klasowych) składa się dość dobrze poprowadzony wątek obyczajowo-romantyczny – przepracowywanie traum, odkrywanie na nowo emocjonalności i naprawdę udane zabawne interakcje. Nim się jednak obejrzymy, następuje powrót do kryminalnego leitmotivu, klimaksowa wywrotka i przywrócenie status quo z drobną aktualizacją.

Przeczytaj również:  Pięć Smaków. Recenzujemy "Liście Komeliny"

Proszę wybaczyć tę suszę bijącą z mojego tekstu, ale Stillwater pozostawił mnie w stanie obojętności – no i okazjonalnego zakłopotania. Nie byłem w stanie poważnie traktować roli Matta Damona, choć chwalonego, dla mnie zwyczajnie zabawnego w tym esencjonalnym amerykanizmie rodem z Oklahomy. Wiecie, zaportkowana w jeansy koszula w kratę z krótkim rękawem, okulary à la Terminator, obligatoryjny zimny łokieć. Bil Baker to dobry chłopak, zawsze mówi “dzień dobry”, “m’am” i “sir”. Za twardą skorupą zmanieryzowanej grzeczności kryje się archetyp prawdziwego Amerykanina, który łączy w sobie zmysł detektywistyczny, zaradność i przede wszystkim determinację. McCarthy nie unika też wskazywania na różnej maści głupotę protagonisty (jak choćby wkroczenie do dzielnicy imigrantów w Kallisté), jego ignorancję, ale nie jestem pewien, w jakim stopniu wchodzi w to również głupota samego scenariusza – niestety to ostatnie tyczy się głównie fabularnych pociągnięć i wykończeń, a tych nie chciałbym zdradzać. Wystarczy powiedzieć tyle: jak na film, który stara się być w porządku wobec konserwatywnych, białych Amerykanów z Południa, jakoś chętnie wchodzi w tryb amerykańskiego zbawcy, w tym przypadku ekspandującego na Francuzów oraz arabskich i czarnych imigrantów.

stillwater
Fot. Kadr z filmu “Stillwater” / American Film Festival

Pojawia się jeszcze jedna sprawa, w pewnym sensie analogiczna do polskiego przypadku z filmem Prime Time Jakuba Piątka. Tom McCarthy w wywiadzie dla Vanity Fair implikuje, że historia Stillwater została bezpośrednio zainspirowana przez sprawę Amandy Knox, która w 2007 roku podczas wymiany uczelnianej w Perugii została oskarżona i skazana za morderstwo swojej współlokatorki, Meredith Kercher. Po batalii sądowej w 2015 roku została uniewinniona przez włoski Sąd Najwyższy, kiedy wykazano winę Rudy’ego Guedego, syna iworyjskiego imigranta. Amanda Knox opublikowała na swoim blogu na Medium wpis, w którym oskarża McCarthy’ego i Damona o wykorzystanie jej wizerunku i historii bez jej zgody. Oskarżenie to jest o tyle zasadne, że Stillwater w dość „luźny” sposób pogrywa sobie z oryginalną wersją wydarzeń, przypisując Allison (skazanej córce Billa) bardzo niejednoznaczne motywacje i działania – zaogniając teorie sprzed lat i dopisując nowe. Siła rażenia dzieła produkowanego przez Universal Studio i Dreamworks jest bez porównania większa niż ta Amandy Knox – bez względu na to, jak to naprawdę wyglądało. Podobnie jak przy filmie Piątka, to sytuacja zwyczajnie niesprawiedliwa.

Ocena

4 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.