Advertisement
FilmyRecenzjeStreaming

Checked! TOP10 Netflixa – “Groźne Kłamstwa” [RECENZJA]

Bartłomiej Rusek
Groźne Kłamstwa
fot. materiały prasowe / Netflix

Na Netflixie ukazał się najnowszy film Michaela ScottaGroźne Kłamstwa. Thriller ten reklamowany jest przede wszystkim dwoma elementami: twarzą Camili Mendes, znanej przede wszystkim z Riverdale oraz „zabójczą siecią kłamstw i podejrzeń”, bijącą w oczy z krótkiego opisu w serwisie.

Sam Michael Scott odpowiedzialny był wcześniej za masę produkcji – były to jednak w głównej mierze seriale i filmy telewizyjne. Przy niektórych z nich pracował zresztą już wcześniej z Davidem Goldenem, scenarzystą Groźnych Kłamstw.  Nie oglądałem niestety żadnej z nich, więc nie mam porównania, czy najnowsza produkcja wypada lepiej czy gorzej. Prawdopodobnie gorzej, ale o tym za chwilę.

Na początku chciałbym powiedzieć coś dobrego o filmie, a dodam, że ciężko coś takiego znaleźć. Lekko naciągając, pozytywem może być gra aktorska. Camila Mendes wypada całkiem dobrze w swojej roli. Całkiem nieźle prezentuje się również Elliot Gould, grający… jak w praktycznie każdej produkcji z ostatnich lat, w której obsadzie się znalazł. Jego maniery są takie same jak chociażby w Rayu Donovanie czy Przyjaciołach. Zdecydowanie pasuje jednak do roli pana Wellsleya. Strasznie sztuczna za to wydawała mi się gra Jessiego T. Ushera, wcielającego się w rolę Adama, jednego z głównych bohaterów.  Ostatecznie również Sasha Alexander w roli pani detektyw, prowadzącej śledztwo w sprawie naszych protagonistów, nie przekonała mnie swoją grą aktorską.

Groźne Kłamstwa
fot. materiały prasowe / Netflix

Ale o czym właściwie jest sam film? Od tego powinienem zacząć. Na samym początku jesteśmy świadkami spotkania Adama i Katie w restauracji, gdzie pracuje kobieta. W tym samym czasie ktoś napada na lokal, a Adam bohatersko rzuca się na napastnika, obezwładniając go. Po tych wydarzeniach przenosimy się o kilka miesięcy w przyszłość – Adam wyraźnie się zmienił. Szuka pracy, rzucił studia (na których mu wcześniej zależało) i właściwie nic nie robi. Oczywiście poza wydawaniem pieniędzy zarobionych przez swoją żonę. Katie natomiast opiekuje się Leonardem Wellsleyem – bogatym starcem, którego uważa bardziej za przyjaciela niż pracodawcę.

Przeczytaj również:  "25 lat niewinności. Sprawa Tomka Komendy" - intymny obraz słów niewypowiedzianych przez media [RECENZJA]

W trakcie jednej z rozmów między Katie a Leonardem, na jaw wychodzi fakt, że dziewczyna ma poważne problemy finansowe. Zapoczątkowane koniecznością spłaty kredytu studenckiego, wziętego wcześniej przez Adama. W efekcie Leonard wypisuje jej na comiesięcznym czeku kwotę o jedno zero wyższą niż zazwyczaj. Zdesperowana dziewczyna wypłaca kwotę, której dokładną wysokość poznaje dopiero siedząc w samochodzie pod budynkiem banku. Ma jednak zamiar oddać przyjacielowi resztę pieniędzy następnego dnia.

Na ich nieszczęście, tej nocy Leonard ginie. Odnajdując jego ciało, Katie i Adam odkrywają także skrytkę, w której  umieszczone zostały dość pokaźne oszczędności. Te zresztą po jakimś czasie sobie przywłaszczają. Na domiar złego, w dniu pogrzebu Leonarda ujawniony zostaje testament zmarłego. Wynika z niego, że cały majątek jest teraz własnością Katie. Sprawą zainteresowała się więc policja.

Powyższy opis stanowi właściwie parafrazę deskrypcji filmu, okraszoną paroma dodatkowymi szczegółami. Dodajmy do tego tajemniczego nieznajomego o groźnej aparycji (w tej roli Cam Gigandet), który nachodzi naszą bohaterkę. Otrzymujemy zatem „pełen pakiet” elementów, pojawiających się w praktycznie każdym tego typu filmie. Co ciekawe, już od pierwszych scen możemy się spodziewać, jak rozwinie się historia. Sami twórcy filmu nie ukrywają przed nami istotnych faktów. Wyraźnie widzimy, że wspomniany mężczyzna śledzi naszych bohaterów oraz jesteśmy w pełni świadomi kolejnych wniosków, które formułuje pani detektyw.

Groźne Kłamstwa
fot. materiały prasowe / Netflix

Tym, co irytowało mnie najbardziej w Groźnych Kłamstwach, była zdecydowanie ścieżka dźwiękowa. Ta powinna oddziaływać na klimat filmu, subtelnie podkreślając to, co widzimy na ekranie. Tymczasem niemalże każdej scenie towarzyszył praktycznie ten sam, niepokojący motyw. Niezależnie od tego, czy to scena, w której nasza bohaterka parzy herbatę, czy spogląda na zwłoki. Film bardzo nieumiejętnie buduje intrygę, psując cały efekt, jeszcze zanim ją poznamy.

Przeczytaj również:  "Ratched", czyli niepotrzebne żerowanie na klasyku [RECENZJA]

Nieumiejętnie wykreowana, przewidywalna intryga to coś, co może pogrzebać każdy thriller. Tak było i w tym przypadku, a niską jakość filmu podkreśla często nieprzekonujące aktorstwo i irytująca ścieżka dźwiękowa. To po prostu nudny film, pokazujący nam te same schematy, które widzieliśmy już setki razy. Twórcy tej produkcji w pewnym momencie chyba pogubili się, wprowadzając coraz to kolejne zwroty akcji, niczym w Contratiempo Oriola Pauli czy Na noże Riana Johnsona. Podobieństwo aż nazbyt oczywiste. Niestety, w znacznie gorszy sposób.

Ocena

3 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

Contratiempo, Na noże

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.