KulturaMuzykaZestawienia

Czego słuchaliśmy we wrześniu? Muzyczne rekomendacje Filmawki

Bartłomiej Rusek

Kolejny miesiąc za nami, a więc najwyższy czas, by go podsumować pod kątem muzycznych premier. Wrześniowe zestawienie redakcyjnych rekomendacji prezentuje się skromnie, ale zdecydowanie nadrabia wagą polecanych albumów. Usłyszycie tu indie, rap, pop i eksperymentalną. Zapraszamy Was do lektury i, przede wszystkim, do słuchania!


Sparklehorse – Bird Machine | indie, rock alternatywny

Okładka płyty Sparklehorse – Bird Machine

Choć od tragicznej śmierci lidera Sparklehorse minęło już ponad trzynaście lat, przygotowany wcześniej album aż do teraz nie ujrzał światła dziennego. Bird Machine okazało się być znakomitym podsumowaniem spuścizny Marka Linkousa – postaci wyjątkowej. Był on nie tylko znakomitym muzykiem i tekściarzem, ale i producentem, stojącym za niezliczoną ilością indie projektów i kooperacji. Utwory z Bird Machine po latach zostały odnalezione przez brata muzyka, który zdecydował się wydać je w formie ostatniego albumu Sparklehorse.

W słuchaniu tej niewątpliwie smutnej muzyki, tekstów wyśpiewanych, często wręcz płaczliwym głosem, przez Marka Linkousa, coś mnie poruszyło. Wszystko dlatego, że w piosenkach słychać wszystkie emocje, które towarzyszyły Linkousowi, pogrążonemu w depresji i nałogach. Poruszające teksty są często ukryte są w wesołych i banalnych aranżacjach. W tej formie słychać, że Bird Machine stanowi poniekąd rozliczenie z przeszłością, ale też… pożegnanie, które łączy klasyczne dla zespołu brzmienie z jeszcze bardziej niż zwykle emocjonalną liryką. Słuchanie tego albumu, przede wszystkim jego tekstów, które samodzielnie mogłyby funkcjonować jako tomik poezji, może zakończyć się łzami w oczach. Album kończy utwór Stay – poprzedzony kompozycjami o tak wymownych tytułach jak Falling Down czy I Fucked Up – przez który przewijają się sugestywne wersy: It’s gonna get brighter, Stay for the day. Jedno jest wiadome – muzyka Linkousa jest czymś wyjątkowym i na zawsze pozostanie z nami. W końcu płyta zaczyna się wyśpiewanym zdaniem: It will never stop.


Olivia Rodrigo – Guts | pop

Okładka płyty Olivia Rodrigo – Guts

Debiut Olivii Rodrigo, Sour, został pokochany przez publikę, bił rekordy serwisów streamingowych, a w końcu doczekał się nawet nagrody Grammy. Ja się jednak od tej płyty odbiłem. Doceniałem kilka kawałków, jednak w całości wydawał mi się nieco niedopracowany. W związku z tym, nie miałem większych oczekiwań związanych z Guts i szalenie się z tego powodu cieszę, gdyż płyta okazała się dla mnie niezwykle miłą niespodzianką. Drugi album młodej artystki jest utrzymany w pop-punkowym klimacie, który przywodzi na myśl Avril Lavigne z czasów jej muzycznej świetności. Do tych nostalgicznych rytmów Olivia wnosi jednak ogromną dozę świeżości, a następnie przełamuje rockowe brzmienia balladami, podczas których niejeden uroni łezkę lub dwie.

Ta plątanina gitarowych riffów, perkusji i pianina tworzy idealny soundtrack dobrej, przebojowej high-school dramy, choć w swoich tekstach Olivia często wykazuje się dojrzałością. Podejmuje temat niezgody na wpisywanie się w archetypy idealnej gwiazdki pop czy po prostu idealnej Amerykanki; śpiewa o swoich zmaganiach ze sławą w młodym wieku, ale przede wszystkim powraca do prześwietlania stadium złamanego serca, czyli kwestii, która od zawsze inspirowała muzyków najbardziej. Pamiętajmy jednak, że Olivia jest cool i pochodzi z pokolenia Z, więc w emocjonalnej liryce nie spotkamy patosu, a artystka często przełamuje ciężar uczuć za pomocą humoru i cynizmu. Dzięki temu album ten to przede wszystkim zabawa. I w takim wydaniu Olivię kupuję najbardziej. (Jakub Nowociński)

Przeczytaj również:  Klasyka z Filmawką: „Indiana Jones i ostatnia krucjata” (1989)


Eartheater – Powders | art pop

Okładka płyty Eartheater – Powders

Twórczość Eartheater zawiera w sobie pewien nieopisywalny hipnotyczny czynnik, który od prawie czterech lat zupełnie nie pozwala mi się od niej uwolnić. Czuję, że jej najnowszy album jedynie wydłuży ten czas. Na Powders nie brakuje bowiem sprawdzonych elementów na stałe wpisanych już w kanon twórczości artystki. Możemy usłyszeć tam znajome glitchujące melodie oparte na folkowej gitarze, czy też liczne smyczki oplecione eterycznymi wokalami. Nowość stanowi mocno zaznaczona obecność elementów trip-hopowych. Spowolnione perkusyjne loopy działają na korzyść budowania sensualnej atmosfery, uzupełnianej dodatkowo poetyckimi tekstami obracającymi się wokół szeroko pojętej tematyki miłosnej. Najmocniej słyszalne jest to na wyraźnym highlighcie albumu – kawałku Crushing. Następujący zaraz po otwierającym album Sugarcane Switch, brzmiący jak amalgamat cech dwóch poprzednich wydawnictw artystki, przełamuje ich budowaną pompatyczność na rzecz metamorfozy w spowolnioną balladę, przesiąkniętą duchem R&B z wczesnych lat ‘00.

Powders, zaraz po Pink Tape Lil Uziego Verta, dołączyło do grona wydawnictw z 2023 roku, na których znalazł się cover Chop Suey z repertuaru System of a Down. Z niecierpliwością czekam na kolejnych ochotników do zasilenia tej listy. (Mateusz Pastor)


Doja Cat – Scarlet | rap

Okładka płyty Doja Cat – Guts

Doja Cat zwodzi słuchacza w pierwszej piosence ze swojego najnowszego krążka. Paint The Town Red stało się już viralowym hitem, lecz w swoim chillowym klimacie nie przygotowuje nas na to, co za chwilę usłyszymy. Zostaje jednak szybko przełamane trapowym Demons ze zniekształconym, ciężkim beatem. To psychodeliczna makabra z dźwiękami rodem z horroru, w której raperka pokazuje swoje mroczne, wściekłe oblicze. Skąd ta wściekłość? Nie zaskakuje ona zapewne nikogo, kto słyszał, w jak prowokujący sposób Doja zapowiadała Scarlet. Artystka przyznała, że wcześniejszą muzykę tworzyła jedynie dla zysków i satysfakcji wytwórni, lecz pragnie raz na zawsze odciąć się od komercyjnych brzmień. Nie zamierza tworzyć więcej radiowych hitów. Wkracza na wody old schoolu, pragnąc udowodnić, że jest przede wszystkim raperką, a nie gwiazdką pop, na którą ją kreowano; potrafi wiele zaoferować jedynie swoim surowym flow i szczerymi wersami, w których podejmuje tematy walki o wolność artystyczną i przeciwstawiania się oczekiwań, które na nią nałożono.

Przeczytaj również:  „Frontier” - o idealistach i nadziei w bezdusznym, korporacyjnym świecie przyszłości [RECENZJA]

Scarlet to prawdziwy buntowniczy manifest. Choć artystka zapewnia, że nie chce tworzyć przebojów, kilka numerów z pewnością się nimi stanie. Trudno zgadnąć, czy nowa, posępna natura Dojy to ta autentyczna, czy jest jedynie kolejną z jej masek. Tak czy inaczej, kreacja artystyczna zdecydowanie się jej udała i tworzy niezwykle interesujący etap jej dyskografii. Dojy zdecydowanie do twarzy w nowej odsłonie, jednak na albumie, który zawiera aż 17 kawałków, z czasem zabrakło różnorodności i ciekawszej warstwy instrumentalnej. W produkcji brakuje pazura, który obecny jest w tekstach, tnących jak brzytwa, zadziornym głosie i zabójczym flow. (Jakub Nowociński)


 Sprain – The Lamb as Effigy | muzyka eksperymentalna, prog rock

Okładka płyty Sprain – The Lamb as Effigy

Czy brakowało wam ostatnimi czasy prawdziwie eksperymentalnych brzmień w muzyce rockowej? Ale prawdziwie eksperymentalnych – takich, w których muzycy nie ograniczają się pod żadnym względem. Jeśli tak, Sprain wydali coś, co się wam spodoba. Już pierwsze dźwięki otwierającej album piosenki Man Proposes, God Disposes pokazują, co zespół ma do zaoferowania – a jest to początkowa kakofonia dźwięków, która w dalszej części wydawnictwa nabiera wyraźniejszej formy. I tak otrzymujemy coś, co osobiście określiłbym jako miks bezpretensjonalności Death Grips z energią Rage Against The Machine, głosem wokalisty przywodzącym na myśl Davida Byrne’a z Talking Heads i wzniosłą odwagą floydowego Atom Heart Mother. Brzmi ciekawie? Dodajmy do tego dwie niespełna 25-minutowe kompozycje, znajdujące się w środku (Margin for Error) i na końcu albumu (God, or Whatever You Call It) i otrzymujemy bardzo proste wyjaśnienie tego, czym jest The Lamb as Effigy.

Ten album to doświadczenie. Bardzo unikalne. I już teraz wiem, że zdecydowanej większości słuchaczy się nie spodoba, ale warto dać mu szansę. To nie jest album, którego będziecie słuchać w zapętleniu. To bardziej coś, co przesłucha się raz, ale po tym utkwi w głowie i po pewnym czasie chce się tego po prostu powtórzyć. Bo to, w krótkim podsumowaniu, kawał bardzo trudnej, ale niewątpliwie ambitnej i przemyślanej w swojej konstrukcji muzyki. Jak inaczej można nazwać znakomite instrumentalnie fragmenty, przecinane dźwiękiem przywodzącym na myśl szuranie gwoździem po tablicy, któremu wtóruje syntezator, poprzedzone partią na organach? Dodajmy do tego pełen niepokoju i niepewności nastrój The Lamb as Effigy i znakomity wokal, który momentami wręcz wykrzykuje tekst pełnym bólu głosem, wpisującym się w koncepcje płyty. To doświadczenie muzyczne, którego warto spróbować. (Bartłomiej Rusek)


Korekta: Magda Wołowska

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.