PublicystykaWywiady

“Jestem uzależniony od reakcji widzów” – Opowiada nam Mitja Okorn, reżyser i producent filmowy [WYWIAD]

Bartłomiej Rusek
Mitja Okorn
Osobiste archiwum Mitji Okorna

Z Mitją Okornem rozmawia Bartłomiej Rusek – zarówno o trudnych początkach jego kariery, jak i realizacji marzeń zawodowych, inspiracjach oraz planowanych w przyszłości projektach filmowych.

Mitja Okorn to pochodzący ze Słowenii reżyser i producent filmowy. Jego debiutem była niskobudżetowa komedia kryminalna “Tu pa Tam”, która otworzyła mu drogę do wielkiej kariery. Największą sławę przyniosły mu wyprodukowane w Polsce produkcje, którymi były “Listy do M.” oraz “Planeta Singli”. Te otworzyły drogę do Hollywood, gdzie wyreżyserował film “Rok na całe życie”. Pod koniec ubiegłego roku wyprodukował głośny tytuł Netflixa – “Wszyscy moi przyjaciele nie żyją” z Julią Wieniawą w roli głównej. Poza filmami, zrealizował kilkadziesiąt teledysków oraz reklam telewizyjnych.


Na samym początku wywiadu chciałbym wspomnieć o okolicznościach, w których po raz pierwszy udało nam się nawiązać bezpośredni kontakt. Zrecenzowałem na łamach Filmawki produkcję “Tu pa Tam” – Pana pełnometrażowy debiut reżyserski. Pod tą recenzją pojawił się Pana komentarz, co, jak się szybko okazało, nie było wyjątkiem. Jest Pan bowiem bardzo aktywną osobą w social mediach. Bezpośredni kontakt i wchodzenie w interakcję z widzem jest czymś bardzo niepopularnym wśród twórców filmowych. Z czego to wynika w Pańskim przypadku? Chce Pan być po prostu blisko swoich fanów, czy są może inne tego przyczyny?

Mitja Okorn: Mam tak od samego początku. Po prostu tak bardzo kocham swoją pracę. Reakcje widzów są dla mnie jak narkotyk, jestem od nich uzależniony. Gdy zrobiłem swój pierwszy film – “Tu pa Tam” – codziennie chodziłem do kina i stawałem przed wejściem, aby podziękować każdemu, kto przyszedł na seans. Nawet po samym filmie chciałem się każdego zapytać, co o nim myślał. Tak samo było zresztą w przypadku “Listów do M.” i „Planety Singli” – wielokrotnie przychodziłem incognito do kina, żeby zobaczyć reakcję ludzi: czy śmieją się tam, gdzie teoretycznie powinni i czy płaczą na tych scenach, które są wzruszające.

Słuchałem też ich rozmów. Teraz kina są jednak pozamykane, a moje dwa nowe filmy trafiły bezpośrednio do streamingów. Dlatego obecnie robię to online – śledzę wszystkie wypowiedzi dotyczące moich dwóch najnowszych filmów w social mediach. Gdy wypowiedź mi się spodoba, to często udostępniam ją, wchodzę również chętnie w dyskusję. Po prostu to lubię, jestem uzależniony od reakcji widzów i niezależnie od tego, jaka ona jest, lubię ją komentować. Poza tym, jest tak, jak powiedziałeś – lubię być blisko swoich fanów. Doceniam każdego człowieka, który włącza mój film i go ogląda – doceniam to, że poświęcił czas, żeby obejrzeć film i w wielu przypadkach napisać coś o nim w Internecie.

Odpisuje Pan przy tym również na bezpośrednie wiadomości, czy tylko komentuje wypowiedzi w social mediach?

Staram się odpisać każdemu, a w szczególności osobom, które chcą zostać filmowcami i pytają mnie o rady. Jest tak dlatego, że gdy sam chciałem wejść do świata filmu, prosiłem o rady starszych, doświadczonych osób, które już się tym zajmowały. 99% z nich nie odpowiedziało. Było to na tyle smutne, że obiecałem sobie, że jeżeli sam osiągnę sukces, to nigdy taki nie będę. Bo przecież nigdy nie wiesz, czy osoba, która do Ciebie pisze, nie jest drugim Mitją Okornem czy Janem Belclem. Oczywiście teraz, gdy mam dużo obowiązków i projektów, ciężej znaleźć czas, by wszystkim odpowiedzieć, czy chociażby przeczytać wszystkie maile i obejrzeć przysłane prace. Przez to, odpowiedź z mojej strony może przyjść po miesiącach czy nawet latach – ale przyjdzie.

filmy skateboardowe
Mitja Okorn na planie filmów skateboardowych / fot. archiwum Mitji Okorna

Dalszą serię pytań zacznijmy od przeszłości – od Pana debiutu filmowego. “Tu pa tam” było filmem półamatorskim, który jednak, mimo niemalże zerowego budżetu, zdołał podbić serca lokalnych widzów. Był to film z pewnością nieprzeznaczony dla osób zza granicy, które często nie zrozumieją przedstawionych tam realiów czy humoru. Już wtedy zdecydował Pan o swojej międzynarodowej karierze, czy na tym etapie jeszcze Pan nie wybiegał tak bardzo do przodu z marzeniami, myśląc o realizacji kolejnych produkcji w Słowenii?

Dla mnie już sama myśl o pracy poza Słowenią była niewyobrażalna, a co dopiero w Hollywood. Zaczynałem od amatorskich filmów skateboardowych (Produkcje te dostępne są w serwisie Youtube – przyp. red.). Sam zresztą też jeździłem na deskorolce. Tak się to zaczęło – byłem skateboardowcem i któregoś dnia powiedziałem: „Weźmy kamerę i zobaczmy, jak zaprezentuje się to na taśmie”. Gdy zrozumiałem, że lepszy jestem z kamerą w rękach niż na deskorolce, to zdecydowałem, że zostanę reżyserem. A jak jeszcze połączyłem to z moją drugą pasją – muzyką, której używałem w montażu – to wiedziałem, że nie ma odwrotu. Powiedziałem, że to właśnie chcę robić do końca życia. Wtedy jednak realizacja pełnometrażowego filmu była dla mnie wciąż czymś niewyobrażalnym. Będąc człowiekiem młodym i głupim, wszystko jest jednak możliwe, więc spróbowałem. Wziąłem więc swoich kolegów i rodzinę, a współpraca ze znajomymi i rodziną jest zawsze najgorszym wyborem, bo nikt nie traktuje Cię poważnie. Ale w ten sposób oszczędziłem pieniądze.

W efekcie, choć wszyscy mówili nam, że to niemożliwe, zrobiliśmy cały film fabularny za 2000 euro (10.000 PLN). W kinach nie było jednak wtedy możliwości odtwarzania nagrań cyfrowych. Musieliśmy więc zdobyć pieniądze, żeby przerzucić film z oryginalnego nagrania na taśmę. Usługa ta miała kosztować 30 000 euro (ok. 140 tysięcy złotych – przyp. red.), czyli piętnaście razy więcej niż kosztował cały film! A Słoweńskie Centrum Filmu to „gangsterka”. Dofinansowują tylko znanych filmowców, niemalże ciągle tych samych, nie dając szans młodym twórcom. W efekcie, nie chcieli mi dać tych 30 000 euro. To śmieszne, bo w Słowenii produkowało się wtedy 2 filmy rocznie (budżet każdego wynosił około 1 milion euro), więc ten jeden dodatkowy film, który praktycznie nic by ich nie kosztował, zwiększyłby roczną produkcję filmów w Słowenii o całe 50%!

Poza tym, zrobiłem już taką akcję marketingową, że oczywiste było, że młodzież pójdzie do kina na “Tu pa Tam”. Poszedłem więc do… lichwiarzy, miejscowych gangsterów. A oni powiedzieli, że lubią filmowców i pożyczyli mi pieniądze bez żadnych odsetek! Resztę dostałem od swojej rodziny, która się złożyła, wspomógł mnie również Franci Slak, starszy słoweński reżyser.

Obyło się bez dalszych problemów?

Był jeszcze jeden – czas. Ale ostatecznie się udało i w dniu premiery, na ostatnią chwilę, przewoziliśmy taśmę z Budapesztu prosto do kina, gdzie była premiera. Najśmieszniejsze w całej sytuacji jest to, że montując film byłem przekonany, że państwo da mi te pieniądze. Więc na początku filmu napisałem „Słoweńskie Centrum Filmu przedstawia:”. I nie mogłem tego później uciąć, bo ścieżki wideo i audio by się rozjechały. Więc przekreśliłem ten napis. I w dniu premiery, gdy na sali kinowej widzowie zobaczyli ten napis – a wszyscy wiedzą, jaką „gangsterką” jest Słoweńskie Centrum Filmu – wszyscy płakali ze śmiechu jeszcze przed rozpoczęciem filmu. Później w każdym wywiadzie powtarzałem, że państwo nie chciało dofinansować mojej produkcji. Szef Słoweńskiego Centrum Filmu został zwolniony, a film się stał hitem.

Przekreślone logo Słoweńskiego Centrum Filmu
Przekreślone logo Słoweńskiego Centrum Filmu na początku “Tu pa Tam” / fot. archiwum Mitji Okorna

Czyli “Tu pa Tam” już w dniu premiery zyskało grono wiernych fanów?

Dokładnie. A jednym z nich był Jan Belcl (reżyser i scenarzysta filmu “Wszyscy moi przyjaciele nie żyją” – przyp. red.). Pierwszego dnia widział ten film podobno aż piętnaście razy! Później wielokrotnie powtarzał seans. Zachwycił się nim tak bardzo, że postanowił, że też chce zostać reżyserem. Najpierw chciał się ze mną spotkać. Aby to się stało, nakręcił z kolegą film o dwóch chłopakach, aspirujących filmowcach. Kręcą oni film, który chcą pokazać reżyserowi Mitji Okornowi. Więc w praktyce nagrali film o samych sobie, pokazujący to, co zamierzają zrobić. Obejrzałem tę produkcję, która była prześmieszna – uznałem, że na taki pomysł mógł wpaść tylko młody geniusz. Od razu zadzwoniłem do niego i zapytałem, co chce robić w swoim życiu i czy ma może jakiś scenariusz. Miał i mi wysłał. Niestety, nie miałem wtedy czasu tego przeczytać, bo miałem akurat dużo pracy.

Po jakimś czasie, gdy wróciłem z Polski do Słowenii, potrzebowałem na szybko kamerzysty do nakręcenia jakichś warsztatów. Byłem akurat w okolicach Mariboru, skąd pochodzi Jan. Zadzwoniłem do niego i zapytałem, czy może mi w tym pomóc. Zgodził się bez zawahania. Po wszystkim chciałem mu symbolicznie dać 100 euro za pomoc. On wtedy powiedział, że nie chce za to pieniędzy. Jedyne, o co poprosił, to żebym znalazł czas i przeczytał jego scenariusz, który dał mi wcześniej. Wtedy zrozumiałem, że dla Jana liczy się tylko to, by robić filmy, marzenie, by zostać reżyserem, tak jak dla mnie. W ogóle nie interesowały go pieniądze. W ten sam wieczór przeczytałem ten scenariusz i potwierdziło się to, co czułem po obejrzeniu wspomnianego wcześniej filmu – zauważyłem, że Jan jest bardzo utalentowanym, młodym geniuszem. Tym scenariuszem było wydane niedawno, lata od tamtego momentu, „Wszyscy moi przyjaciele nie żyją.”

Wróćmy jednak do czasu tuż po premierze “Tu pa Tam”. Co sprawiło, że trafił Pan do Polski tuż po produkcji filmu, który był sukcesem na słoweńskim rynku filmowym? Polska nie jest częstym kierunkiem dla zagranicznych filmowców. Jak wyglądały Pana początki tutaj?

Zacznijmy od tego, że Słoweńskie Centrum Filmu nigdy mi nie zapomniało tego, że przekreśliłem ich logo na początku “Tu pa Tam” i krytykowałem ich w wywiadach. W ciągu czterech lat napisałem scenariusz filmu, który miał być takimi słoweńskimi “Chłopcami z Ferajny”. Problem był jednak taki, że aby go zrealizować, potrzebowałem trzy miliony euro (ok 13 milionów złotych – przyp. red.), czyli cały roczny budżet przeznaczony na słoweńskie filmy.

Mówiłem im, że inni reżyserowie dostają pieniądze co roku, przez całe życie, a ja chcę dostać ten jeden raz, ale więcej, żeby zrobić świetny film. W tym czasie zmieniły się jednak nieco realia w Słowenii – minęły cztery lata od premiery „Tu pa Tam” i moje nazwisko nie znaczyło już tyle, co wcześniej. W efekcie Słoweńskie Centrum Filmu oświadczyło, że nie da mi pieniędzy. Produkcja filmów była jedynym, co chciałem wtedy robić. Dlatego też nie czekałem, aż ktoś łaskawie da mi pieniądze. Chodziłem wtedy po festiwalach, rozdając swoje wizytówki.

Czyli jako autor filmu znanego w zasadzie jedynie w Słowenii, otrzymywał Pan zaproszenia na festiwale?

Było wręcz odwrotnie. Nie dostałem żadnego zaproszenia na festiwal. Po prostu jechałem tam, gdzie się jakiś odbywał. Spałem w najtańszych hotelach lub u przyjaciół na kanapie i robiłem wszystko, co możliwe, by dostać się na imprezy branżowe, gdzie mogłem spotkać producentów. Jak była taka potrzeba, to przeskakiwałem przez mur, albo dostawałem się tam w jakiś inny sposób. Raz nawet wrzuciłem ubrania w plastikową torebkę, przepłynąłem wpław na plażę w Cannes, i na miejscu się przebrałem. W efekcie, mimo, że nie znałem w tamtym czasie nikogo z filmowego świata, jakimś cudem byłem na wszystkich możliwych imprezach! Na festiwalach dawałem ludziom wizytówkę – swój showreel, “Tu pa tam”, wszystko co możliwe. Ale w życiu jest tak, że musisz rozdać tysiąc wizytówek, a może jedna z nich trafi do kogoś, kto to wykorzysta.

Mitja Okorn - wywiad
Mitja Okorn i Tomasz Karolak na planie serialu “39 i pół” / fot. archiwum Mitji Okorna

Kto był tą osobą w Pana przypadku?

Justyna Pawlak, producentka TVN-u, którą poznałem na jednej z imprez branżowych. Dosłownie rok później dostałem maila, czy nie chciałbym przyjechać do Polski, reżyserować serial “39 i pół”. Pierwsza myśl w mojej głowie to: “dlaczego ja?”. Na to pytanie odpowiedziała mi, że po showreelu, na którym były też making-offy do moich teledysków widać mój styl – to, że jestem bardzo energiczny, wszystko robię sam, angażuję się we wszystko na planie filmowym i nikim się nie wyręczam. Nie chciałem jej wtedy mówić, że w Słowenii nie można robić niczego inaczej niż samemu, bo to bardzo mały kraj ze słabo rozwiniętym rynkiem filmowym.

Druga myśl to było zdziwienie: „Polska?”. Obecnie, między innymi za sprawą bardzo popularnych w Słowenii “Listów do M.” i “Planety Singli”, Słoweńcy wiedzą może trochę więcej o Polsce. Kiedyś jednak myśleli – ja również – że to jakaś Syberia, i że nie ma tu nic oprócz niedźwiedzi i śniegu, a na stołach jest jedynie wódka i ziemniaki. Więc na początku byłem w szoku: „Polska? Serio? Przecież tam kamer nie mają, od Niemców muszą chyba pożyczać”. Patrzyłem na Polskę z góry, bo po prostu nigdy w niej nie byłem. Któryś z moich przyjaciół powiedział mi jednak, „Oczywiście, że masz tam pojechać. Przecież to wielki, 40-milionowy kraj!”. Było to w piątek, a Justyna powiedziała, że potrzebują mnie na poniedziałek. W efekcie w poniedziałek siedziałem już w samolocie.

Co sprawiło, że to akurat Pan dostał tę pracę?

Wynikło to właśnie z faktu, że myślałem, że Polska jest jakaś zacofana. Przez to byłem bardzo pewny siebie. Myślałem sobie: „Co ci Polacy wiedzą?”. I właśnie takie nastawienie sprawiło, że przyszedłem i mówiłem, że serial ma być taki, taki i taki, chcę to, to i to. Widząc moją pewność siebie, Justyna Pawlak i Dariusz Gąsiorowski (dyrektor działu produkcji form fabularnych w TVN – dop. red) zatrudnili mnie. Największy szok spotkał mnie, gdy po raz pierwszy przyszedłem na plan filmowy w Polsce. Zrozumiałem wtedy, że to Słowenia jest jak Syberia, a Polska to świetny kraj z profesjonalnym zapleczem filmowym. Co chwilę ktoś stąd jest nominowany do Oscara, produkuje się zresztą jakieś sto filmów rocznie. Byłem tym nieco przytłoczony, ale musiałem dalej blefować, że wiem, co robię, jeśli chodzi o kwestie techniczne. Nie chodziłem do szkoły filmowej, więc nie znałem żadnych terminów.

Przeczytaj również:  Anna Ciarkowska: "Powstała wielka wyrwa i wiele osób w niej właśnie tkwi" | Wywiad

Czy wynikły z tego jakieś interesujące sytuacje na planie filmowym?

Wielokrotnie. Przykładowo, raz przyszła do mnie Justyna Pawlak i mówi mi, żeby tylko nie wyręczał mnie we wszystkim mój drugi reżyser. Musiałem ją zapytać, od czego jest drugi reżyser, bo w Słowenii nigdy kogoś takiego nie miałem. Jej reakcja była niespodziewana – powiedziała: „Dobrze, spokojnie, tylko nikomu o tym nie mów, bo to będzie wstyd, gdy ktoś o tym usłyszy. Zapomnij, że o tym mówiłam!”.

Tego typu sytuacje zdarzały cały czas. Ostatecznie jednak wyszło wszystko tak dobrze, że gdy Darek Gąsiorowski przyszedł i zobaczył efekt końcowy, był bardzo zaskoczony, powiedział „Kurde, to jest taki Kusturica”. Byłem zaskoczony, że moje podejście – jako coś szalonego, nowego – Polakom kojarzy się właśnie z Kusturicą. Sam tego tak nie postrzegałem, ale byłem zadowolony z faktu, że moja praca im się spodobała.

Jak wyglądała kwestia języka? Nie miał Pan problemów z komunikacją na początku swojej pracy w Polsce?

Już na drugim spotkaniu z Justyną Pawlak i Darkiem Gąsiorowskim powiedziałem: „Nie mówcie do mnie po angielsku. Mówcie do mnie po polsku. Jak będziecie mówić wolno, to wszystko zrozumiem i się szybko nauczę”. Pomógł mi też w tym Tomasz Karolak, który uczył mnie wulgaryzmów (śmiech). Zresztą znałem już wcześniej dwa inne języki słowiańskie – słoweński i chorwacki, co bardzo pomogło w nauce. W efekcie, w pół roku rozumiałem polski, a po roku już potrafiłem mówić.

Zawdzięczam jednak Justynie Pawlak i Darkowi Gąsiorowskiemu, a także reszcie osób z TVN-u, w tym przykładowo Edwardowi Miszczakowi, znacznie więcej, niż naukę języka. Zawsze będę im wdzięczny za danie mi szansy. Gdyby nie oni i gdyby nie Polska, nigdy nie spełniłbym swoich marzeń. Jestem Słoweńcem, ale czuję się polskim reżyserem – powtarzam to nawet w Stanach Zjednoczonych. I tak zawsze będzie. Bo bez Polski nigdy nie byłbym tam, gdzie jestem i nie rozmawiał z Tobą o swojej karierze.

Mitja Okorn - wywiad
Mitja Okorn i Maciej Stuhr na planie “Listów do M.” / fot. archiwum Mitji Okorna

“Listy do M.” i “Planeta Singli” są przez wielu uznawane za jedne z najlepszych współczesnych polskich komedii romantycznych. Co Pan sądzi o takiej klasyfikacji? Czy więcej w nich komedii, romantyzmu czy dramatu? Jak zresztą miało być?

Gdy dostałem scenariusz “Listów do M.”, miał on dużo problemów. Ale miał jedną piękną historię, która nie była głupkowata. Bo sam scenariusz miał dużo takich głupkowatych scen w stylu poślizgnięcia się na skórce od banana. Taki polski humor. Wtedy miałem poczucie, że większość polskich komedii bazuje w głównej mierze na takich skeczach. Ale tutaj była ta jedna historia – Tosi. Wzruszyłem się, gdy pod koniec śpiewała Cichą Noc. Pomyślałem sobie, że byłoby świetnie, gdyby cały scenariusz był w takim nastroju. Pamiętam, że spotkaliśmy się z tymi scenarzystami. Nie zgadzali się oni na żadną zmianę, mieli w dodatku takie nastawienie, że „Kim jest ten Słoweniec i dlaczego chce zmieniać nasz genialny scenariusz?”. Mógłbym Ci teraz powiedzieć milion rzeczy odnośnie tego, co było w tym scenariuszu nie tak. Więc scenarzyści zostali zwolnieni i na ich miejsce został zatrudniony mój scenarzysta ze Stanów Zjednoczonych.

Razem z nim przez pół roku przepisywaliśmy scenariusz na taki, jak ja chciałem. Daliśmy go Darkowi Gąsiorowskiemu a on powiedział „Mitja, nie możemy tego wyprodukować. Przecież to jest film obyczajowy, a nie komedia. Nikt w Polsce nie pójdzie na to do kina, Polacy w większości kojarzą filmy obyczajowe z nudnym kinem.”. Odpowiedziałem mu: „Darek, przecież jesteście TVN-em. Nazwijcie to komedią romantyczną i wszyscy w to uwierzą”. I ostatecznie tak zrobili. Nie mogli jednak tak bardzo skłamać, więc nazwali film „komedią bardzo romantyczną”. Dla mnie jednak moje filmy to tak zwane dramedies. Są miksem dramatu i komedii, stąd ta nazwa.

Czy taki jest Pana zamiar – dostarczać komedie, które mają w sobie smutny akcent i wzruszają widza?

Lubię, gdy ludzie przez większość filmu się śmieją, a potem coś ich zszokuje, zasmuci i będą płakać na końcu filmu. Bo ja taki jestem w życiu – lubię się śmiać i lubię płakać. Takie jest właśnie życie. Widać to też w “Roku na całe życie”. Może ma w sobie mniej komedii – może to jest teen romance drama, albo właśnie teen dramedy. Ale osiągnąłem w tym swój założony cel – widzowie się najpierw śmieją, a w kolejnej scenie płaczą. Śmiechem rozbrajasz ludzi, po to aby później znokautować ich dawką silnych emocji.

Co Pan jednak sądzi o kontynuacjach tych historii? Widzowie są niemal jednogłośni w krytyce, sądząc że kontynuacje “Listów do M.” i “Planety Singli” odstają poziomem od pierwszych części.

Miałem genialny pomysł na “Listy do M. 2”. Przyszedłem z tym pomysłem do Darka Gąsiorowskiego, jednak TVN odmówił zapłacenia mi nieco wyższej kwoty, o którą poprosiłem. Poza tym, nie wiadomo czemu, Darek ponownie zatrudnił jednego z oryginalnych scenarzystów, których zwolniono przy produkcji pierwszej części filmu. I żeby było jeszcze śmieszniej, scenarzyści nie chcieli żebym reżyserował film, bo twierdzili, że wprowadzonymi zmianami zniszczyłem pierwszą część „Listów do M.”. Więc “Listy do M. 2” trafiły w ręce kogoś, kto nienawidził pierwszej części. Film oczywiście mi się nie podobał, podobnie jak widzom. Było w nim za dużo wymuszonych dramatów życiowych.

Ci scenarzyści chyba zrozumieli, że ludzie lubią filmy, w których są smutne elementy –widzom podobały się pierwsze „Listy do M.”, mimo że płakali na seansie. Więc chcieli to powtórzyć. Dodali wątek o raku, dużo takich na siłę smutnych rzeczy, śmierć. Ale nie wiedzieli, że prawdziwy smutek i wzruszenie nie wynika z tego, że ktoś ma raka i umiera. Wynika z życia i przedstawionych w nim historii, które trafiają się bohaterom, czyli odpowiednią strukturę i dramaturgię.

Ale żart polega na tym, że mało kto, nie tylko w Polsce, ale na całym świecie, potrafi napisać scenariusz z dobrze wyważoną dramaturgią.

A jaki był Pański pomysł na “Listy do M. 2”?

Na początku filmu, podobnie jak w pierwszej części, mieliśmy otrzymać próbę samobójczą. Kobieta chciała skoczyć z dachu, gdzie ponownie pojawia się Szczepan, który ją powstrzymuje. Kobieta mu mówi, że kilka lat temu, jak była młodsza, porzuciła swoją córkę i jest jej żal, nie wie jak ją odnaleźć. Uważa się za tragiczną osobę i chce sobie odebrać życie. Szczepan obiecuje, że jeżeli nie skoczy, to pomoże jej znaleźć córkę. Cały film mieli jej szukać, w tym czasie kobieta opowiedziałaby historię swojego życia i zbliżyłaby się do Szczepana.

Ostatecznie miało się okazać, że córką jest Tosia, która, jak pamiętamy z pierwszej części, znalazła już kochający dom i kocha swoich nowych rodziców – Wojciecha i Małgorzatę. Tym samym, Tosia byłaby miedzy młotem a kowadłem, musiałaby zdecydować między nowymi rodzicami a biologiczną matką. Nowi rodzice również by to przeżywali, w końcu niedawno stracili pierwsze dziecko, teraz mogą stracić adoptowane. Dodatkową dramaturgię dodałaby relacja między Szczepanem a biologiczną mamą Tosi. Miałem zresztą podobny, dramatyczny pomysł na inne wątki, ale ten mi się szczególnie podobał.

Mitja Okorn - wywiad
Mitja Okorn i Cara Delevigne na planie “Roku na całe życie” / fot. archiwum Mitji Okorna

Przejdźmy więc może do najnowszych produkcji. Planował Pan zaangażować do “Roku na całe życie” Katarinę Čas (Słowenkę, znaną z roli min. w “Wilku z Wall Street”)?

Katarina jest moją przyjaciółką. Współpracowałem z nią przy jednym teledysku i chciałem ją zaangażować w “Tu pa Tam”, gdzie zresztą pada żart na ten temat. Ona jednak się nie zgodziła, ale chyba nawet do dzisiaj jest jej żal, że się wtedy nie udało. Ale nie proponowałem jej angażu w “Roku na całe życie”.

Skąd pomysł, by zrobić film, będący momentami typowym wyciskaczem łez, zwłaszcza, że amerykański rynek filmowy pełen jest dramatów, często o podobnej tematyce?

Dużo tych filmów to produkcje tak źle zrobione, albo tak plastikowe, że nie da się na nich płakać. Są sztuczne. Chcieliśmy od samego początku zrobić film, który jest trochę brudny, nie tak kolorowy, a życiowy, spontaniczny, prosto z ulicy. Mimo wszystko wydaje mi się, że “Listy do M.”, “Planeta Singli” i “Rok na całe życie” się tak bardzo nie różnią. To podobny gatunek filmów, we wszystkich z nich na końcu widzowie potrafią uronić kilka łez, a jak widać po przykładzie „Listów do M. 2”, przedstawienie raka w filmach nie jest czymś łatwym. Sprawienie, by wątek tej choroby w „Roku na całe życie” nie był sztuczny, było wyzwaniem. Musiałem sprawić, by widzowie pokochali parę głównych bohaterów i wciągnęli się w historię. Po to, żeby wzruszenie było szczere i prawdziwe.

Chciałbym zapytać się o początki w USA – jak to się stało, że udało się Panu nakręcić ten film, prawdziwą hollywoodzką produkcję?

“Listy do M.” podobały się ludziom nie tylko w Polsce i Słowenii, ale na całym świecie. Moja polska agentka, Donata Rojewska, dała ten film mojej obecnej managerce z USA, Melindzie Jason. Ta przekazała go agentom z The Gersh Agency, Frankowi Wuligerowi i Gregowi Pedicinowi. Im ten film się tak spodobał, że zgodzili się, by mnie reprezentować. Śmieszne w tym jest to, że pierwszy scenariusz, który od nich otrzymałem, to właśnie “Rok na całe życie”. W porównaniu do innych, które otrzymywałem, ten był naprawdę dobry. Wymagał trochę pracy, ale baza była świetna, a końcówka wzruszyła mnie do łez.

Wciąż miałem jednak jakieś trzysta komentarzy, odnośne zmian, które chcę wprowadzić. Dzięki Bogu, moi agenci mnie powstrzymali, przed mówieniem tego producentowi na pierwszym spotkaniu. Powiedzieli, że wtedy nikt mnie nie zatrudni. Miałem wybrać uwagę, która była dla mnie najważniejsza, a resztę wprowadzać dopiero, jak mnie zatrudnią. Tak zrobiłem. Wybrałem wątek podróży samochodem. Aby droga bohaterów nie była taka łatwa i przewidywalna, uznałem, że muszą uciec z domu i wybrać się na tak zwany road trip. Pomysł im się spodobał. W efekcie, stopniowo zacząłem implementować kolejne zmiany. Przez dwa lata zmienialiśmy scenariusz, a ostatecznie doprowadziłem go do takiej wersji, jakiej od samego początku chciałem. Podobała się przy tym scenarzystom i producentom. Wtedy zdecydowaliśmy, że go nakręcimy.

Czy były jakieś problemy z samą realizacją produkcji?

Przede wszystkim ciężko było znaleźć finanse. Wynikało to z tego, że, jak już wcześniej wspomniałeś, rynek jest przesycony tego typu filmami. Co gorsza dla nas, scenariusz był oryginalny, a nie oparty na bestsellerowej książce, gwarantującej sukces kasowy. Mieliśmy problemy, nawet jak już w obsadzie znaleźli się Jadena Smith i Cara Delevingne. Mniej więcej w tamtym momencie odezwał się do mnie polsko-francuski zespół muzyczny – BeMy. Poprosili, żebym zrobił dla nich teledysk. Okazało się, że mają możliwość przeznaczenia na całą produkcję teledysku zaledwie 2500 dolarów. Było to za mało, żeby móc cokolwiek nakręcić. Poprosiłem jednak o to, żeby wysłali mi piosenkę, bo byłem nią zaciekawiony. Okazało się, że jest świetna. Tekst jest dosłownie o tym, o czym jest “Life in a Year”:

When life keeps bringing me down
I rest upon your chest
Like a life vest
Or a bird’s nest
When life keeps spitting you out
I pick you up of the ground
And give you oxygen
For you to fly again

Wpadłem na pomysł, żeby ze scenariusza “Life in a Year” zrobić pięciominutową wersję filmu, taki zwiastun dla filmu w formie teledysku. Producent się na to zgodził. Zespół BeMy zdołał dozbierać drugie 2500 dolarów. Pojechaliśmy na Cypr – na same bilety wydaliśmy jakieś 3000 dolarów. Tym samym, mieliśmy tylko 2000 dolarów na nakręcenie teledysku, taki budżet jak przy “Tu pa Tam”. Także ostatecznie musiałem dorzucić trochę pieniędzy od siebie. Dodatkowo, wszystko poszło źle – ekipa nas zostawiła, lokalsi chcieli nas pobić, samochody nam się zepsuły, pochorowaliśmy się od słońca. Co ciekawe, na planie był obecny Jan, który był jednym z kamerzystów, a później zmontował całość. W efekcie wyszedł nam świetny teledysk. Najbardziej cieszyłem się z faktu, że cały czas mogę, jak chcę, nakręcić coś mając bardzo mały budżet.

Następne spotkania z potencjalnymi inwestorami były zupełnie inne. Ludzie płakali na nich, widząc ten teledysk i wiedząc, że film będzie utrzymany w podobnym nastroju. Gdy Will Smith dowiedział się, że wszyscy chcą dać pieniądze na realizację tego filmu, zdecydował, że to Columbia Pictures ma sfinansować ten film w całości. Okazało się, że firma Willa Smitha, Overbrook Entertainment, ma umowę z Sony (właścicielami Columbia Pictures – przyp. red.), na mocy której firma musi zrealizować trzy filmy rocznie, wybrane przez Overbrook. W efekcie udało się i spełniło się jedno z moich największych marzeń – przed moim filmem wyświetlane jest logo wielkiego amerykańskiego studia filmowego.

Przeczytaj również:  Anna Ciarkowska: "Powstała wielka wyrwa i wiele osób w niej właśnie tkwi" | Wywiad

Czy inspiruje się Pan jakimś konkretnym reżyserem?

Nie inspiruję się żadnym konkretnym reżyserem, bo każdy ma zarówno dobre, jak i słabe filmy. Inspiruję się filmami. Jednak moje trzy ulubione filmy nie mają nic wspólnego z tym, co robię, z moją twórczością. Są to: “Nieodwracalne” Gaspara Noé, “Antychryst” Larsa Von Triera i “Srpski Film”. Te filmy tak bardzo mnie zszokowały, że wzbudziły we mnie największe emocje. Oprócz tego kocham oczywiście takie produkcje, jak “Chłopcy z Ferajny”, “Skazani na Shawshank”, “Forrest Gump” czy “Kocha, Lubi, Szanuje”. W każdym gatunku można znaleźć dobre filmy, które lubię.

Jest jednak jedna postać, z której czerpię inspirację. Nie jest związana ze światem filmu. Jest to trener piłkarski Jose Mourinho. Zresztą trener piłkarski to podobna rola co reżyser. Reżyser też zarządza ekipą, i aktorami, którzy są niczym gracze. Z każdym trzeba współpracować i dążyć do jego zadowolenia, przy czym niektórzy zachowują się niczym primadonny. Dodatkowo odpowiadasz przed producentami – w piłkarskim świecie przed właścicielem klubu i dyrekcją. Też trzeba osiągnąć wymagane wyniki. Udzielane przez Mourinho wywiady mają taki ton, że od razu stwierdziłem, że musi być wodnikiem – tak jak ja. Gdy wygrał w Lidze Mistrzów z Barceloną, prowadząc Inter, wyszedł na środek boiska i bardzo lekceważąco podniósł ręce. Pomyślałem, że ja zrobiłbym to samo. Sprawdziłem wtedy, czy jest wodnikiem, tak jak ja. Okazało się wtedy, że mamy urodziny tego samego dnia – 26 stycznia. To on jest moim bohaterem.

Czy jest jakiś aktor, z którym szczególnie chciałby Pan pracować?

To jedno z najczęstszych pytań, które otrzymuję. Odpowiedź jest bardzo prosta – ten aktor, który najbardziej się nadaje do danej roli. Każdy aktor, nawet najgorszy, będzie dobry, gdy otrzyma odpowiednią rolę. A w słabej roli nawet najlepszy aktor źle wypadnie. Bardzo mnie denerwuje to, że wszyscy w Polsce komentują: „Znowu ten film z Karolakiem”. Ale Karolak nie jest złym aktorem, jego problem jest taki, że zagrał w mnóstwie słabych filmów. W dobrych jednak się sprawdza. Jest on dla mnie niczym szczęśliwy talizman.

Dlatego, realizując “Wszyscy moi przyjaciele nie żyją”, powiedziałem, że ten film nie może powstać bez Karolaka. Dodaliśmy go więc jako głos w słuchawce. I w sequelu, jako że ta postać przecież przeżyła, będzie miał wielką rolę. Teraz modne jest jednak krytykowanie filmów nie za Karolaka, a za Julię Wieniawę. Ale jak jest dobry scenariusz i dobry film, to i ona jest dobra. A w sequelu zagrają razem – i Tomasz Karolak, i Julia Wieniawa. Mają oni podobny styl, jako aktorzy – nie grają przesadnie. Grają bardzo bezpretensjonalnie, „z ulicy”.

Czy czuje się Pan spełniony jako reżyser? Rozpoczął Pan od niskobudżetowego, niezależnego filmu w Słowenii. Następnie, wyreżyserował Pan dwie bardzo popularne produkcje w Polsce. Kolejne filmy to jeszcze większe sukcesy – reżyser gwiazdorskiego filmu w Hollywood oraz producent filmu Netflix Original.

Moje marzenie się spełniło. Od zawsze moim największym marzeniem było zrobienie hollywoodzkiego filmu z hollywoodzką obsadą dla hollywoodzkiej wytwórni. Ja to zrobiłem i powiedziałem, że jestem spełniony reżysersko. Ale nie chcę przestać tego robić – chcę to robić do końca swojego życia, bo tworzenie filmów jest dla mnie jak tlen, nie mogę bez tego żyć. To niekończąca się opowieść, w której nie można odetchnąć i odpuścić – trzeba się ciągle starać trzeba ciągle i wykazywać. Co prawda udało mi się już spełnić moje największe marzenie, ale nie spocznę na laurach.

Chciałbym zapytać jeszcze o najnowszą Pana produkcję. “Wszyscy moi przyjaciele nie żyją” to pierwszy film, który Pan wyprodukował. Jak do tego doszło?

Opowiedziałem wcześniej o tym, jak Jan wręczył mi scenariusz tego filmu, którym z miejsca mnie oczarował. Od tamtego momentu był moim asystentem, będąc przy tym obecnym na każdym spotkaniu dotyczącym scenariusza “Planety Singli”. Robił notatki, nosił mój plecak, przynosił mi napoje. Ale już na etapie postprodukcji zmontował mniej więcej 10% filmu i kłócił się z autorem muzyki, Łukaszem Targoszem, bo nie podobało mu się brzmienie gitar nagranych do utworu „Born to be Wild”. Ostatecznie sam je nawet dograł, przez co Łukasz mianował go „ekspertem od gitar”. Zmontował też kilka zwiastunów.

W efekcie jego nazwisko pojawia się chyba najczęściej ze wszystkich na napisach końcowych. Później Jan pojechał ze mną do Hollywoodu i pomógł przy “Roku na całe życie”. Zmontował mniej-więcej 20% filmu. Wtedy, gdy pięć lat pracował już ze mną, nigdy nie prosząc o pieniądze, będąc przy tym lojalnym współpracownikiem – a jestem bardzo ciężki we współpracy – podjąłem decyzję.

Postanowiłem, że zrobię wszystko, żeby wyprodukować jego “Wszyscy moi przyjaciele nie żyją”. Problem polegał na tym, że wszyscy inwestorzy w Polsce bali się zainwestować w film, mówiąc, że to nie jest polski film i nikomu w Polsce się nie spodoba, bo scenariusz jest napisany po angielsku. To ten sam argument, który słyszeliśmy przy „Listach do M.” i „Planecie Singli”, gdzie scenariusze też były po angielsku. Oprócz tego bali się, że „Wszyscy moi przyjaciele nie żyją” przełamuje różne granice – jest wulgarny i krwawy. Ale my cały czas wierzyliśmy i ostatecznie się udało. Dzięki Leszkowi Bodzakowi i Anecie Hickinbotham, którzy tak samo uwierzyli w ten film. Razem poszliśmy na spotkanie z Łukaszem Kłuskiewiczem z Netfliksa. Powiedział on: „Czemu nie?”. Ta trójka to jedyni ludzie w Polsce, którzy mieli na tyle wielkie jaja, żeby postawić na taki film. To była świetna współpraca.

Najbardziej mnie w tym jednak cieszy to, że Janowi się udało – to naprawdę niesamowite i w zupełności na to zasłużył swoim nastawieniem i zaangażowaniem. W wieku 27 lat zrobił już film dla Netfliksa, który miał premierę w 190 krajach. Cieszę się, bo ten film to takie „Tu pa Tam” na sterydach. Śmieję się, że został zachowany pewien cykl życia – wszystko zaczęło się od „Tu pa Tam” i właściwie na tym samym, tylko ulepszonym, po latach, skończyło.

Mitja Okorn - wywiad
Mitja Okorn i Jan Belcl / fot. archiwum Mitji Okorna

Wracając do samego filmu – odbiorcy dzielą się na dwie skrajne grupy: osoby, które go nienawidzą oraz osoby, którym się bardzo spodobał. W efekcie, nikt nie przeszedł obok niego obojętnie. Czy takie było założenie, żeby tak bardzo podzielić widzów? Czy jest to raczej skutek uboczny produkcji filmu, wzbudzającego tak skrajne emocje?

Chcieliśmy po prostu zrobić niepretensjonalny film, będący czystą zabawą dla widza. To nie jest żadnego rodzaju arcydzieło i doskonale o tym wiemy. Nie wiadomo nawet, jaki jest to dokładnie gatunek. My nazywamy to teenage Tarantino-style black comedy. Film ma pełno nawiązań intertekstualnych. Jan Belcl zebrał wszystko to, co go zawsze bawiło i inspirowało w filmach, wszystkie swoje filmowe fantazje, i połączył w jedno. Ale w Polsce takie podejście jest odbierane nieco inaczej niż przykładowo w Stanach Zjednoczonych. Myślę, że to dlatego widownia tak się podzieliła.

Muszę jednak przyznać, że ja i Jan nigdy się tak dobrze nie bawiliśmy, jak czytając recenzje i opinie widzów o “Wszyscy moi przyjaciele nie żyją”. Wiadomo, najlepiej gdy wszyscy chwalą Twój film, ale druga najlepsza sytuacja, to gdy widownia się podzieli na dwa skrajne obozy. Jedni go kochają i uważają za arcydzieło, a drudzy nienawidzą i mówią, że to najgorsza szmira. Powoduje to liczne dyskusje wokół produkcji, co jest najlepszą reklamą, jaką możesz sobie wymarzyć. Bo każdy chce taki film obejrzeć, aby samemu wyrobić sobie o nim zdanie. W efekcie, nikt nie przechodzi obok niego obojętnie, bo obojętność to najgorsze, co może się przydarzyć produkcji filmowej.

Czy wydając ten film, spodziewaliście się tak wielkiej dozy krytyki?

Jak najbardziej spodziewaliśmy się krytyki, bo ten film dzielił ludzi już na etapie scenariusza. Mieliśmy nawet pomysł, żeby na plakacie filmu, zamiast standardowo zachwalających go cytatów, umieścić te najbardziej negatywne. Miał to być kolejny dowód na to, jak wielki dystans do siebie mamy i potwierdzenie, że ten film i jego produkcja miały nas po prostu bawić. Nas i widzów.

Zresztą… dokładnie wiemy, jaki film zrobiliśmy. Każdy swój film testuję do skrajności. Pokazuję go różnym, bardzo zróżnicowanym grupom odbiorców, prosząc ich o komentarze i ocenę. To dość brutalne przeżycie dla nas, filmowców, ale musimy wiedzieć, jaki film dokładnie zrobiliśmy. Dlatego nigdy krytyka, recenzje i oceny pojedynczych osób nas nie poruszają. Wiemy, jaki film zrobiliśmy, wiemy, co jest w nim dobre, a co złe. Znamy nawet dokładną ocenę tej produkcji – jest to 6.4/10. Recenzje czytamy głównie z ciekawości, zwłaszcza w takich skrajnych przypadkach. To dla nas świetna zabawa.

Jakie ma Pan dalsze plany? Woli Pan być producentem czy reżyserem? A może połączyć to wszystko – wyprodukować film, który Pan sam wyreżyseruje?

Zacznijmy od tego, że uwielbiam pracować z producentami. Lubię mieć kogoś, z kim mogę się kłócić, bo z tego wychodzą same plusy. Producent musi być jednak mądry i doświadczony, tak jak było na przykład z Darkiem Gąsiorowskim, Justyną Pawlak, Leszkiem Bodzakiem i Anetą Hickinbotham. Podobnie zresztą było z amerykańskimi producentami, który już w ogóle byli w tym mistrzami. To są genialni ludzie, z którymi dobrze się współpracuje i mam nadzieje ze z każdym z nich będę miał jeszcze wiele okazji, żeby się spotkać i wspólnie pracować.

Poza tym, będąc własnym producentem, nie potrafiłbym robić obu tych rzeczy na raz. Wszystko, co robię w życiu, robię na 100%. Jakbym był jednocześnie producentem i reżyserem, musiałbym podzielić to sto procent energii, emocji i serca, przez co nie mógłbym zrobić filmu w swoim stylu, spełniającego moje standardy. Jest też możliwe, że wtedy starałbym się robić to na 200%, a nie wiem, czy nie skończyłoby się to atakiem serca. Dlatego abym wyprodukował film, musi być to wyjątkowa produkcja z wyjątkowym reżyserem. Tak było przy „Wszyscy Moi Przyjaciele Nie Żyją”. Chciałem pomóc Janowi zrobić jego pierwszy film. Czułem się do tego zobligowany, gdyż oddał mi 5 lat swojego życia, pomagając przy różnych produkcjach. Chciałem mu to zwrócić. Jednak bycie producentem zabiera mi tę jedną, najważniejszą rzecz – reżyserowanie. Kocham być reżyserem, to jest moja prawdziwa pasja.

Czy jest już w takim razie jakaś produkcja inna, którą szczególnie chce Pan zrealizować jako reżyser?

Mam świetny scenariusz do prawdziwej historii o dwóch pierwszych koszykarzach spoza USA, którzy zagrali w NBA. Byli to: Serb Vlade Divac i Chorwat Dražen Petrović. Dwaj przyjaciele, którzy z reprezentacją Jugosławii zdobyli wszystko, co możliwe i poszli grać do NBA. W międzyczasie wybuchła wojna na Bałkanach, a oni z najlepszych przyjaciół stali się wrogami. Realizacja tej produkcji jest moim kolejnym marzeniem, które chcę spełnić.

W produkcji tej połączę wszystkie elementy mojego życia i mojej kariery. Główni bohaterowie pochodzą z Jugosławii i Słowenii, w której się urodziłem. Następnie trafiają do Stanów Zjednoczonych, czyli kraju, gdzie zawsze chciałem pracować, co mi się w końcu udało. Tam będzie umiejscowiona połowa historii, również producenci są Amerykanami. Nie mogę przy tym zapomnieć o Polsce, która jest moją ojczyzną, jeśli chodzi o reżyserowanie. Większość ekipy filmowej będzie pochodziła z Polski – są to osoby, z którymi pracowałem przez ostatnie 12 lat. To jest mój wymarzony projekt, w którym połączę wszystko dobre, co mnie spotkało w całym moim życiu.

Czy planuje Pan realizację kolejnych projektów w Polsce?

W Polsce pracujemy obecnie z Aurum Film nad kolejną komedią romantyczną. Powiedzmy, że to będzie pewnego rodzaju tryptyk, składający się z trzech niezależnych od siebie produkcji – “Listy do M.”, “Planeta Singli” i ten nowy film. Po tym już chyba wszystkim będzie starczyć komedii romantycznych od Mitji Okorna (śmiech).

Oprócz tego, dostałem scenariusz świetnego polskiego horroru, który chciałbym zrealizować. Jest też science-fiction, historia o polskim superbohaterze. Jest to serial o tytule „Dwanaście kroków”. Główny bohater to superbohater-alkoholik, który spożywając alkohol dostaje nadprzyrodzonych mocy. Jest dwanaście odcinków, jak dwanaście kroków w programie Anonimowych Alkoholików.

Czy tego typu produkcja w polskim wydaniu ma szanse na sukces?

Oczywiście! Jedyny problem to inwestorzy – boją się oni podjąć ryzyko i robić w kinie coś nowego, nie mając gwarancji, że to się sprzeda. Ale jestem już pewien, tak jak byłem wcześniej, przy „Listach do M.”, „Planecie Singli” czy „Wszyscy moi przyjaciele nie żyją” – to będzie sukces i widzowie pokochają zarówno horrory, filmy o superbohaterach czy dowolne inne kino gatunkowe. Bo Polska nie jest w żadnym stopniu inna – jest taka, jak każdy inny kraj na świecie. Ludzie się tutaj tak samo kochają i tak samo nienawidzą. Wszystko jest takie samo. Muszą tylko dostać dobre filmy – dobrze zrealizowane i z dobrymi scenariuszami. Dlatego… Trzeba eksperymentować i tworzyć dobre kino gatunkowe. Gwarantuję wszystkim, że okaże się sukcesem kasowym, co utworzy cały nowy nurt w polskim kinie. Przez to polski rynek filmowy, który uwielbiam, powiększy się i będzie jeszcze lepszy.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.