FilmyRecenzjeStreaming

“Biały Tygrys”, czyli utarta schematami historia o drodze na szczyt

Bartłomiej Rusek
Biały Tygrys
fot. materiały prasowe / Netflix

Ciężka droga na szczyt jest dość popularnym motywem w kinie. Przedstawiani w filmach bohaterowie osiągają sukces na wiele różnych sposobów. Zarówno uczciwie, własną, pełną determinacji pracą, jak i – znacznie częściej – na skutek licznych intryg i kombinacji. Jedną z takich produkcji jest właśnie “Biały Tygrys” – dostępny na Netflixie film prosto z Indii, który otrzymał nominację do Oscara za najlepszy scenariusz adaptowany.

Głównym bohaterem dzieła Ramina Bahraniego (odpowiedzialnego wcześniej za m.in. niezbyt udaną adaptację kultowych “451° Fahrenheita” z 2018 roku) jest Balram. Ten, grany przez świetnego Adarsha Gourava, wywodzi się z biednej kasty. Jedyne, czego nauczyła go rodzina, to prowadzenie służalczego życia. W efekcie marzeniem Balrama – tytułowego Białego Tygrysa – jest służba w bogatej rodzinie. Wykorzystując swój spryt zostaje kierowcą Ashoka (Rajkumar Rao), którego wozi razem z jego żoną Pinky (Priyanka Chopra-Jonas). Wspomniana para poznała się w Stanach Zjednoczonych, gdzie Ashok studiował. W efekcie charakteryzuje ich znacznie bardziej progresywne podejście do życia niż ma to miejsce w przypadku starszych członków ich rodziny.

Plany Ashoka i Pinky są ambitne i sięgają daleko poza Indie. Tym samym poniekąd zaprzyjaźniają się z Balramem, nie widząc sensu w obecnych w kraju podziałach klasowych. Wciąż jednak podkreślają (zwłaszcza mężczyzna) jego brak wiedzy i zacofanie. To właśnie stanowi w pewnym sensie jedną z głównych wartości filmu. Biały Tygrys pokazuje bowiem podstawowe różnice społeczne pomiędzy dwoma przedstawionymi w filmie kastami. Zostały tu ukazane skrajne strony kraju. W ogromnym skrócie można je nazwać wyzyskującą i wyzyskiwaną.

Przeczytaj również:  "Ucieczka na srebrny glob" – Ciemna strona księżyca | Recenzja
Biały Tygrys
fot. materiały prasowe / Netflix

Produkcja jest strasznie nierówna pod względem poziomu. Z jednej strony jest to dość interesująco ukazany, krytyczny obraz Indii i obecnych w ichniejszym społeczeństwie podziałów, dopełniony dobrym aktorstwem. Z drugiej natomiast końcowa, poważniejsza część Białego Tygrysa, wypada znacznie gorzej. Na początku uświadczyliśmy bowiem również sporo scen z elementami czarnego humoru. Wydaje mi się, że utrzymanie całej produkcji w podobnym tonie zadziałałoby znacznie lepiej.

W ogólnym rozrachunku Biały Tygrys nie jest niczym oryginalnym, choć mimo relatywnie długiego czasu trwania, ogląda się go dość lekko i przyjemnie. Jednak w momencie, gdy akcja (wraz z całym klimatem produkcji) „gęstnieje”, film sporo traci. Jest to dość paradoksalna dla mnie sytuacja, gdyż zazwyczaj uwielbiam filmy, które przyzwyczajają widza do lekkiego, nieco komediowego widowiska, by później go zaskoczyć. Mimo dość przyjemnie poprowadzonej narracji, film nie pokazuje nic szczególnego. Zasypuje widza utartymi od dawna w kinie motywami. Najlepszym podsumowaniem jest fakt, że główny zwrot akcji w filmie jest hucznie zapowiadany niemalże od pierwszych jego minut. Traci przez to cały swój wydźwięk i element zaskoczenia.

Biały Tygrys nie pokazuje nic nowego względem pozostałych filmów o podobnej tematyce. Nawet w tym zakresie wypada co najwyżej przeciętnie. Co więcej, wydaje mi się, że wyjście ze slumsów i osiągnięcie sukcesu, nieco lepiej i bardziej „przyziemnie” (choć oczywiście w zupełnie inny sposób) pokazał już inny film z Indii – Wersy Ulicy. Tutaj brakowało mi wyraźnie nakreślonego ostatniego aktu, zwieńczenia historii Balrama, którą do pewnego momentu twórca opisywał bardzo dokładnie. Po wspomnianym momencie dalsza historia (dążąca do chwili, w której rozpoczyna on swoją opowieść) ograniczyła się do zaledwie kilku zdań.

Ocena

6 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.