Advertisement
Recenzje

“Iron Sky. Inwazja”, czyli wielki popkulturowy miks absurdów [RECENZJA]

Bartłomiej Rusek

Iron Sky z 2012 roku było filmem, w którym pojawiła się masa absurdalnych pomysłów, które w połączeniu ze sobą dały przykład bardzo nietypowego kina rozrywkowego, operującego w znacznym stopniu satyrą. Główny wątek dotyczył szalonego pomysłu, według którego ciemna strona księżyca miała być zamieszkiwana przez nazistów, szykujących się do ostatecznego ataku na Ziemię.

Zobacz również: “Gra o tron” – S08E04: Czas na wielką wojnę [RECENZJA]

Akcja drugiej części, której reżyserem ponownie został Timo Vuorensola, dzieje się 20 lat od zakończenia pierwszej. Już na samym początku poznajemy główną bohaterkę, którą jest Obi, grana przez Larę Rossi. Oprócz wcielania się w pierwszoplanową rolę, jest ona również narratorką i to z jej ust dowiadujemy się, co się wydarzyło po inwazji nazistów przedstawionej w poprzednim Iron Sky. W skrócie: po wojnie atomowej skażona Ziemia stała się miejscem niezdatnym do użytku, a wszyscy pozostali przy życiu ludzie, których było niespełna dwa tysiące, osiedlili się na księżycu, w byłej bazie nazistów, którą stanowi wielki budynek w kształcie swastyki.

Iron Sky

Tam, oprócz głównej bohaterki spotykamy również znaną z pierwszej części Renatę Richter (Julia Dietze). Szybko dowiadujemy się, że Obi jest córką jej i Jamesa Washingtona, głównego bohatera prequelu, który tym razem nie pojawił się na ekranie. Jest on jednak wspominany jako zmarły, będąc opłakiwanym przez najbliższych. Niebawem na Księżyc przylatuje rosyjski, ręcznie zrobiony, prowizoryczny statek kosmiczny, który kieruje drugi z bohaterów pierwszoplanowych – Sasha (Vladimir Burlakov).

Po krótkim czasie poznajemy główny wątek fabularny, który jest jeszcze bardziej absurdalny, niż opisane powyżej rzeczy. Dowiadujemy się bowiem, że najważniejsze osoby z historii ludzkości (z wielkimi zbrodniarzami na czele), tak naprawdę nie są ludźmi, a reptilianami (w filmie nazywani są Vrilami), którzy stworzyli przed laty rasę ludzką. Są oni dowodzeni przez Adolfa Hitlera – który również okazał się być reptilianem – i żyją we wnętrzu Ziemi. Jeżeli komukolwiek, czytającemu tę recenzję wydaje się, że to przesada, to czuję się zobowiązany, by powiedzieć jedno – to dopiero początek. Warto przy tym jednak wspomnieć, że cały film reklamowany był postacią Führera, jeżdżącego na tyranozaurze.

Przeczytaj również:  „Liga Sprawiedliwości Zacka Snydera” jest taka, jakiej mogliśmy się spodziewać [RECENZJA]
Zobacz również: “Cała prawda o Szekspirze”, czyli nagi, stetryczały i nudny William [RECENZJA]

Przedstawiając historię tej nadludzkiej rasy, twórcy nowego Iron Sky wyśmiali zarówno teorię ewolucji Darwina, jak i podstawy wiary chrześcijańskiej, biorąc elementy z obu z nich i przedstawiając je w swój charakterystyczny, ironiczny sposób. Co więcej, główni bohaterowie, do których dołącza Donald (Tom Green) oraz „osiłek” Malcolm (w tej roli wielokrotny mistrz świata w brazylijskim jiu-jitsu Kit Dale) mają za zadanie kradzież Świętego Graala, który ma stanowić źródło energii dla ich statku kosmicznego oraz wiecznego życia dla ich samych. W tym momencie należy wspomnieć o Donaldzie, który jest głównym przywódcą religii dominującej na Księżycu. Jest nią… Jobsyizm, czyli wiara w Steve’a Jobsa i urządzenia firmy Apple.

Iron Sky

Niestety, towarzysze głównej bohaterki przez większość czasu mnie irytowali, rzucając frazesami, które co najwyżej czasami były śmieszne. Sasha wiecznie próbował poderwać Obi, co chwila chcąc się popisać swoją siłą, która w każdej scenie jest przyćmiona przez Malcolma. W większości kończyło się to jakimś mocno stereotypowym tekstem, w którym się przechwalał, że będąc w Rosji, wielokrotnie siłował się z niedźwiedziami. Bohaterowie wypadają niestety kiepsko, psując widowisko za sprawą nieśmiesznych żartów.

W przeciwieństwie do bohaterów, pochwalić należy chociażby dźwiękową. Po raz kolejny jest ona autorstwa słynnego słoweńskiego zespołu Laibach. Tym razem jednak, oprócz Słoweńców, muzyką zajął się również fiński kompozytor Tuomas Kantelinen. W efekcie dostaliśmy bardzo przyjemne i pasujące do filmu połączenie nieco cięższej muzyki z lżejszymi rytmami, często przeplatanymi niskim wokalem Milana Frasa. Tytułowy utwór został natomiast nagrany przez zespół Sunrise Avenue.

Przeczytaj również:  "Co w duszy gra" - Na kozetce u Pete'a Doctera [RECENZJA]
Zobacz również: “Praziomek” – Kukiełki kontra rewolucja przemysłowa [RECENZJA]

Iron Sky. Inwazja to przede wszystkim dzieło stworzone przez popkulturę. Sceny odbywające się na Księżycu wyglądają momentami jak żywcem wzięte z Gwiezdnych Wojen. Oprócz tego, film garściami czerpie zarówno z klasycznych książek science-fiction, jak i pozostałych filmów tego gatunku, a także z memów. Podsumowaniem tego może być scena, gdy będący Vrilem Mark Zuckerberg siedzi bez głosu, sącząc powoli wodę ze szklanki. Jeżeli chodzi o inne sceny, które zapadły mi w pamięć, wymienić mogę chociażby pościg rydwanów zaprzężonych w triceratopsy, na których naszych bohaterów gonią takie persony jak chociażby Bin Laden i Margaret Thatcher…

Iron Sky

Iron Sky. Inwazja dostarcza nam wszystko to, co poprzednia część, ale w znacznie większej dawce. Niestety, nie w każdym elemencie filmu stanowi to zaletę. Film Timo Vuorensoli ląduje co prawda na mojej krótkiej liście produkcji, oznaczonej podpisem „guilty pleasure”, ale stanowi dowód na to, że stare porzekadło, iż „co za dużo, to niezdrowo” jest prawdziwe. Wszystko dlatego, że oglądanie tego filmu przypominało mi przeglądanie przeciętnej strony z memami – było tam wszystko, od rzeczy, które mnie szczerze rozśmieszyły, po sceny, które wprawiły mnie w spore zażenowanie. Wiem jednak, że na kolejną część (która prawdopodobnie powstanie, sądząc po scenie po napisach) również pójdę do kina. I nie będę żałował ani pieniędzy, ani czasu spędzonego w kinie.


Ocena

5 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.