FelietonyFilmyOctopus Film Festival 2023Publicystyka

James Bond, jakiego nie znacie, czyli kilka słów o niesławnym „Casino Royale” [FELIETON]

Bartłomiej Rusek
fot. „Casino Royale”

Casino Royale to tytuł bez wątpienia wyjątkowy. Został on nadany pierwszej powieści Iana Fleminga z 1953 roku, w której głównym bohaterem był słynny agent 007. Nie był to jednak jedyny początek, który nazwa ta zwiastowała. Wszyscy z pewnością kojarzą niezwykle udane Casino Royale, znakomity debiut Daniela Craiga w roli agenta i poniekąd restart historii Bonda. Był to jednak już trzeci raz, gdy w produkcji o tym samym tytule ktoś wcielił się w słynnego agenta Jej Królewskiej Mości.

Po raz pierwszy na ekranie – choć nie kinowym, a telewizyjnym – Casino Royale zostało poddane adaptacji w 1953 roku w ramach telewizyjnej serii Climax! Była to dość mocno zmieniona pod względem oryginału wersja, w której jednym z najistotniejszych odstępstw od pierwowzoru było pochodzenie agenta 007 – grany przez Barry’ego Nelsona Jimmy Bond był bowiem Amerykaninem. Mimo tego faktu (i ograniczonego telewizyjnym formatem czasu antenowego) całość była fabularnie dość dobrą adaptacją. Lecz to nie na niej skupimy się w tym tekście.

Nieco bardziej znaną produkcją od odcinka Climaxu, choć współcześnie niemalże równie mocno zapomnianą, jest film z 1967 roku w reżyserii Vala Guesta, Johna Hustona, Josepha McGratha, Kena Hughesa i Roberta Parrisha. Już sama data premiery Casino Royale może być myląca – w 1967 roku ukazał się bowiem Żyje się tylko dwa razy, piąty z kolei oficjalny film o agencie 007, wydany przez posiadające prawa do adaptacji książek Fleminga Eon Productions. Problem stanowił jednak fakt, iż Eon nie nabyło praw do jednej z powieści pisarza – właśnie do Casino Royale, które zostało już wcześniej zekranizowane do telewizji, a po śmierci właściciela praw Gregory’ego Ratoffa trafiły one do Charlesa K. Feldmana.

Ten, widząc, jakim sukcesem okazały się filmy od Eon, pierwotnie chciał wyprodukować tę część wspólnie ze słynną wytwórnią, wprowadzając ją do oficjalnego kanonu, jednak umowa ostatecznie nie doszła do skutku. Wiedząc, że nie ma szans w bezpośredniej rywalizacji z tak dynamicznie rozwijającą się Bondowską franczyzą, Feldman postanowił podejść do tematu w zupełnie inny sposób. Wyprodukował więc parodię filmów szpiegowskich, bazując na książkowym pierwowzorze i tak nazywając swój film – Casino Royale.

Parodystyczny charakter produkcji widać już od samego początku. W pierwszych scenach filmu grany przez Davida Nivena James Bond, pławiący się w luksusach i korzystający z dobrodziejstw emerytury, zostaje odwiedzony przez przedstawicieli różnych agencji szpiegowskich z całego świata, wśród których znalazł się nawet reprezentant KGB. Celem wizyty jest dość natarczywe nakłonienie agenta 007 (określonego paradoksalnym mianem „tajnego agenta światowej sławy”) do powrotu do czynnej służby, aby rozprawić się ze Smierszem – kontrwywiadowczą jednostką Związku Radzieckiego.

fot. „Casino Royale”
fot. „Casino Royale”

O ile sam początek produkcji zapowiada się interesująco – już pierwsze dialogi jawnie wyśmiewają liczne gadżety kontrwywiadowcze z oficjalnej Bondowskiej serii – tak bardzo szybko humor staje się nieco mniej wysublimowany, a z minuty na minutę widz przekonuje się o tym, że oglądana produkcja zdecydowanie odbiega nastrojem i założeniami od oryginału. Na skutek tragicznych wydarzeń James Bond przejmuje obowiązki swojego przełożonego – M – i postanawia wyszkolić nowych agentów na swój wzór. I to dosłownie. Każdy z nich otrzymuje numer 007 i pseudonim operacyjny James Bond. Wszystko dlatego, że do pokonania tak trudnego przeciwnika, jakim jest Smiersz, nie wystarczy tylko jeden agent Jej Królewskiej Mości.

Samo to założenie już przeczy idei franczyzowych filmów z Bondem. Tego typu przytyki w stronę Eon i Seana Connery’ego, który zażądał aż miliona dolarów za wystąpienie w filmie (przez co negocjacje bardzo szybko się zakończyły) są tu wszechobecne. Widać to zarówno w kwestiach dialogowych, jak i otwartych żartach z kultury brytyjskiej. Niestety, jest ich wręcz za dużo – Casino Royale wyśmiewa wszystkie cechy filmów z Bondem, potęgując je i przedstawiając w taki sposób, że niczym powtarzany nieustannie przez kilkuletnie dziecko żart, prędko przestają śmieszyć, a zaczynają po prostu żenować.

Choć niektóre ze scen filmu wyraźnie się dłużą, potrafią mocno zaskoczyć swą kreatywnością – w pewnym momencie w trakcie seansu nie miałem już pojęcia, czego jeszcze się spodziewać. Każdy kolejny pomysł twórców filmu nieustannie mnie zaskakiwał, niezależnie, czy była to scena absurdalna, w stylu pojedynku na rzut kamienną kulą, czy gościnny występ kolejnej gwiazdy. Casino Royale jest bowiem jedną z najlepiej obsadzonych produkcji lat 60. I choć niektórzy z aktorów dostali na ekranie zaledwie chwilę, to obok wspomnianego Davida Nivena i grającego czarny charakter Orsona Wellesa, w filmie pojawiają się takie nazwiska, jak Ursula Andress, Barbara Bouchet, Woody Allen, William Holden, Peter Sellers, Jean-Paul Belmondo i wielu, wielu innych.

Mimo wielu fabularnych niespójności, absurdów i przejaskrawionych cech postaci (w tym przede wszystkim seksizmu Jamesa Bonda) Casino Royale niewątpliwie ma swój urok. To bardzo chaotyczna produkcja, będąca wypadkową animozji między aktorami na planie filmowym (Orson Welles wręcz nienawidził się z Peterem Sellersem), spontanicznie podejmowanych decyzji produkcyjnych i masy cięć budżetowych. To wszystko, w połączeniu z gwiazdorską obsadą i mocno zdezaktualizowanym (prawdopodobnie już w momencie premiery filmu) poczuciem humoru sprawia, że otrzymujemy prawdziwie kampowe widowisko. Pewnie aspekty komiczne pozostawiają wiele do życzenia, a podobieństwo do oryginału zasadza się na grze w bakarat i nazwiskach postaci. Jednak Casino Royale w tym wydaniu jest filmem, który po prostu warto obejrzeć, choćby w ramach historycznego reliktu i ciekawostki, ale też pysznie okropnego seansu.

Pokaz filmu Casino Royale odbędzie się 12 sierpnia o 14:15 w Klubie B90 w ramach retrospektywy Barbary Bouchet na Octopus Film Festival 2023. Festiwal objęliśmy patronatem medialnym.


korekta: Kamil Walczak

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.