FilmyKinoRecenzje

“Doktor Dolittle”, czyli nieudany powrót znanej franczyzy na wielki ekran [RECENZJA]

Bartłomiej Rusek
Doktor Dolittle
fot. Materiały prasowe / United International Pictures

Zaskakująco mało osób zdaje sobie sprawę z faktu, że postać znanego wszystkim doktora Dolittle’a liczy sobie już 100 lat. Pierwsza powieść o przygodach tej postaci została bowiem opublikowana w 1920 roku. Mimo, że pierwsze polskie wydanie książki Hugh Loftinga ukazało się już w 1934 roku, postać ta została w naszym kraju bardziej spopularyzowana nieco później. Na przełomie XX i XXI wieku w rolę tego niezwykłego weterynarza dwukrotnie wcielił się bowiem komik Eddie Murphy. Było to w filmach, które z pewnością można już nazwać mianem kultowych.

Warto przy tym przypomnieć, że zarówno przed, jak i po tych dwóch produkcjach (wydanych kolejno w 1998 i 2001 roku) pojawiało się wiele różnych adaptacji historii weterynarza, obdarzonego zdolnością komunikowania się ze zwierzętami. Te jednak nie pojawiły się w polskich kinach – zarówno wcześniejsze, jak i późniejsze (w tym cała trylogia z Kylą Pratt, wcielającą się w córkę postaci granej przez Eddiego Murphy’ego, będąc tytułową panią doktor Dolittle).

Tym razem w roli głównej zobaczyliśmy Roberta Downeya Jr. Ten film jest zresztą wyjątkowy, gdy zestawimy go z ostatnimi pięcioma odsłonami przygód Dolittle’a. Jest on bowiem bardziej zgodny z książkowym oryginałem, ze względu na fakt, że akcja osadzona jest w wiktoriańskiej Anglii. John Dolittle zostaje poproszony o znalezienie lekarstwa na śmiertelną chorobę królowej Wiktorii. W tym celu szykuje wyprawę na tajemniczą, niezbadaną Rajską Wyspę.

Doktor Dolittle
fot. Materiały prasowe / United International Pictures

Samo podjęcie decyzji o wyprawie nie przychodzi jednak tak szybko. Wszystko dlatego, że po śmierci żony doktor postanowił zakończyć praktykę. Zapuścił się w swojej willi, w której zamieszkał razem z zaprzyjaźnionymi zwierzętami. Jego spokój zakłócają Tommy Stubbins (Harry Collett) i Lady Rose (Carmel Laniado). Przybywają do dobytku weterynarza w tym samym czasie, choć w zupełnie innych celach. Chłopiec przynosi mu bowiem ranną wiewiórkę, którą przypadkowo postrzelił, natomiast Lady Rose przybywa jako wysłanniczka konającej królowej Wiktorii (Jessie Buckley).

Przeczytaj również:  "Biały, biały dzień", albo o drastycznym pokonywaniu traumy [RECENZJA]

Szybko się okazuje, że Stubbins, jako miłośnik zwierząt, jest pod wielkim wrażeniem Dolittle’a, który potrafi się z nimi porozumiewać. Mimo wyraźnego sprzeciwu doktora, postanawia zostać jego asystentem w czasie niebezpiecznej podróży. Pragnie się także nauczyć języka zwierząt.

Pierwszym, co rzuciło mi się w oczy w produkcji Stephena Gaghana, był fatalny montaż. Film wydawał się być strasznie pocięty, co można dostrzec już na samym początku. Nie uświadczymy tu prawie żadnych przejść między scenami. W efekcie, czasami bywa tak, że właściwie w środku dialogu (składającego się zresztą z kilku krótkich ujęć), akcja przenosi się do zupełnie innej scenerii. Nie wiemy, jak bohaterowie się tam znaleźli, po prostu tam są. Co więcej – kilka chwil później akcja potrafi przenieść się do jeszcze innego miejsca, przez co niektóre fragmenty filmu wyglądają tak, jakby były zlepkiem mniej lub bardziej śmiesznych skeczy.

W Doktorze Dolittle’u kuleją niestety również efekty specjalne. Momentami film wygląda po prostu sztucznie, zarówno jeśli chodzi o scenerię, jak i zwierzęcych przyjaciół doktora. Tylko te pierwszoplanowe zwierzęta prezentują się przyzwoicie. Pozostałe, jak na przykład żyrafa Betsy, wyglądają co najwyżej słabo. Kuje również wyraźnie sztuczny walijski akcent Roberta Downeya Jr.

Prócz tego wszystkiego, muszę nieco ponarzekać także na aspekt humorystyczny. W filmie są śmieszne fragmenty, ale niestety nie ma ich zbyt dużo. Może i jestem zbyt wymagający w kwestii humoru, ale opinia ta jest potwierdzona reakcjami całej sali kinowej: w trakcie całego filmu było tylko kilka takich scen, w których słychać było śmiechy większości osób. Osobiście najbardziej podobały mi się wstawki z wiewiórką Kevinem (choć było ich chyba nieco zbyt dużo) i pojedyncze inne „skecze”. Wśród nich warto wyróżnić te intertekstualne, jak nawiązanie do Ojca Chrzestnego czy psychoterapia tygrysa Barry’ego. Były to jednak pojedyncze sceny, którym towarzyszyły inne, znacznie mniej angażujące.

Przeczytaj również:  "Sonic. Szybki jak błyskawica", czyli spektakularna wywrotka na zakręcie [RECENZJA]
Doktor Dolittle
fot. Materiały prasowe / United International Pictures

Największym plusem produkcji jest zdecydowanie obsada. Pomijając sztuczny akcent Downeya Jr., trzeba wyróżnić ten film za dobór aktorów głosowych. Usłyszymy tu zarówno Emmę Thompson, jak i Ramiego Maleka, Johna Cenę, Toma Hollanda, Craiga Robinsona, Ralpha Fiennesa czy Selenę Gomez. A to wciąż nie wszyscy. Prócz tego, już w „ludzkiej” roli, na ekranie pojawia się Antonio Banderas. Cieszy również przeniesienie akcji do czasów, w których działa się akcja książkowego Dolittle’a, oraz sam fakt, że widzimy jego oryginalnych towarzyszy, z papugą Poly na czele.

Najnowszy film o przygodach tego wyjątkowego weterynarza nie jest niestety dobrą produkcją. To propozycja przede wszystkim dla najmłodszych, choć i oni w połowie filmu prawdopodobnie poczują znudzenie. Reszta widzów skupi się na plejadzie mówiących głosem gwiazd zwierząt, dostrzegając przy tym liczne problemy techniczne filmu. Podobnie jak zresztą niezwykle słabe ostatnie kilkanaście minut filmu, którym również towarzyszyło mierne CGI.

Ocena

4 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

"Sekretne życie zwierzaków domowych" i poprzednie odsłony "Doktora Dolittle'a"

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.