FilmyRecenzjeStreaming

“Artemis Fowl”, czyli spóźniona o ponad dekadę adaptacja kultowej książki [RECENZJA]

Bartłomiej Rusek
Artemis Fowl
fot. materiały prasowe / Disney

Artemis Fowl jest jedną z tych produkcji, które jako dziecko pragnąłem obejrzeć w kinie. Gdy kilkanaście lat temu zarywałem noce, czytając przygody młodego geniusza, wyobrażałem sobie jak dobrze prezentowałyby się one na ekranie. Tym samym, z niecierpliwością wyczekiwałem zapowiedzianej na początku XXI wieku adaptacji filmowej. Ta jednak nie ujrzała światła dziennego i dopiero po wielu latach historię „odkopał” Disney. Niestety…

Zacznijmy jednak od samego początku. Narratorem całej historii jest… Mierzwa Grzebaczek (Josh Gad), przerośnięty krasnolud, złapany przez nieokreślone na początku filmu służby. Jest on wypytywany o Artemisa Fowla i jego współpracowników. On też opowiada nam o rodzinie, która od lat zajmowała się przestępstwami. Jak się prędko okazuje, ojciec Artemisa (Colin Farrell) od lat odkrywał historię i sekrety magii i ludu Wróżek, żyjących we wnętrzu Ziemi.

Szybko dowiadujemy się, że spokój magicznych istot został zakłócony. Wszystko dlatego, że skradziony został ich potężny artefakt – Aculos. Odszukać go postanawia kapitan Holly Nieduża (Lara McDonnell), służąca w elitarnych służbach Wróżek. Trafia ona na powierzchnię Ziemi w zupełnie innym celu, jednak w międzyczasie „urywa się” swoim przełożonym i decyduje się na jednoosobową misję mającą na celu oczyszczenie swojego nazwiska. Okazuje się bowiem, że jej ojciec został uznany za zdrajcę Ludu.

Artemis Fowl
fot. materiały prasowe / Disney

W międzyczasie Artemis Fowl Senior zostaje porwany, a tajemniczy porywacz kontaktuje się z jego synem, oferując życie ojca za właśnie Aculosa. Na skutek szeregu wydarzeń, losy młodego Artemisa (Ferdia Shaw) i jego ochroniarza Domowoja Butlera (Nonso Anozie) przecinają się z losami Holly, która zostaje przez nich porwana. Sprawia to, że nastoletni przestępca rozpoczyna walkę (również psychologiczną) z kilkusetletnimi magicznymi istotami.

Osoby, które znają pierwowzór filmu Kennetha Branagha, już po przeczytaniu tego opisu wiedzą, że coś jest nie tak. Film nie jest bowiem dokładną adaptacją książki Colfera. Zawiera on wiele wątków i motywów z dwóch pierwszych części serii, do których zostało dodane aż nadto niepotrzebnych elementów. Wprowadziło to bardzo dużo chaosu do opowieści, która sama w sobie była bardzo uporządkowana i logiczna. W efekcie wątek fabularny został skonstruowany i przedstawiony w taki sposób, że najmłodsi widzowie go nie zrozumieją, młodzież poczuje się zanudzona, a dorosła audiencja będzie mocno rozczarowana (zwłaszcza jeśli znajdą się wśród niej osoby mające jakieś doświadczenie z serią Colfera). Filmowy Artemis Fowl ma jednak swoje plusy. Jednym z nich jest ładna realizacja Oazy – domu wróżek. Nieco obiegała ona od moich wyobrażeń, ale ostatecznie wypadła przyzwoicie.

Przeczytaj również:  "Wujek Sknerus i Kaczor Donald. Pod kopułą" - Z Tybetu do El Dorado [RECENZJA]

Paradoksalnie, całkiem solidnym elementem filmu jest to, czego się najbardziej obawiałem. Mowa o wizualizacji elementów science-fiction takich jak: kombinezony Wróżek, latające statki czy elementy ich wyposażenia. Trzeba jednak zaznaczyć, że nie oznacza to wcale dobrej jakości efektów specjalnych. Wszystko to przywodzi na myśl średnio udany fanfic, zrobiony przez amatorów, którzy jednak znają się nieco na rzeczy. Wciąż jednak jest to zdecydowanie mniej, niż można oczekiwać po produkcji Disneya o budżecie przekraczającym 100 milionów dolarów.

Przyzwoity poziom prezentują również aktorzy, wśród których należy wyróżnić oczywiście Judi Dench (co było do przewidzenia, jeżeli weźmie się pod uwagę fakt, że grana przez nią postać bardzo przypomina swoją charakterystyką M z serii filmów o Jamesie Bondzie). Do pozostałych postaci też ciężko się doczepić, choć bynajmniej nie wyróżniają się one pozytywnie. Może poza Nikeshem Patelem, który pasował mi do roli centaura Ogierka. Na plus można zaliczyć również soundtrack, pasujący zarówno do obecnych w filmie motywów science-fiction, jak i elementów irlandzkiej baśni.

Artemis Fowl
fot. materiały prasowe / Disney

W filmie, nie wiadomo dlaczego, pojawiło się dużo elementów wyraźnie sprzecznych z oryginałem. Jeden z nich dotyczy Butlera – ochroniarza, a zarazem przyjaciela naszego tytułowego bohatera. Tutaj nienawidzi on wręcz, gdy ktoś nazywa Butler. Jest to o tyle ciekawe, że w pierwowzorze Artemis ani razu nie nazwał go po imieniu (Domowoj/Dom). Sam Butler również wygląda jak z taniego fanficu. Wszystko dlatego, że z niewiadomych przyczyn jeden element jego pierwotnego wyglądu nie został zmieniony w filmie. Są to niebieskie oczy. Te niestety wyglądają tak, jak oczy białych wędrowców w Grze o Tron. Daje to iście komiczny efekt.

Przeczytaj również:  "Szarlatan" – Kazus czeskiej uroskopii [RECENZJA]

Tego typu rzeczy jest znacznie więcej. Co ciekawe, a o czym wspomniałem na samym początku tego tekstu, w filmie jest obecny narrator, który nagłaśnia nam takie właśnie szczegóły. Niestety, element narracji jest zupełnie niepotrzebny, bo nie wyjaśnia istotnych dla fabuły rzeczy. W efekcie, film przypomina pocięty, kilkunastogodzinny serial, który został niedbale sklejony w taki sposób, aby zmieścić jak najwięcej scen (często ze sobą niepowiązanych lub nawet zbędnych) w dziewięćdziesięciu minutach. O niektórych bohaterach nie dowiadujemy się w tym czasie absolutnie nic, a sama fabuła została skonstruowana wręcz beznadziejnie, mocno utrudniając odbiór i próby zrozumienia treści filmu.

Nie ukrywam, że chciałem uwierzyć w sukces tego filmu. Chciałem, żeby była to dobra produkcja, która zachęci ludzi do sięgnięcia po oryginał, a w przyszłości da podłoże całej serii jakościowych filmów (podobnie jak było z książką). Zaryzykuję wręcz stwierdzenie, że miałem większą nadzieję na sukces tej produkcji niż sam Disney, którego akcje marketingowe były mocno ograniczone. O filmie słyszało się bowiem bardzo mało, a nieliczne reklamy i zwiastuny niestety nie wyglądały zachęcająco. Jak widać, wynikało to z faktu, że po prostu nie było czym się “chwalić”.

W filmowym Artemisie Fowlu właściwie nic nie wyszło tak, jak powinno. Jakość produkcji przypomina fanowski projekt z Youtube’a, a najlepsze jej elementy wypadają co najwyżej przeciętnie. Osoby chcące przeżyć jakkolwiek epicką przygodę odsyłam do książek i radzę szerokim łukiem omijać tę wielce nieudaną adaptację. Po prostu nie warto tracić na nią czasu, zwłaszcza że, po obejrzeniu tak słabego filmu, mało kto zdecyduje się na lekturę serii Colfera.

Ocena

1.5 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

"Eragona", "Harry'ego Pottera"

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.