Advertisement
Seriale

“Daybreak”, czyli słaby, postapokaliptyczny miks gatunkowy od Netfliksa [RECENZJA]

Bartłomiej Rusek

Zabawa formą jest czymś, co zawsze przyciąga widza, niezależnie tego, czy mówimy o filmie czy serialu. Wszystko dlatego, że zapowiedź czegoś nowego i niekonwencjonalnego wydaje się po prostu interesująca. Tak też było z Daybreak – komedią osadzoną w postapokaliptycznym świecie, gdzie nastolatkowie walczą z wszechobecnymi zombie.

Jak jednak doszło do takiej apokalipsy, którą przetrwali tylko nastolatkowie? Odpowiedź jest bardzo prosta – na skutek ataku biologicznego. Sprawił on, że wszyscy dorośli przemienili się w bezmyślne zombie, nazywane w serialu ghoulami. Stracili oni jasność umysłu i zaczęli żywić się krwią oraz mięsem. Co ciekawe, nie domagają się mózgów niczym stereotypowe zombie. Zamiast tego, każdy z ghouli bezmyślnie powtarza ostatnią rzecz, która przyszła mu do głowy przed wybuchem. I to właśnie ta mała, absurdalna rzecz stanowi najśmieszniejszy z elementów komediowych Daybreak. Moim osobistym faworytem był zmasakrowany ghoul pragnący zjeść jednego z naszych bohaterów i powtarzający przy tym myśl „mówi się woda mineralna, czy zmineralizowana?”.

Wracając jednak do samego serialu – jest on jedną wielką, niekoniecznie filmową, intertekstualną mieszanką. Poszczególne elementy najnowszej produkcji Netfliksa zostały wyekscerpowane z głośnych i znanych tytułów. Tym samym niektóre rzeczy są żywcem wzięte z takich produkcji jak Scott Pilgrim kontra świat, Ash kontra martwe zło, The Walking Dead, oczywiście Mad Max, i wiele, wiele innych. Oczywistością są również nawiązania (niekoniecznie celowe, choć widząc inne elementy produkcji, nie sądzę, aby to był przypadek) do chociażby Władcy Much Gouldinga. Sama narracja przypominała mi natomiast House of Cards, gdyż główni bohaterowie aż zbyt często burzą czwartą ścianę, zwracając się bezpośrednio do widza.

Postacią, wokół której dzieją się wydarzenia obecne na ekranie jest Josh Wheeler (Colin Ford) i to z jego punktu widzenia przedstawiony jest pierwszy odcinek serialu. Po apokalipsie życie Josha całkowicie się odmieniło, a on sam czuje się – jak to sam określił – niczym w grze z serii Grand Theft Auto. Zebrał on bowiem zapasy, zaopatrzył się w broń i resztę niezbędnego wyposażenia, po czym zaczął przemierzać miasto zawładnięte przez kilka naczelnych frakcji, które podzieliły je między siebie. Celem Josha jest odnalezienie Sam Dean (Sophie Simnett), dziewczyny, którą kochał i z którą był w dość skomplikowanym związku przed wybuchem apokalipsy.

Przeczytaj również:  "Formuła 1: Jazda o życie", czyli jak nadążyć za bolidami F1 [RECENZJA]

Josh nie jest jednak sam. W tułaczce pomagają mu Angelica (Alyvia Alyn Lind) i Wesley (Austin Crute). Każdy z bohaterów ma mniej lub bardziej skomplikowaną przeszłość, która zostaje przedstawiona w kolejnym odcinku. Narratorzy zmieniają się bowiem wraz z epizodem, a ich historia zostaje przedstawiona w formie retrospekcji. Niestety, odcinek odcinkowi nie jest równy. W efekcie, po przeciętnym starcie, serial jest coraz gorszy, osiągając na półmetku poziom, przy którym zmuszony byłem przerwać maraton, do którego wróciłem dopiero następnego dnia. Na szczęście, Daybreak odbija się od dna całkiem błyskotliwymi odcinkami, znajdującymi się w drugiej połowie sezonu. Tym samym, najlepiej oglądało mi się odcinki 7 i 8, a więc paradoksalnie najbardziej dramatyczne odcinki w komedii.

Na samym początku recenzji wspomniałem o zabawie formą. To ona stanowi bowiem istotę najnowszej produkcji Netfliksa. Tym samym, w jednym z najlepszych odcinków serialu zmienił się sposób narracji. Retrospekcje z życia jednej z bohaterek zostały przedstawione w formie sitcomu, odgrywanego w głowie jednej z bohaterek. To, wraz z dramatycznymi wydarzeniami z kolejnego odcinka sprawiło, że seans Daybreak nie był kompletną stratą czasu.

Niestety, nawet fragmenty wybijające się ponad tę nisko zawieszoną (za sprawą początku serialu) poprzeczkę, nie sprostały moim oczekiwaniom. Poza żenująco niskim poczuciem humoru, Daybreak zawodzi również efektami specjalnymi. Oprócz tego, pewnie po to, aby zachować materiał na kolejny sezon, produkcja przedstawia nam obecnie w mieście frakcje mocno wybiórczo. Tym samym, na początku dowiadujemy się, że jest ich całkiem sporo, po czym cały serial poświęcony jest właściwie jednej (poza pojedynczym odcinkiem, w którym dowiadujemy się nieco więcej o Cheermazonkach).

Przeczytaj również:  "Ratched", czyli niepotrzebne żerowanie na klasyku [RECENZJA]

Daybreak ma jednak pozytywne strony. Nie mam żadnych zastrzeżeń do aktorów i ich gry – tutaj wybija się przede wszystkim Matthew Broderick, wcielający się w lekko socjopatycznego dyrektora szkoły, do której uczęszczali nasi bohaterowie. Byłem również oczarowany grą Alyvii Lind – Angeliki – której rola przypominała mi nieco Chloe Grace Moretz w Kick-Ass (zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że obie aktorki były w podobnym wieku, wcielając się w te role). Również ścieżka dźwiękowa serialu nie odstrasza, często nawet pasując do tego, co widzimy na ekranie.

Spotkałem się z opinią, według której dobre produkcje Netfliksa, choć jest ich faktycznie dużo, stanowią jedynie mały procent wśród wszystkich wyprodukowanych przez streamingowego giganta. Patrząc na Daybreak trudno się z tym nie zgodzić, biorąc pod uwagę fakt, że miało premierę tego samego dnia, co najnowszy sezon Bojacka Horsemana. Z tej dwójki to Daybreak jest tym słabym, niedopracowanym serialem dla nastolatków, o którym ludzie będą wspominać tylko w ramach ciekawostki. Tym samym nie jestem w stanie tego polecić nikomu, kto szanuje swój czas. Można go przecież przeznaczyć, aby obejrzeć wymienione przeze mnie w recenzji produkcje, z których Daybreak czerpie, nie tracąc nerwów na sam serial. Bo po prostu nie warto.

Ocena

4 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.