“Podbić Kongres”, czyli jak pokonać establishment i przywrócić wiarę w politykę [RECENZJA]

Po wyborach w naszym kraju rozgorzała dyskusja – strona wygrana, jak zawsze, udowadnia, że jest znacznie lepsza od opozycji, całkowicie ją marginalizując. Strona przegrana szuka winnych – nie tylko wśród swoich (a nawet czyni to z rzadka), ale też w innych – często mniejszych partiach i wyborcach, którzy nie oddali na nią głosu. I oczywiście, możemy załamać ręce i stwierdzić, że przecież ta sytuacja nie ulegnie nigdy zmianie, bo machina wyborcza tak już u nas wygląda – trwa od kampanii do kampanii. Możemy wyzywać siebie od “zdrajców”, “sprzedawczyków”, “motłochu” i patrzeć kto głośniej krzyknie “zwyciężymy!”. Możemy umniejszać oddolnym inicjatywom, bo to w końcu tylko “jeden procent” i nie warto na niego głosować. Ale możemy też zrobić introspekcję, potem przeczytać programy (choć i one zdają się świętym Graalem naszej sceny) i zagłosować nie rozumem, a ideowym sercem. A potem obejrzeć Podbić Kongres i zrozumieć, że wbrew powszechnej opinii, nasz rzekomo “zmarnowany” głos, nie musi oznaczać porażki.

Zobacz również: “John Wick” prawem, nie towarem [FELIETON]

Debiut Rachel Lears możemy podzielić na dwie części. Jedna poświęcona jest Alexandrii Ocasio-Cortez, która w wieku 29 lat postanowiła wystartować w demokratycznych prawyborach przeciw czwartej najważniejszej postaci w partyjnych strukturach – Joe Crowleyowi, który na stołku w Kongresie siedział już przez 19 lat, a od parunastu nikt nie próbował kontestować jego władzy i pozycji. Druga, będąca przebitkami kampanii Cortez, opowiada o innych kandydatkach (niekoniecznie równie lewicowych co Alexandria), które postanowiły stanąć w szranki z molochem partyjnym w swoich okręgach i udowodnić, że można przeprowadzić kampanię bez wsparcia establishmentu i pieniędzy od korporacji czy ludzi z Wall Street.

Podbić Kongres
Podbić Kongres

Lears nie decyduje się jednak na prostą dokumentacje sukcesu. Z jednej strony boi się popadać w hagiografię, a z drugiej ma świadomość, że nie zawsze ten sukces czeka za rogiem. Nie wszystkim bohaterkom się uda – mimo, że każda zdaje się posiadać wszystko co potrzebne by zmienić swój kraj na lepsze. Nie każda zasiądzie w Kongresie, mimo że jej głos zdaje się być powiewem zmian. Nie każda wreszcie zdobędzie potrzebne źródła finansowania, co pogrzebie jej szanse sukcesu. Ale każda powtarza – “By choć jedna z nas mogła wejść do Kongresu i coś zmienić, setka musi przegrać, ale udowodnić, że też mogła wystartować”.

Zobacz również: “Tyrel” – Nie jestem twoim murzynem [RECENZJA]

Reżyserka nie popada też w radykalizm i nie stara się powiedzieć “każdy z was może coś takiego zrobić”. Nie – każdy musi mieć impuls, który spowoduje, że będzie chciał działać. Momentami Podbić Kongres przypomina psychoanalizę każdej z bohaterek, próbując odkryć co jest ich motorem napędowym. Dla Amy Vileli będzie to zmarła córka, która z powodu braku ubezpieczenia nie mogła zostać poddana odpowiednim badaniom. Dla Cori Bush będzie to strzelanina w pobliskiej okolicy, w której zginął niewinny mężczyzna. A dla Pauli Jean Swearengin impulsem stanie się zatrute powietrze, spowodowane zbytnią eksploatacją kopalni w Zachodniej Virginii. Cortez natomiast zrobi to wszystko dla swojego ojca, który powtarzał jej – “Kongres jest też Twój!”.

Dla samego filmu natomiast, bez żadnych wątpliwości, motorem napędowym jest sama Alexandria Ocasio-Cortez. Dzięki nienachalnemu i nieingerującemu w życie obiektywowi kamery, możemy ujrzeć czemu stała się symbolem walczącej o swoje prawa klasy pracującej. Czemu porwała za sobą tłumy, niezależnie od ich pochodzenia, orientacji czy statusu majątkowego. Czemu mówi się, że w przyszłości to ona będzie kandydatką Demokratów na fotel prezydencki USA. I wreszcie – czemu udało jej się dokonać największej oddolnej zmiany w historii Partii Toma Pereza.

Podbić Kongres
Podbić Kongres

To co jednak najbardziej mnie zachwyciło w Podbić Kongres, to decyzja Lears by za głównego złego nie obierać Donalda Trumpa i Partii Republikańskiej, a Demokratyczny establishment i złych Demokratów sterowanych przez pieniądze, a nie własne idee. Czym bowiem różnią się nagrania Trumpa z czasów elekcji od rubasznie śmiejącego się Crowleya, gdy jego wyborca nazywa Ocasio-Cortaz “Very stupid woman”, by potem zapytać “What is she thinking?”. Czym różni się Crowley od jakiegokolwiek doświadczonego polityka z Kongresu, gdy w trakcie debaty używa zasad erystyki Schopenhauera, atakując swoją kontrkandydatkę za coś, czego nawet nie zrobiła? Czym różni się “ikoniczny” Demokrata od innego znudzonego pracą polityka, gdy z góry skazuje Cortez na porażkę i unika debat z udziałem swoich wyborców?

Zobacz również: “Oddech” [“Breath”] – Mentalista został surferem [RECENZJA]

Po stronie formalnej czuć jednak telewizyjność całej produkcji. Nadużywane są zdjęcia z drona, w tle gra nazbyt dramatyczna muzyka (zdecydowanie zabijająca całą opowieść), a często nachalne cięcia powodują, że wybijamy się z bardzo dobrze zbudowanej dramatycznie historii. Szkoda – bo narracja, szczególnie w wątku Ocasio-Cortez, jest zbudowana po mistrzowsku i świetnie balansuje między patosem, a tak znamienną w politycznym życiu Alexandrii “zwyczajnością”.

Oczywiście trudno przełożyć historię ze Stanów na jakikolwiek inny system polityczny, gdyż ichniejsza kultura wyborcza czy też świadomość własnych poglądów, jest nieporównywalna z chociażby naszą (patrząc na przykład na frekwencję). Jednak pewne trendy pozostają takie same, a by coś zrobić i coś zmienić – w swoim życiu i życiu innych – musimy uwierzyć, że zmiana leży w naszej gestii.

I nie każdemu z nas się uda, nie każdy wygra ze stagnacją, ale warto próbować. Bo choć Podbić Kongres opowiada o progresywnych demokratach, to jego przekaz jest uniwersalny. Mówi on: “Każdy głos, niezależnie czy kelnerki w lokalnym barze, szefa prosperującego start-upu czy też CEO miejscowej firmy, jest sobie równy. I każdy głos ma znaczenie i może coś w tym świecie zmienić”.


3.5/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.