Advertisement
FilmyRecenzjeStreaming

“Mitchellowie kontra maszyny”, czyli bohaterowie, których potrzebowaliśmy

Bartłomiej Rusek
fot. materiały prasowe / Netflix

Film “Mitchellowie kontra maszyny” już w dniu premiery trafił na szczyty rankingów oceniających nowości w świecie filmowym. Zaryzykuję jednak stwierdzenie, że w Polsce na ten tytuł czekała stosunkowo nieliczna grupa odbiorców. Wśród nich znalazłem się jednak ja.

Główną bohaterką filmu jest Katie, pochodząca z tytułowej rodziny Mitchellów. Jest ona starszym dzieckiem Ricka i Lindy. Ma również młodszego brata Aarona. Razem tworzą mocno stereotypową, dość przejaskrawioną „nowoczesną” rodzinę, żyjącą we współczesnych czasach. Dzieci spędzają cały czas wpatrzone w smartfony (na zmianę z innym sprzętem elektronicznym), w czym często wtóruje im mama. Zapatrzona w media społecznościowe, a w szczególności w profil sąsiadki, której rodzina wydaje się być idealna. A przy tym tak inna od rodziny Mitchellów.

Sama Katie jest zakochana w kinie. Od najmłodszych lat fascynowała ją kinematografia, choć bardziej od technicznej strony. Tworzy ona amatorskie produkcje, w których w głównej roli występuje najczęściej Monchi – pies Mitchellów, będący uroczym, choć nieco dysfunkcyjnym przez swojego zeza mopsem. Katie jest dodatkowo wielkim wsparciem dla swojego młodszego brata Aarona, którego największą pasją są dinozaury.

Mitchellowie kontra maszyny
fot. materiały prasowe / Netflix

Głową rodziny jest Rick, który jednak zamiast ją spajać, jest źródłem niemalże wszystkich jej konfliktów. W porównaniu do małżonki i dzieci, jest on bowiem wielkim tradycjonalistą. Dodatkowo podkreśla na każdym kroku swoją niechęć do nowych technologii. Jako typowa złota rączka i majsterkowicz nosi ze sobą narzędzia, wypierając się przy tym nowoczesności i stawiając na manualną pracę.

Mocno niezrozumiana przez rodziców Katie nie może doczekać się wyjazdu na wymarzone studia filmowe. Poznała już bowiem przez Internet znajomych z roku i wie, że są to osoby, z którymi w końcu znajdzie wspólny język. Niestety, w przeddzień jej wyjazdu wszystko się komplikuje. Rick nieumyślnie psuje laptopa córki, czym sprawia, że ta jest jeszcze bardziej zdeterminowana, by opuścić dom. Następnego dnia, zamiast podrzucić córkę na samolot, jako głowa rodziny podejmuje on decyzję, która dodatkowo irytuje jego córkę. Postanawia, że zorganizuje rodzinną wycieczkę samochodową do akademika. Przedłużając tym samym czas, w którym cała rodzina będzie razem.

Przeczytaj również:  "Kot rabina" - sierściuch z charakterem [RECENZJA]

Wyraźnie niezadowolona Katie nie ma wyboru – musi przystać na propozycję ojca. Jak się szybko okazuje, wybór ten odmienia jej życie. W trakcie podróży następuje bowiem technologiczna apokalipsa. Bunt sztucznej inteligencji, która za pomocą robotów opanowuje świat. Na skutek licznych wydarzeń, a także po prostu szczęścia, Mitchellowie pozostali jedynymi ludźmi, którzy nie zostali zniewoleni przez śmiercionośne maszyny. Tym samym nasza nieco dysfunkcyjna rodzina musi porzucić swoje smartfony (te już bowiem nie działają) i wcielić się w role bohaterów. Zmuszeni są pokonać zbuntowaną technologię i uratować ludzkość. Dalsze przygody Mitchellów opierają się na walce z robotami. Wszystko okraszone uniwersalnym i wielokrotnie nawiązującym do popkultury poczuciem humoru, a także bardzo ładnymi animacjami.

Film, podobnie jak resztę animacji dostępnych na Netflixie, oglądałem z oryginalnym dźwiękiem, choć porównywałem niektóre fragmenty z polskim dubbingiem. W obu wariantach obsada głosowa spisywała się bardzo dobrze, więc ciężko mi polecić którąś z wersji. Jest to o tyle interesujące, że ani w polskiej, ani w angielskiej wersji nie występują „te same co zawsze” nazwiska. Nadaje to produkcji sporo świeżości. Dodatkowo, nie byłbym sobą, gdybym nie wspomniał o fakcie, że w „rolę” mopsa Monchiego wciela się mój ulubiony psi celebryta – Doug the Pug.

Mitchellowie kontra maszyny
fot. materiały prasowe / Netflix

Film Michaela Riandy zachwyca również animacją, która jest bardzo przyjemna dla oka. Warto przy tym dodać, że jest to debiut reżysera, który jak do tej pory miał na swoim koncie jedynie współpracę przy pierwszych dwóch sezonach Wodogrzmotów Małych. Mimo tego potrafił stworzyć produkcję, która zachwyca nie tylko historią i oprawą audiowizualną, ale również swoim tempem. W filmie bowiem ciągle coś się dzieje, a jednocześnie nie przytłacza to widza. Tak przynajmniej było w moim przypadku. Za dodatkowy atut filmu Mitchellowie kontra maszyny uznaję również sporo nawiązań do popkultury oraz wspomniane poczucie humoru.

Przeczytaj również:  "kRaj", czyli jeszcze jedna polska katastrofa

Mitchellowie kontra maszyny to jedna z tych historii, które niosą oczywisty, wręcz uniwersalny przekaz. Podkreśla między innymi wartość relacji rodzinnych. Jest ona jednak utrzymana w ładnej oprawie audiowizualnej, z nienachalnym poczuciem humoru, a także w dość lekkiej i bardzo przyjemnie skonstruowanej konwencji sci-fi. Mimo faktu, że produkcja wydaje się być w w pewnym momencie lekko przekombinowana, nie przeszkadza to w żadnym stopniu w jej odbiorze. To w moim odczuciu jedna z najlepszych animacji ostatnich lat, a przy tym jeden z najlepszych tytułów tego roku.

Ocena

8.5 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.