Advertisement
Recenzje

Ćpuny płodności [FELIETON]

Maciej Kędziora

Gdy Anthony Doerr pisał Prokreację nie spodziewał się, że nieco ponad dziesięć lat później tematyka in vitro stanie się osią sporów światopoglądowych, a sama wizja posiadania dzieci zacznie być kwestionowana moralnie. W 2019 roku coraz głośniej mówi się o przeludnieniu planety, rezygnacji z potomstwa w obliczu kryzysu klimatycznego, a także o coraz większych problemach z bezpłodnością, których przyczyn nadal nie potrafią ustalić lekarze. Nie dziw więc, że ludzie coraz częściej zadają sobie pytanie, czy warto walczyć o szanse na urodzenie potomka. 

Kino nie mogło pozostać obojętne wobec narastającej debaty, patrząc na sprawę z perspektywy bliskiej Doerrowi. Perspektywy, która nakazuje wierzyć w zbawczą siłę rodzicielstwa. Stąd też niedawno powstałe, dwie znakomite produkcje, Życie prywatne i Boska miłość, o “ćpunach płodności”, którzy dążąc do spełnienia swojego marzenia o synu lub córce, są w stanie poświęcić nie tylko cały majątek, ale również budowane od lat związki. Z tym że, w przeciwieństwie do większości filmowych historii o ludziach uzależnionych, tym razem jedynym co może uratować bohaterów będzie nie odwyk, a przypadek. 

Profil pacjenta 

Ofiara bezpłodności ma twarz przedstawiciela klasy średniej, wykształconego mieszczucha w stabilnym związku. W naszym przypadku będą to twarze Rachel i Richarda, artystów w okolicach czterdziestki z Życia prywatnego, Joany i Danilo, biurokratycznej urzędniczki i utytułowanego florysty z Boskiej miłości, oraz profesora Herba i Imogene z Prokreacji

Za każdym ze związków stoi jednak inna historia. Bohaterowie filmu Jenkins zdecydowali się wiele lat wcześniej poświęcić szczęście tradycyjnej rodzinnej sielanki na rzecz ich wspólnego “dziecka” – awangardowego teatru w samym sercu Nowego Jorku. Joana i Danilo, choć biblijnie związani duszą i ciałem a prawnie – węzłem małżeńskim, nie potrafią “zasiać właściwego ziarna”. Dla Imogene i Herba alternatywne metody zapłodnienia były początkowo wygodnym rozwiązaniem, które z czasem przerodziło się w największe przekleństwo. 

Ze względu na światopogląd będą ich również dzielić środki podejmowane do osiągnięcia wymarzonego celu. W religijnym, brazylijskim domostwie będzie to wznoszona obligatoryjnie co wieczór modlitwa oraz spotkania seksualnej sekty Divino Amor, umacniającej małżeński stan. Paradoksalnie, znacznie mniej wyzwolone sposoby przyświecają liberalnym artystom, próbującym wszystkich legalnych i rzekomo sprawdzonych dróg: in vitro, surogatek, adopcji prenatalnej czy tradycyjnej. Niezależnie jednak od podejmowanych prób, wszystko spełza na niczym. 

Zarówno w Boskiej miłości, jak i Życiu prywatnym poznajemy bohaterów w momencie stagnacji i znudzenia kolejnymi nieudanymi próbami. Nogi Rachel pokryte są opuchlizną i bliznami po kolejnych zastrzykach pronatalnych, a oczy Joany przekrwione po kolejnej samotnej, bezsennej nocy. Nawet spokojny, archetypiczny, kochany wujek Richard, nie ma w sobie dawnej ikry, znanej z wycinków gazet opisujących jego lata twórczej świetności. W oczekiwaniu na kolejny cykl każdy z nich zachowuje się jak narkoman w delirium, nie wiedzą co ze sobą począć, nie potrafią skupić własnych myśli. Ich życie sprowadza się do prowadzących donikąd, acz dających złudną nadzieję, cykli. 

Ciąg cyklowy 

Mimo różnego podejścia, cykle możemy podzielić na wspólne dla obu par trzy części: przygotowania do zapłodnienia, akt (medyczny/spirytualistyczny) i oczekiwanie na wyniki badań. 

Rachel i Richard odmierzają czas cyklu kolejnymi iniekcjami, zużytymi igłami, połkniętymi ampułkami i wizytami u lekarzy. Choć na ich twarzach wymalowane jest zmęczenie, a proces przyjmowania kolejnych medykamentów i probiotyków zdaje się być już całkowicie pozbawiony celowości, to etap przygotowań jest jedynym momentem, gdy na horyzoncie tli się nadzieja. 

W bardzo klinicznym podejściu Życia prywatnego do tematyki zabiegów in vitro czuć szczerość, z jaką opowiada o niej Tamara Jenkins. Podobnie jak w przypadku jej pozostałych filmów – czy to Rodziny Savage, gdzie przepracowała demencję swojego ojca, czy Slumsów Beverly Hills, w których opowiadała o własnym dzieciństwie na biednych peryferiach metropolii – i tu mamy do czynienia z autobiografizmem. Reżyserka przenosi bowiem na ekran swoje doświadczenia starania się o potomka, kiedy to wydawała większość pieniędzy na zabiegi mające zwiększyć szanse na wymarzoną córeczkę. 

Drobiazgowość i wnikliwość, z jaką Życie prywatne przechodzi przez poszczególne etapy procedury sztucznego zapłodnienia w pewien sposób dehumanizują cały proces, ukazując wszystkie wady systemu. W jednej z kluczowych scen, lekarz zapytuje Rachel leżącą na stole operacyjnym, czy lubi progresywnego rocka. I mimo negatywnej odpowiedzi w tle rozbrzmiewa istna kakofonia dźwięków. Jenkins tym samym podkreśla, że w całym procesie starania się o dziecko, gubi się jeden z najważniejszych czynników – sam rodzic. 

Cykl w świecie Boskiej miłości jest natomiast sprzeczny moralnie i etycznie. Sam proces przygotowań to wyraz uduchowienia – wiąże się z wysłuchiwaniem niebiańskiego hymnu w anturażu spowiedniczego drive thru, a także wspólnym odczytywaniem wybranych fragmentów Ewangelii. W futurystycznej Brazylii najważniejsze są bowiem dwie sfery: sfera boska i biurokratyczna. 

W obu przypadkach Joana jest skrajną dewotką, w pełni oddaną Trójcy Świętej i totalitarnemu systemowi. W przeciwieństwie do liberalnego małżeństwa z Życia prywatnego, jej wątpliwości są dla niej jedynie szatańską próbą, a ona sama znajduje się na pustyni, gdzie po wielu dniach usłyszy wreszcie głos Boga, zsyłającego na jej łono łaskę. 

Nie wszystko można jednak pozostawać w gestii Stwórcy, dlatego też wraz z mężem i zaciągniętymi przez nią małżeństwami w rozsypce, uczęszcza na spotkania grupy wsparcia. To tu dochodzi do orgiastycznego połączenia ciał w ramach osiągnięcia miłosierdzia i wybawienia ode złego – wyzbycia się zazdrości i edeńskiego grzechu. Wszystko ku wyższemu dążeniu rozmnożenia, stającego się dla braci i sióstr w wierze celem przewodnim egzystencji. 

To ironiczne zakłamanie myśli biblijnej przedstawiane na ekranie przez Gabriela Mascaro nie ma jednak jedynie wymiaru satyry. To krzyk rozpaczy małżeństwa uwięzionego w płodnej dystopii, w której to rodzicielstwo jest najbardziej pożądanym stanem u człowieka. Rozpaczy, która pozwala im łamać podstawowe zasady, które rzekomo im przyświecają, chociażby IX przykazanie. 

By dobitnie ukazać jak bardzo dziecko prześladuje wszystkich mieszkańców wykreowanego przez Mascaro świata, umieszcza on w roli narratora małego chłopca, którego głos przeszywa narrację od otwierającego kadru. W szczególności rozdzierająca jest stylizacja jego wypowiedzi na przypowieść, pozwalająca nam sądzić, że nie oglądamy wizji przyszłości rodem z Black Mirror, a parabolę z całkowicie nowej i dotąd nam nieznanej Ewangelii. 

Oczekiwanie na wyrok 

Jak okres cyklu możemy przyrównać do kompulsywnego rytuału, który pochłania bohaterów, tak oczekiwanie na wyniki – do euforycznego upojenia, podszytego niepewnością. To chwile, po raz pierwszy malowane ciepłymi kolorami kadrów, będą zwiastować to, co ma dopiero nadejść – a przynajmniej to co według zapewnień medycyny/Słowa Bożego nadejść powinno. 

Znamienne jednak, że w momencie gdy poznajemy każdego z uzależnionych od prokreacji bohaterów, ta entuzjastyczna antycypacja jest z próby na próbę coraz mniejsza. Jakby kolejne stosunki seksualne Joany oraz nowe zastrzyki hormonalne w przypadku małżeństwa Grimesów stały się już rutyną, a nie faktyczną próbą zajścia w ciążę. 

Nie oznacza to jednak, że czarnowidztwo uprawiane przez małżeństwa pozbawia je ostatnich pociech: niecierpliwego czekania na telefon, spóźnionego okresu czy w przypadku Boskiej miłości komunikatu o zapłodnieniu przy “bramkach płodności”. Ten moment znakomicie oddaje jedna ze scen z filmu Jenkins, w której małżeństwo otrzymuje telefon od dziewczyny oferującej im noszone przez siebie w brzuchu dziecko. Trudno opisać przez co przechodzą wówczas Rachel i Richard, gdy w ich oczach pojawia się nadzieja, a dotychczas odległe marzenie wreszcie staje się namacalne. 

Ta niespełna trzyminutowa sekwencja pozwala naszkicować stopień desperacji, w jakiej pogrążeni są bohaterowie. Oboje w jednej chwili są w stanie poświęcić dla przyszłej biologicznej matki całe swoje życie: wstawać wcześniej z łóżka, by rozmawiać z nią przez telefon, wspierać ją w rozterkach miłosnych, powiesić jej zdjęcie w centralnym punkcie lodówki. Wreszcie przelatują pół kraju po to by spotkać się z dziewczyną; problem w tym, że i tym razem nadzieje okażą się złudne, a potargane fotografie wylądują w śmietniku. 

Mascaro i Jenkins w chwili oczekiwania na wyrok medycyny kreślą bohaterów w imię zasady wypowiedzianej przez ojca w debiutanckim filmie Amerykanki: Bez dzieci jestem nikim. Bowiem tak samo jak dla postaci granej tam przez Alana Arkina, to potomstwo będzie główną vitalis vis. Jednak w przeciwieństwie do Slumsów Beverly Hills, to potomstwo wciąż nienarodzone.

Wywiad Środowiskowy 

Przeczytaj również:  "Daleko od Reykjavíku" - Żyjemy w Spółdzielni [RECENZJA]

W przypadku każdego nałogu szansą na powrót do normalności będzie otoczenie. W tym aspekcie Jenkins i Mascaro przyjmują całkowicie odmienne podejście, gdy ona tworzy świat wspierający i ciepły (skądinąd po raz pierwszy w swojej karierze), on – hermetyczny i nieakceptujący, przedłużenie swojej myśli z Neonowego byka

Zamknięcie Brazylii z Boskiej miłości widać już na poziomie kreacji świata. Mamy do czynienia z kolejną rajem urojonym, w którym jedynym okresem prawdziwej radości jest Boże Narodzenie, stylizowane tu na wielką, huczną imprezę techno. Reszta czasu przypomina biurokratyczny post, gdy przykuci do biurek pracownicy kontrolują siebie nawzajem. 

Jedynym, niepasującym trybikiem korporacyjnej machiny będzie Joana, a właściwie dawno zapomniany element, który wnosi do makrokosmosu Mascaro – empatię. Empatię, jak ma się dopiero okazać, niepożądaną. Stąd wszystkie skargi na jej próby interwencji w życia rozwodników. Stąd też zakazane listy wdzięczności za uratowanie innych małżeństw w kryzysie, który według wewnętrznego regulaminu nie powinien mieć miejsca. 

Problem w tym, że o ile Joana obdarza wszystkich swoją, czasem niechcianą, miłością, o tyle nikt nie potrafi dać jej czegoś od siebie. Jej mąż, choć równie mocno pragnie dziecka, wydaje się być wiecznie zmęczony. Przyjazny pastor w momencie zwątpienia, całkowicie się od niej odwraca, nosząc się z zamiarem nałożenia quasi-ekskomuniki. A gdy zostaje sama, nie otrzyma pomocy od grupy, w którą włożyła całe swe serce, bo sekta Divino Amor może pomagać tylko małżeństwom.

Kłującego poczucia samotności nie potrafią się pozbyć również Rachel i Richard, choć ich sytuacja jest zgoła inna. Mierząc się z presją społeczną, nie mogą wyrwać się z życiowego schematu, zwłaszcza, że są otoczeni szczęśliwymi rodzinami 2+1. 

Tamara Jenkins jednak nie wyklucza społecznie bohaterów, za to po raz pierwszy w swojej filmografii buduje radosny i wspierający portret braterstwa. W przeciwieństwie do relacji znanej z Rodziny Savage, między panami Grimesami nie ma żadnych antagonizmów, co najwyżej wspólne cierpienie w obliczu tragedii bezpłodności. 

Z drugiej strony sam termin: “ćpuny płodności” został ukuty przez szwagierkę Richarda, Cynthię. Oczywiście nikt nie powie im tego w twarz, ale w tym pełnym wyższości zwrocie uwidacznia się podejście świata do osób poddających się zabiegowi in vitro. In vitro staje się nową formą hazardu, gdzie mimo 2-procentowych szans, ludzie stawiają na jedną komórkę jajową nie tylko swoje oszczędności, ale i pieniądze bliskich – tak jak w przypadku Richarda i jego brata. Z tym, że ten hazard zdaje się być moralnie akceptowalny.

Wyrok 

Przeczytaj również:  "Ema" – Wolność w rytmie reaggeton [RECENZJA]

Podróż obu par, choć kończy się pozornie inaczej, ma wiele cech wspólnych. Oczywiście, Joana osiągnie swój cel i będzie mogła wychowywać wymarzone dziecko – z tym, że sama i poza systemem. Rachel i Richard zostają natomiast protektorami swojej bratanicy, pomagając jej wejść do artystycznego świata NYC. 

Konkluzja, jaką wyciągamy z podwójnego seansu Życia prywatnego i Boskiej miłości, jest jednak zaskakująca. Bowiem, choć to w Brazylii dokona się dzieło istnienia i na świat przyjdzie wyczekiwany potomek, to nie sposób nie zauważyć, że to w Nowym Jorku sytuacja rysuje się atrakcyjniej. Jak gdyby życie bez dzieci miało być łatwiejsze i bardziej przyjemne.

Widmo powrotu

Joana, rodząc swoje dziecko poza nawiasem aparatu państwowego, skazuje je na dożywotnie katusze. Zresztą Mascaro nie pozostawia nam w tej kwestii złudzeń, ustawiając je w kontekście Mesjasza i czyniąc z niego Pomazańca Bożego. Podobnie jak Jezus przychodzi ono na świat ze stygmatem wykluczenia z biurokratycznych realiów, gdzie herodowski spis ludności został zastąpiony przez numer ewidencyjny, a rzeź niewiniątek – pozbawieniem prawa do materialnej i społecznej egzystencji.

Rachel i Richard u schyłku swojej drogi coraz rzadziej wspominają o kolejnej próbie powrotu do nałogu in vitro. Ale, mimo wizji całkowitego fiaska, w finałowej sekwencji raz jeszcze pojawia się nadzieja, zwiastująca nagły i niebezpieczny powrót do cyklowej rutyny. Nie da się bowiem uciec od uzależnienia. 

A co z happy endem? Jenkins, informując widzów, że również Sadie, bratanica Richarda, jest bezpłodna, dobitnie wskazuje, że problem niemożności posiadania dzieci nie jest jedynie ulotną kwestią starszego pokolenia. Mascaro, kreując raj płodności, nie pozostawia złudzeń, że przyszłość nie przyniesie żadnych zmian.

Pod koniec Prokreacji, tuż przed kolejnym zabiegiem in vitro, zapłakany Herb prosi swoją żonę, by powiedziała, że będzie dobrze. Zarówno on, Rachel, Richard, Joana, Imogene, jak i my, wiemy, że dobrze nie będzie. 

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.